Dać świadectwo nadziei

(138 - lipiec - sierpień 2005)

Abraham - człowiek nadziei

Karol Madaj

On to wbrew nadziei uwierzył nadziei (Rz 4, 18)
Zanim zaczniemy zastanawiać się nad tym, czy Abraham był człowiekiem nadziei, musimy najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie: czym jest nadzieja? W Biblii he­brajskiej nie ma jednego odpowiednika dla polskiego słowa „nadzieja”. Bez zagłę­biania się w filologiczne rozważania możemy jednak stwierdzić, że wszystkie hebrajskie wyrazy tłumaczone jako „nadzieja” odnoszą się do idei oczekiwania. Jest to czekanie z niewzruszoną pewnością na spełnienie się Bożych obietnic, oczekiwanie w napięciu, cze­kanie cierpliwe i wytrwałe. Nadzieja jest więc wiarą skierowaną ku przyszłości. Siłę do trwania w tym napiętym oczekiwaniu można czerpać jedynie z Boga - „Nadziei Izra­ela”. „Ci, co zaufali Panu (dosł.: „czekający na Jahwe”), odzyskują siły, otrzymują skrzyd­ła jak orły: biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą.” (Iz 40, 31). To czekanie pochłania całego człowieka. „Czekam na Jahwe, czeka dusza moja i na słowo Jego oczekuję” (Ps 130, 5 - dosł. tłum. K.M.). To oczekiwanie przynosi owoce, gdyż Boża obietnica zawsze się wypełnia, jeżeli nie w tym życiu, to w przyszłym (Prz 23, 17n).

     Czy Abraham był człowie­kiem cierpliwym? Czy nie miał wątpli­wości co do spełnienia się Bo­żych obietnic? Czy przez dłu­gie lata swojego życia nie stracił gor­liwości? Czy do końca wytrwał w swoim powołaniu i prze­trwał wszystkie próby wiary?

     Abraham został powołany, gdy miał 75 lat i mogło mu się wyda­wać, że już nic się w jego życiu nie zmieni. Bóg powołał go jed­nak na Ojca. Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosła­wieństwem” (Rdz 12, 1n). Abraham posłuszny Nie­znanemu Bogu spełnił nakaz i wyruszył do ziemi obiecanej mu przez Najwyższe­go. Z początku nic nie wskazywało na to, że Boże obietnice się spełnią. Abraham od wielu lat pozostawał w związku małżeńskim bez potomka, a jego żona miała już 65 lat. Abraham nie dyspo­nował też siłą militarną zdolną wyprzeć Ka­nanejczyków z ziemi, choć obietnica brzmiała: „Twojemu po­tomstwu oddaję właśnie tę ziemię” (Rdz 12, 7). Mieszkał w na­miocie i wędrował z miejsca na miejsce. Czekał.

W końcu, po 21 latach, doczekał się syna. Niewolnica Hagar urodziła mu Izmaela. Nie pozostawało nic innego niż zaczekać jeszcze, aż Izmael dorośnie i spłodzi tyle dzieci, że nie będzie można ich policzyć. Abraham czekał zatem znowu. Lecz po kolejnych 13 latach okazało się, że to nie Hagar ma urodzić obiecanego potomka, lecz Sara: „Żona twoja, Sara, urodzi ci syna, któremu dasz imię Izaak. Z nim też zawrę przymierze, przy­mierze wieczne z jego potomstwem, które po nim przyjdzie.” (17, 19). Biorąc pod uwa­gę to, że ojciec Abrahama, Terach, miał 130 lat, gdy urodził mu się trzeci syn, nasz bo­hater nie był jeszcze bardzo stary i nie miał powodów, by nie ufać w swoje prokreacyjne możli­wości. Mimo tego nie dowierzał: „Czyż człowiekowi stuletniemu może się urodzić syn? Czy dziewięćdziesięcioletnia Sara może zostać matką?” (17, 17) Ostatecznie jednak uwie­rzył Bogu i wzmocnił się w wierze (por. Rz 4, 18-22). Na tym jednak nie skończyły się Boże próby. Wszechmocny wymagał jeszcze znaku przymierza - obrzezania. Choć Pis­mo nic nie mówi na ten temat, możemy się domyślać, że 99-letni Abraham mógł mieć chwilę zawahania, czy taki zabieg, aby na pewno nie zamknie mu drogi realizacji powo­łania do ojcostwa. Wiemy tylko, że posłuszny Bogu jeszcze tego samego dnia doko­nał obrzezania.

Streszczenie historii Abrahama można zamknąć w kilku zdaniach, których przeczyta­nie czy wypowiedzenie zajmuje zaledwie kilka minut. Nie możemy jednak zapominać, że w rzeczywistości oczekiwanie naszego bohatera rozłożone było na wiele długich lat, pod­czas których zdarzały się też chwile słabości. W Egipcie, do którego Abraham trafił na skutek głodu, stchórzył i sprzedał Sarę za parę zwierząt i kilku niewolników. Zwątpił tak­że w Gerarze, gdzie, podobnie jak wcześniej w Egipcie, bał się o swoje życie i skłamał, nie przyznając się, że Sara jest jego żoną. Można chyba powiedzieć, że Abraham za­chwiał się w wierze. Upadł więc w tej cnocie, jaką mu się zwykło przypisywać. Mimo wszystkich swoich zalet, Abraham był słabym człowiekiem. Pismo jest szczere w przed­stawianiu wad swoich bohaterów.

Kiedy w końcu przyszedł na świat Izaak, Abraham nie ukrywał swojej radości i z chwi­lą, gdy dziecko zostało odstawione od piersi, wyprawił ucztę. Izaak rósł i miał się dobrze. Obietnica się wypełniła: Sara mimo podeszłego wieku urodziła, a jej syn zgodnie z zapo­wiedzią miał być ojcem licznego potomstwa.

W zasadzie tu historia Abrahama mogłaby się skończyć. Abraham byłby wtedy nieco chwiejnym, acz bohaterskim, ojcem wielu narodów (według ciała). Bóg chciał jednak, by Abraham był też ojcem wszystkich wierzących. Dlatego jego wiara miała zostać wysta­wiona na najcięższą z możliwych prób. Dopiero w niej Abraham miał udowodnić, czy je­go nadzieja przetrwa wszystko. Podczas tej próby Abraham wykazał się heroiczną wiarą, której wcześniej nieraz mu brakowało. Moria jest punktem kulminacyjnym opowiadania o Abrahamie.

Abraham zdążył już pokochać Izaaka. Ponadto cieszył się potomstwem, które będzie miał z niego i nadzieją spełnienia w nim obietnicy. To przecież w Izaaku, który urodził się z Sary miały wypełnić się obietnice: „...tylko od Izaaka będzie nazwane twoje potom­stwo” (Rdz 21, 12). A teraz Bóg zażądał: „Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jakie ci wska­żę” (Rdz 22, 2). Jak bardzo te słowa musiały wstrząsnąć Abrahamem! Czy pomyślał:
„Skoro obietnica została mi dana w Izaaku, a teraz mam go złożyć w ofierze, to znaczy, że w obietnicy tej nie można pokładać nadziei?” Tak pomyślałoby z pewnością wielu z nas. Abraham jednak wierzył, że niemożliwe jest, aby skłamał Ten, który udziela obiet­ni­cy i że cokolwiek by się stało, obietnica zostanie dochowana. Nie stracił ufności, bo wie­rzył, że Bóg może wskrzesić Izaaka z martwych (Hbr 11, 19). Abraham miał nadzieję, że stanie się coś, co dotychczas jeszcze nie miało miejsca w historii. To, co wedle wiary Abrahama miało dokonać się w Izaaku, dokonało się jednak dopiero w Chrystusie. Ojco­wie Kościoła twierdzą, że Abraham wiedział o tym, iż Chrystus zmartwychwstanie, gdyż jak powiedział Jezus: „Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień - ujrzał goi ucieszył się” (J 8, 56).

Zobaczmy jednak, na jak ciężką próbę Bóg wystawił Abrahama. Pan nie powiedział po prostu: „weź syna”, lecz dodał „najdroższego”, i by jeszcze bardziej umęczyć serce oj­ca, by maksymalnie rozniecić ojcowskie uczucia, dopowiedział „którego miłujesz”. Na koniec padło jego imię: „Izaak”. Wszystko po to, by Abraham mógł zwątpić w obietnice, które zostały mu dane w tym właśnie imieniu. Co więcej, Bóg kazał Abrahamowi wejść na górę oddaloną o trzy dni drogi. Dopuścił w ten sposób możliwość, że przez całą dro­gę ojciec będzie nękany myślami, będzie doznawał cierpienia wsku­tek gnębiącego je­go duszę nakazu, a jego serce bę­dzie miało czas, by skłonić się do buntu.

Abraham wstał rano i nie zasta­nawiając się ani nie dzieląc z nikim swoim planem, wyruszył w drogę. Ojciec szedł pod gó­rę i toczył we­wnętrzną walkę. Walkę między na­dzieją a rozpaczą, między miłością do syna a miłością do Boga. Przez trzy dni jego dusza doznawała cierpień, gdy pa­trzył na syna, gdy razem jedli, spali, wędrowali i rozma­wiali. Jakże wielka była to próba! Jakiej nagrody godne było takie poświęcenie?

     W końcu doszli do celu. Abraham odesłał sługi, da­jąc wyraz swojej nadziei na wskrzeszenie syna: „Zostań- cie tu z osłem, ja zaś i chłopiec pójdziemy tam, aby od­dać pokłon Bogu, a potem wrócimy do was” (Rdz 22, 5). Następnie weszli z Izaakiem na górę, gdzie Abraham zbudował ołtarz i związał sy­na.

Orygenes, komentując ten werset, pyta: Czy Bóg wymaga od nas takich czynów? I odpowiada twierdząco, powołując się na zdanie z Ewangelii: „Gdybyście byli dziećmi Abrahama, to byście pełnili czyny Abrahama” (J 8, 39). Co oznaczają owe „czyny Abra­hama”? Czyny Abrahama to gotowość poświęcenia dla Boga, nie szczędzenie dla Niego ani pieniędzy, ani zaszczytów, ani nawet kogoś z rodziny. (Ojcowie Kościoła mówią tu o poświęceniu Bogu duszy dziecka, jeżeli Bóg jej zażąda. Takim poświęceniem duszy może być na przykład pozwolenie dziecku na pójście do klasztoru lub wyjazd na misje.)

Abraham był gotów poświęcić wszystko. Bóg zauważył jego gotowość (jestem pe­wien, że zauważy i naszą, gdy przyjdzie czas próby) i nie odebrał ojcu syna. Na ofiarę ze­słał barana. Próba została zakończona. Podobnie jak Hiob, Abraham utracił dla Pana wszystko, z tą jednak różnicą, że Hiob został pozbawiony wszystkiego fizycznie, a Abra­ham duchowo. Ponieważ jednak nie zachwiali się w nadziei, otrzymali w dwójnasób to, co wcześniej posiadali. Jaką nagrodę otrzymał Abraham? Anioł po raz drugi powiedział do niego: „...ponieważ uczyniłeś to, a nie oszczędziłeś syna twego jedynego, będę ci bło­gosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie...” (22, 16n). Orygenes, rozważając ten fragment, zastanawia się, po cóż anioł powtórzył te obietnice, skoro już wcześniej zostały wypowiedziane i to bez uwarunkowania ich złożeniem w ofierze syna. Ojciec biblistyki odpowiada, że pierwsze obietnice odnosiły się do potomstwa według cia­ła, zaś te drugie, już po próbie wiary, wskazywały na potomstwo duchowe. Gdyby Abra­ham nie przeszedł próby, byłby „tylko” ojcem kilku ludów, a tak został też ojcem wszyst­kich wierzących (Rz 4, 16). I to jest wielka nagroda, jaką Bóg dał Abrahamowi za jego pełne wiary oczekiwanie, za jego niezłomną nadzieję. My również, jeśli nie utracimy na­dziei, możemy oczekiwać wspaniałej nagrody. W tym życiu lub na łonie Abrahama.