Diakonia

(131 - lipiec - sierpień 2004)

Amatorszczyzna?

Jan Halbersztat

Jeśli coś warte jest tego, żeby to robić — warte jest tego, żeby to robić dobrze

Szesnaście lat temu, kiedy wróciłem ze swoich rekolekcji drugiego stopnia, dowiedziałem się, że… zostałem animatorem muzycznym w swojej wspólnocie. Osoby, które przedtem tworzyły scholę, zadecydowały, że są już „za stare do tej wspólnoty” (cokolwiek by to miało znaczyć) i wspólnie przenoszą się do istniejącego przy parafii ośrodka akademickiego. A ponieważ nikogo lepiej przygotowanego nie było, moderator powierzył mi zadanie stworzenia nowej scholi i poprowadzenie jej.
Zgodziłem się na to chętnie — przecież grałem na gitarze już od dwóch lat, więc uważałem, że jestem do tego zadania znakomicie przygotowany. Miałem mnóstwo dobrych chęci i zapału. Zebrałem grupę osób, które śpiewały i grały na kilku instrumentach, zrobiliśmy dwie czy trzy próby i… zagraliśmy na najbliższej niedzielnej mszy św. Później wiele razy myślałem sobie, że Pan Bóg doprowadził do takiej sytuacji po to, żeby mnie nauczyć pokory.
Oprawa muzyczna tej mszy to była kompletna katastrofa. Gitary nie stroiły ze skrzypcami, śpiewający nie byli pewni, kiedy zaczynać, ustawienie scholi przy mikrofonach było takie, że w pewnym momencie połowa zespołu śpiewała inną zwrotkę, niż reszta — i nikt tego nie zauważył. Nikt z nas, oczywiście, bo zarówno ksiądz jak wierni w kościele byli mocno zdziwieni. Nawet już nie wspominam o tym, że pieśni (…a raczej piosenki), które śpiewaliśmy nijak się miały do sprawowanej liturgii.
O ile świadomość tego ostatniego jeszcze przez jakiś czas była mi obca, o tyle samą stronę muzyczną naszego „występu” mocno przeżyłem — w czasie mszy myślałem, że się pod ziemię zapadnę ze wstydu. A przecież wszystko wydawało się takie proste…
Ano, niestety. Nic nie jest takie proste, jak się wydaje. Ambicje i dobre chęci to za mało. Żeby pełnić diakonię — każdą, nie tylko muzyczną — trzeba jeszcze kompetencji i wiedzy w dziedzinie, w której się posługuje.
Ta pierwsza msza była dla mnie ostrą nauczką. Do następnej przygotowywaliśmy się cały tydzień — zrobiliśmy trzy dwugodzinne próby, przyszliśmy jeszcze na godzinę przed rozpoczęciem mszy. Było TROCHĘ lepiej… Szybko zorientowałem się, że moje „brzdą-kanie” na gitarze to za mało, żeby grać na liturgii. Zapisałem się do ogniska muzycznego — nie po to, żeby zostać zawodowym muzykiem, ale po to, żeby zdobyć choć trochę „warsztatu”, techniki gry i wiadomości z teorii muzyki. Namawiałem członków scholi, żeby – jeśli tylko mogą i mają czas — ćwiczyli śpiew. Rok później w naszej diecezji ruszyła po raz pierwszy Szkoła Animatorów Muzycznych — zostałem jej uczestnikiem i szybko zacząłem dowiadywać się, że dobór śpiewów na liturgię to „wyższa szkoła jazdy” i nie wystarczy założenie, że „skoro pieśń jest o Panu Bogu — to jest na temat”. I że nie każdy śpiew o Panu Bogu nadaje się do zaśpiewania w czasie Eucharystii…
Schola, którą założyliśmy, dopiero po dwu latach pracy — naprawdę ciężkiej pracy — zaczęła funkcjonować tak, że można było bez wstydu grać na mszach dla młodzieży.
Mam wrażenie, że kiedy mówimy o Diakonii, o służbie, bardzo często zapominamy o tej stronie rzeczywistości. Mówimy o duchowości, o wewnętrznej postawie służby, o „posiadaniu siebie w dawaniu siebie” (i słusznie, to sprawy bardzo ważne), ale zapominamy o tym, że posługę należy pełnić kompetentnie.
A przecież sami, kiedy korzystamy z czyichś usług — zwłaszcza, kiedy za nie płacimy — wymagamy fachowości! Złościmy się na niekompetencję urzędników, polityków, administracji państwowej. Boimy się spotkania z niekompetentnym lekarzem. A jednak kiedy my sami robimy coś dla innych — wydaje nam się, że nasze dobre intencje powinny wystarczyć.
Oczywiście — kompetencja nie musi oznaczać konieczności podjęcia wyższych studiów kierunkowych, trzeba jednak uczyć się i formować w takim zakresie, jaki niezbędny jest do pełnienia danej posługi, tak, aby pełnić ją coraz lepiej. Aby być dobrym animatorem muzycznym nie trzeba być zawodowym muzykiem czy studentem Akademii Muzycznej. Trzeba natomiast rozwijać swoje talenty i wiedzę, trzeba mieć dosyć pokory, żeby uznać swoje błędy i przyjąć słowa krytyki, umieć uczyć się od tych, którzy wiedzą więcej. Z fachową posługą w diakonii jest tak samo, jak ze wszystkimi ważnymi rzeczami w życiu — obowiązuje tu zasada ruchomych schodów, jadących powoli, ale konsekwentnie… do tyłu. Jedyną metodą posuwania się naprzód na takich schodach jest ciągłe, aktywne przesuwanie się do przodu. Kto stoi w miejscu — ten się cofa.
Trzeba też mieć jasną świadomość jakie umiejętności i wiedza potrzebne są do pełnienia danej posługi. Na przykład — animator muzyczny nie będzie dobrze pełnił swojego zadania — które polega na prowadzeniu innych do spotkania z Bogiem poprzez śpiew i muzykę — jeśli będzie nawet zawodowym muzykiem, ale nie będzie miał odpowiedniej wiedzy o liturgii i nie pozna wymagań, jakie Kościół stawia przed muzyką liturgiczną. Byłem kiedyś świadkiem takiej sytuacji — pewien zespół grał podczas rekolekcji akademickich w mojej byłej parafii. Od strony muzycznej nie można im było nic zarzucić — znakomite przygotowanie, instrumenty fachowo rozpisane, wspaniale i czysto brzmiące wielogłosy — aż zachwyt brał. Po prostu artyści. Natomiast treść śpiewanych pieśni do liturgii miała się nijak, śpiewy nie pasowały ani do tej, konkretnej mszy, ani do okresu liturgicznego, ani nawet do poszczególnych części Eucharystii. Stopniowo, kiedy wsłuchiwałem się w kolejne utwory (tak, wsłuchiwałem, bo żaden z nich nie nadawał się do śpiewania przez zgromadzonych, były za trudne), zachwyt powoli przechodził w irytację. Irytacja osiągnęła szczyt, kiedy zespół zamiast Sanctus (czyli „Święty, Święty…” — część stała mszy) zaśpiewał — przepiękny skądinąd — wielogłosowy chorał sławiący świętość Jezusa… w Najświętszym Sakramencie. Nie mówię już o tym, że przepisy liturgiczne wyraźnie zabraniają zastępowania części stałych jakimikolwiek innymi śpiewami, ale jaki Najświętszy Sakrament, skoro nie było nawet jeszcze przeistoczenia, a w kaplicy nie było tabernakulum? Pięknie, ale bez sensu.
Ciągle wracam do przykładów muzycznych, bo ta posługa jest mi najbliższa, ale także wiele innych posług w Ruchu i w Kościele pełnionych jest na zasadzie „radosnej amatorszczyzny”. Jak często słyszymy komentarze do Eucharystii pisane z naruszeniem elementarnych zasad teologicznych? W ilu parafiach funkcjonuje służba liturgiczna wprowadzająca w prezbiterium wyłącznie zamieszanie? Albo dekoracje (także te „liturgiczne”, jak Grób Pański) budowane tak, „żeby było ślicznie”, albo żeby wyrażały poglądy polityczne budującego, a nie według zaleceń Kościoła… Kiczowate obrazy i wystrój wielu wnętrz kościelnych… Potworne „częstochowskie rymy” pieśni i „wierszyków” recytowanych przez dzieci na nabożeństwach… Pieśni liturgiczne śpiewane na melodie i rytmy przez złośliwych nazywane stylem „sacro-polo”… Koszmarne błędy językowe w komentarzach, ogłoszeniach, gazetkach parafialnych, czasem nawet w kazaniach, niestety… Długo można by wymieniać.
Skąd to się bierze? Oczywiście — twórcy tych „potworków” są pełni dobrej woli, brakuje im natomiast przygotowania do posługi, którą pełnią. Często jednak, niestety, ten brak przygotowania wynika z braku motywacji do rozwoju, do uczenia się, poznawania. Często też osoby te nie robią i nie chcą robić nic, aby ten stan zmienić, a na zwrócenie uwagi czy propozycję pomocy reagują obrazą. Opowiadał mi jeden ze znajomych księży, jak w nowej parafii chciał nieco zreformować istniejącą tam scholę, aby śpiewała bardziej zgodnie z duchem liturgii. Niestety — członkowie scholi nie dali sobie nic wytłumaczyć, a na sugestię, że mogliby coś zrobić lepiej, obrazili się i odmówili współpracy.
W takich sytuacjach trzeba sobie zadać podstawowe pytanie — po co służymy? Komu służymy? Jakie są nasze intencje?
Jeśli służba, którą pełnimy, daje nam dużo radości i satysfakcji — to wspaniale. Nie możemy jednak zapominać, że ideą diakonii jest dar z siebie. Dar — a więc oddanie się drugiemu człowiekowi (i Bogu). Jeśli się oddaję, jeśli jestem sługą, jeśli moja praca ma być diakonią — muszę ją pełnić nie tak, jak mnie jest wygodnie i przyjemnie, ale tak, jak tego potrzebuje ten, komu służę. Nie wystarczy „jakoś” służyć — trzeba służyć najlepiej, jak można. A to oznacza tylko jedno — służyć coraz lepiej.
Członek diakonii musi stale się rozwijać, stale formować — zarówno na płaszczyźnie duchowej, jak w wymiarze konkretnego daru, którym służy. Jeśli animator prowadzi grupę — powinien znać podstawowe zasady pracy z ludźmi (nie chodzi oczywiście o to, aby każdy studiował np. psychologię, ale o tę podstawową wiedzę, która przekazywana jest choćby na KODA). Jeśli jest animatorem muzycznym — powinien poza doskonaleniem swojego warsztatu muzycznego zainteresować się także duchową stroną swojej posługi i prawodawstwem Kościoła na temat muzyki liturgicznej. Jeśli jest odpowiedzialny za służbę liturgiczną… i tak dalej.
Chodzi tu nie tylko o studia i „książkową” wiedzę (choć bywa ona bardzo przydatna, a czasami niezbędna), ale i o praktyczny rozwój umiejętności. Ktoś, kto mieni się animatorem czy członkiem diakonii, nie może być dyletantem i ignorantem w tym, co robi, bo wtedy może uczynić więcej szkody, niż pożytku.
Oczywiście — nie chodzi tu o płytki perfekcjonizm, który — w gruncie rzeczy — jest wysublimowaną formą pychy. Każdemu zdarzają się błędy, potknięcia, każdy czasami bywa przez Pana Boga stawiany w sytuacji, kiedy musi zająć się czymś, w czym nie jest fachowcem. Wpadki, fałsze czy błędy zdarzają się najlepszym zespołom muzycznym i zawodowym chórom, a co dopiero parafialnej scholi. Jeśli zdajemy sobie sprawę ze swoich słabości i niedoskonałości — to bardzo dobrze, bo to może być dla nas impulsem do pracy nad sobą. Nie będziemy — w każdym razie większość z nas — zawodowcami, dobrze jednak, żeby w naszej posłudze widać było różnicę między byciem „amatorem” (a więc, z łaciny, miłośnikiem, człowiekiem oddanym sprawie) a uprawianiem negatywnie rozumianej „amatorszczyzny”.
Jest takie angielskie przysłowie: If something is worth doing — it’s worth doing well. Jeśli coś warte jest tego, żeby to robić — warte jest tego, żeby to robić dobrze.