Życie konsekrowane

(193 - maj - czerwiec 2013)

z cyklu "W szkole animatora"

Animator

Anna Lipska

Animator – muzyczny, liturgiczny, gospodarczy czy jakikolwiek inny – jest przede wszystkim animatorem a dopiero później nosi swój „przydomek”. Jak każdy animator powinien być wzorem w życiu oazowym i pozaoazowym, jak każdy animator ma służyć i być dla uczestników (a nie dla „władzy” muzycznej czy litur­gicznej) i jak każdy animator powinien być odpowiedzialny za wspól­notę i odpowiadać na jej potrzeby.

Najczęściej są to potrzeby wołające właśnie o jego szczególne zdol­ności, np prowadzenie śpiewu lub ugotowanie obiadu na OMie. Ale nie zawsze – czasem są to podstawowe zadania animatora jako takie­go. Np. wzięcie grupy formacyjnej, poprowadzenie modlitwy, podję­cie posługi na liturgii, zwrócenie komuś uwagi, powiedzenie świadec­twa, wzięcie odpowiedzialności za grupę oazową podczas jakiejś wy­cieczki itd. Nie ma dodatkowej hierarchii animatorów – że np. ci od przepisów liturgicznych stoją wyżej niż ci od zakupów, więc mimo po­trzeby nie sięgną po obieraczkę do ziemniaków i nie pomogą dyżurnej grupie. Przecież nie ma lepszych i gorszych ludzi i posług, także i sta­nowisk animatorskich. Wszyscy mają równe (choć nie jednakowe) pra­wa i obowiązki, są odpowiedzialni za rekolekcje i za wspólnotę, a nie „do wyższych rzeczy stworzeni” i powinni grać równą rolę zarówno w podejmowaniu decyzji przez diakonię, jak i w najprostszych posłu­gach domagających się spełnienia „na już”, po prostu i bez roztrząsa­nia. Czy jeśli animator muzyczny zachoruje, to nikt inny nie poprowa­dzi śpiewów, mimo że jest taka potrzeba? Albo nikt nie powie świa­dectwa lub nie weźmie odpowiedzialności za modlitwę, bo „nie jest od tego”, a akurat nie pojawił się na spotkaniu nikt z diakonii modlitwy? Czy odpowiedzialnemu na oazie spadnie korona z głowy, gdy zajmie się obiadem, póki kucharka nie dojedzie? Czy animator może powie­dzieć: „Nie, nie zaniosę darów na mszy wspólnotowej, ani nie zbiorę tacy, bo ja jestem animatorem modlitwy!” albo animator gospodarczy może się migać od reakcji na konkretne zachowanie uczestnika, uwa­żając, że to nie jego sprawa? Czy animator grupy pamięta, że nie jest „świętą krową” chronioną od wszelkich dodatkowych wyzwań? Czy wszyscy animatorzy „specjalistyczni” pamiętają, że każdy z ich chary­zmatów nie wyklucza prowadzenia grupy, jako podstawowej wśród posług animatorskich?

Bycie animatorem to służba a nie kariera, spełnianie posługi a nie „spełnianie się” jako priorytet. A jeśli służba to idziemy tam, gdzie jest potrzeba i odpowiadamy na nią tak, jak umiemy. Jeśli jest ktoś, kto się na tym zna lepiej, umie więcej, jest przygotowany, to bez fochów ustępujemy mu miejsca i pomagamy mu jak możemy, bo tego wyma­ga dobro wspólnoty. Ale jeśli akurat nie ma nikogo innego, to zwy­czajnie bierzemy się za robotę, bez krygowania się – i staramy jak mo­żemy najlepiej. Gotowość i troska to jedne z najcenniejszych cnót ani­matorskich. Dzięki temu w diakonii jesteśmy z stanie zastępować się, współpracować, pomagać sobie a nie konkurować; łączyć a nie dzie­lić. Jak organizm, w którym wszystko pracuje dla wspólnego dobra. I dobro jest tu właśnie kluczowe, jak i bycie dobrym animatorem bar­dziej niż dobrym liturgicznym lub muzycznym.

Więcej szkody przyniesie wspólnocie animator muzyczny o dosko­nałym warsztacie i wiedzy muzycznej, ale będący antyświadectwem, niż zupełnie przeciętny pod kątem wiedzy i umiejętności, ale będący naprawdę Bożym człowiekiem, rozwijający się i wciąż formujący. Nie chodzi tu absolutnie o to, że profesjonalizm, umiejętności i wiedza są nieważne – wprost przeciwnie. Ale chodzi o pewną hierarchię warto­ści i świadomość, że profesjonalizm nie prowadzi z automatu do świę­tości, natomiast świętość zawsze prowadzi do dobrze rozumianego profesjonalizmu.