Parafia

(172 - maj - czerwiec 2010)

Anioły i motyle

Katarzyna Januszewska

Kilka lat temu ks. Francis Gaciata pochodzący z Kenii, przyjechał do Polski i poznał ludzi z Domowego Kościoła w diecezji warszawsko-praskiej. Bardzo się zachwycił tą formą pracy z małżeństwami i rodzinami. Gdy powstała Diakonia Misyjna, skontaktowaliśmy się z nim i polskimi misjonarzami, którzy posługiwali lub posługują w Kenii. Wszyscy, którzy go znali, wypowiadali się o nim bardzo pozytywnie. Zachęciło nas to do podjęcia współpracy w ramach programu adopcji na odległość, który rozpoczęliśmy w styczniu 2009 roku.

Zobacz, jak wygląda tu życie

Już w marcu ks. Francis napisał: „Przyjeżdżajcie! Zobaczcie, jak wygląda tu życie i co znaczy dla nas Wasza pomoc.” Gorączkowe poszukiwanie sponsorów, bilety, szczepienia, wykłady z medycyny tropikalnej, spotkania z misjonarzami i 6 lipca nad ranem wylądowaliśmy z Marysią, Agnieszką i Marcinem w Nairobi, stolicy Kenii.

W ten pierwszy poranek na drugiej półkuli otoczyła nas swoją opieką oddana dziełu misji afrykańskich bł. Maria Teresa Ledóchowska. W Godzinie Czytań napisano: „W jej życiu Bóg ukazał Kościołowi, a także wszystkim ludziom dobrej woli, czego może dokonać miłość jednego człowieka, który całkowicie oddał się Bogu, a przez Niego i całej cierpiącej ludzkości”. Obraliśmy ją na opiekunkę wyjazdu. A może to Ona nas wybrała?

Spacerując po słonecznym centrum Nairobi, wśród ekskluzywnych hoteli, restauracji i cieszącej oczy zieleni, czuliśmy się trochę jak na Zachodnim Wybrzeżu USA. Mieliśmy niepowtarzalną okazję pocałować żyrafę w zbijającym kokosy na turystach Giraffe Centre. Przebijając się dwie godziny na obrzeża miasta okropnie zakorkowanymi ulicami, stopniowo odkrywaliśmy drugie oblicze stolicy. Na drogach szalały „matatu” (zdezelowane busy już dawno wycofane z produkcji), będące najpopularniejszym środkiem transportu. Za ich sprawą słowo „smog” nabiera szczególnego znaczenia. Nie sposób było wytrzymać z otwartym oknem w samochodzie.

Im dalej od centrum, tym mniej latarni, więc na obrzeżach po zachodzie słońca panuje mrok. A słońce zachodzi wcześnie i bardzo szybko, omijając fazę zmierzchu. Szybko też robi się chłodno. Wzdłuż dróg wędruje mrowie ludzi, niespiesznie zmierzając z pracy do domu. Bo i nie ma się do czego spieszyć. Odrapane niewysokie bloki – trudno stwierdzić, czy w fazie budowy czy rozbiórki – czekają na tych, którym w życiu się poszczęściło. Na innych czeka Kibera – największy slums w Afryce. Podobno przynajmniej jeden członek każdej kenijskiej rodziny mieszka w stolicy. Ściągają tam za chlebem, żeby znaleźć pracę i wspomóc bliskich. Kibera pokazuje, jak bardzo płonne okazują się dla wielu te nadzieje.

Mitunguu

Z Nairobi jechaliśmy niezłym asfaltem 200 km na północ do prowincji Meru. Potem jeszcze 17 km między plantacjami bananów, bardzo czerwoną, nierówną, kamienistą drogą – ale matatu pędzą, ile się da, ile wytrzyma zawieszenie, zostawiając za sobą wielkie tumany czerwonego pyłu. I w końcu dotarliśmy do parafii św. Franciszka z Asyżu w Mitunguu, która stała się naszym domem na półtora miesiąca.

Duża część parafian formuje się w Small Christian Communities (SCC – Małe Wspólnoty Chrześcijańskie). To grupy tworzone przez kilka sąsiadujących ze sobą rodzin, spotykające się co tydzień na modlitwie, czytaniu i dzieleniu się Słowem Bożym. Wspierają się zarówno w sferze duchowej, jak i społecznej czy materialnej. Stajemy się honorowymi członkami jednej z nich.

Parafie dzielą się na kilka lub kilkanaście domów modlitwy: wspólnot wiernych, które księża starają się regularnie odwiedzać. Im dalsza od serca parafii, tym rzadziej ma szczęście gościć kapłana. Niektóre wspólnoty muszą czekać na mszę święta nawet miesiąc i dłużej, jeśli pora deszczowa nie pozwala na przejazd nawet autu terenowemu.

Mszę świętą potrafią celebrować godzinami. Nikt się nie irytuje, gdy zaczyna się godzinkę czy półtorej później niż zapowiedziano. Czekają śpiewając. Księża muszą przecież dojechać. Sama Eucharystia może trwać i trzy godziny. Nam ciężko było wysiedzieć, szczególnie, że wszystko odbywało się w języku kimeru.

Modlitwa i zabawa

Dużo śmiechu nam, a trudności naszym kenijskim gospodarzom dostarczało wymawianie naszych imion. W miarę dobrze radzili sobie z Agnieszką i Marcinem – „Aga”, „Martin”. Ze mną już gorzej – wychodziło coś zbliżonego do „kasza”. Imiona Marysi i Jarka zyskały najwięcej wersji. Może z powodu tych trudności dali nam imiona kenijskie. Marysia – Makena, czyli „pełna radości”, ja – Kagwira – „przynosząca radość”, Jarek – Murithi czyli „pasterz”. Angielski, którym się posługują, znacznie różni się od języka, którego uczymy się w Polsce. Nie odróżniają głosek „r” i „l”. Mówią np. „umblella” zamiast „umbrella”. Nieraz przyczyniało się to do nieporozumień.

Pewnego popołudnia jechaliśmy rozklekotanym Suzuki ks. Patricka na umówione zabawy i mecz piłki nożnej do chłopców z ośrodka dla dzieci ulicy. Zauważyliśmy jednego z nich, dziarsko szorującego piaszczystą drogą w szkolnym mundurku i z książkami w reklamówce. Wzięliśmy go ze sobą. Chcąc zagaić rozmowę, zapytał: „Are we going to pray?” Nie wiedziałam, co odpowiedzieć… Chłopaki aż piszczą, żeby się z nami pobawić, a ten z nadzieją w głosie pyta, czy będziemy się modlić! Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że chciał spytać, czy będziemy grać. Jednak po meczu pomodliliśmy się wspólnie, dziękując za spędzony czas i świetną zabawę. Chłopcy zaskakująco łatwo wyciszyli się i w skupieniu uczestniczyli w modlitwie. Patrząc na nich, nigdy bym nie powiedziała, że zostali „zgarnięci” z ulicy, gdzie czyhały na nich narkotyki, alkoholizm, prostytucja, rozwiązłość i choroby zakaźne, przestępczość i analfabetyzm.

Byli dla mnie ogromnymświadectwem. Starsi troszczyli się o młodszych, wszyscy zdyscyplinowani, z szacunkiem odnosili się do Sióstr. Gdyby nie ich ubóstwo, pomyślałabym że to prestiżowa szkoła dobrych manier. Cały dobytek każdego chłopca to mundurek szkolny i może ze dwie zmiany ubrań, czasem podarte buty, ręcznik, szczoteczka do zębów i miska do prania. Wszystko starannie poukładane na półkach. Cała przestrzeń prywatna to łóżko z moskitierą w wieloosobowej sali. Dalej wszystko wspólne. Obowiązki – pranie, sprzątanie, pomaganie siostrom w ogrodzie. Piłka i rower to ich największa rozrywka. Z podziwem i niedowierzaniem patrzyliśmy, jak ganiają na bosaka po nierównym terenie, pełnym kamieni i ostrych, suchych roślin.

Widma w kolorze kurzu

Chłopcy ulicy wyglądają jak widma w kolorze kurzu. W łachmanach, na boso, z mętnym wzrokiem i nieodłączną brudną butelką z klejem, który wąchają, żeby nie czuć głodu. Kręcą się przy sklepach i bazarach, licząc na to, że ktoś da im choćby zepsuty owoc. Ludzie nie zwracają na nich uwagi – jest ich tak wielu… Dziewczynki nigdy nie widzieliśmy. Bezdomne dziewczynki z miejsca wpadają w szpony prostytucji.

O taki los otarł się 23-letni Derick. Jego rodzice rozeszli się, gdy był jeszcze w podstawówce. Ojciec alkoholik nie przejmował się losem pozostawionych sześciorga dzieci. Bezrobotna matka była w stanie opiekować się jedynie dwiema najmłodszymi córkami. Trójka najstarszego rodzeństwa rozpierzchła się bez wieści po świecie. Derick skończył podstawówkę dzięki pomocy polskich franciszkanów, pracujących wtedy w Mitunguu, oraz dzięki sponsorce z Polski. Ale misjonarze wyjechali, a kontakt ze sponsorką się urwał, więc nie mógł kontynuować nauki w szkole średniej. Dorywcze zajęcia z trudem starczały na pokrycie czynszu i najbardziej podstawowych potrzeb. Ostatniej jesieni budynek, w którym wynajmował pokój, potajemnie sprzedano jakiemuś posłowi. Dom zniszczono, ludzi wygnano – pięćdziesiąt osób stało się bezdomnymi w jednej chwili. Chłopak wylądował w slumsie, gdzie zaraził się gruźlicą. Znaleźli się w Polsce ludzie, którzy poznawszy jego historię, nie pozostali obojętni. Dzięki nim Derick może leczyć gruźlicę i od lutego podjął naukę w liceum.

Opowiadajcie o tym, co widzieliście

Ks. Francis był dla nas niczym Wergiliusz dla Dantego. Zabierał nas wszędzie ze sobą. Pokazał nam piekło, czyściec i niebo Kenii.

Spotkanie z grupą osób z HIV i AIDS. Dzisiaj zastąpiły one trąd znany z Pisma Świętego. Z zarażonymi nikt nie chce rozmawiać lub podać im ręki. Opory mają nawet kenijskie siostry zakonne – tak silnie w ich świadomości zakorzeniony jest lęk przed tą chorobą.

Była tam też gromada dzieci, których rodzice zmarli na AIDS. Przyjechaliśmy do nich z gitarą, śpiewaliśmy, klaskaliśmy, a one stały i patrzyły na nas wielkimi, nieruchomymi oczami bez uśmiechu. Dopiero po kilku piosenkach ożywiły się – dołączyły do wspólnego pokazywania, klaskania, a ich twarzyczki nabrały weselszego wyrazu. Nie chodzą do szkoły, a całe ich życie polega na zdobywaniu wody i pożywienia. Jest to nie lada zadanie, szczególnie w porze suchej, kiedy wysychają strumienie i trzeba chodzić po wodę kilka kilometrów w pyle i upale. Przydomowe poletka kukurydzy czy fasoli, które muszą same uprawiać, nie przynoszą prawie żadnych plonów, gdy pora deszczowa opóźnia się lub opady są skąpe.

Nasze europejskie pomysły poprawy sytuacji nie działały. Dasz maluchowi balona – to nie nadmucha, bo nie ma siły, za to zacznie z głodu żuć, a jak mu go nadmuchasz, to poleci na suchy badyl, pęknie i płacz gotowy. To samo z gumową piłką – tylko rozpacz większa. Chcesz rozdzielić sprawiedliwie cukierki – nie ogarniesz masy wyciągniętych rączek, nie dojdziesz, kto dostał już dwa, a kto żadnego. Cukierki się skończą, a zostaną oczy błagalnie utkwione najpierw w puste opakowanie, a potem ten wzrok przenosi się na ciebie… Rozdajesz kredki, żeby dzieciaki narysowały rysunki dla swoich rodziców adopcyjnych – połowa ich nie odda. I nie próbuj na ich oczach napić się łyka wody.

Niebo Kenii tworzą ludzie, zadziwiająco otwarci i życzliwi. Z żadnego domu nie wychodziliśmy nieugoszczeni czy z pustymi rękami. Nawet ci, którzy sami żyją na skraju nędzy, z wielką radością ofiarowywali nam swój wdowi grosz – jajko, podobną dosłodkiego ziemniaka marantę (skrobiowy korzeń, spożywany po ugotowaniu; bardzo popularna potrawa; dla nas nie do przełknięcia ze względu na kleistą, zapychającą konsystencję i nieprzyjemny zapach), nieraz kurę.

Ważne, żeby po prostu z nimi być. Spotkać się, porozmawiać, podać rękę, uśmiechnąć się. Przy mniejszej liczbie dzieci robić wycinanki, wyklejanki, malowanki, kipepeo (motylka) z bibuły i muraikę (anioła) z tektury. Gdy jest ich więcej, nawzajem uczyć się piosenek, potańczyć, pograć w piłkę. Przywieźć worek kukurydzy czy fasoli, zamiast słodyczy; łyżkę, miskę czy lampę naftową zamiast zabawek; bardziej słuchać niż mówić, częściej i szerzej niż zwykle się uśmiechać; przyjąć z radością ofiarowany prezent. Odwiedzić ich w domu i wypić herbatę z mlekiem.

Część osób, z którymi się spotkaliśmy, stało się ofiarami głodu, którego fale nękają Kenię. Dostając informacje o cierpieniach, które dotykają naszych kenijskich znajomych, stajemy bezradni wobec potrzeb, których nie potrafimy zaspokoić. I pytamy ks. Francisa, co możemy zrobić, a on mi mówi: „Módlcie się za nas i opowiadajcie o tym, co widzieliście. To już jest bardzo wiele”.

Ziarenko

Wspólnota w Mitunguu jest dla mnie niesamowitym znakiem działania Pana Boga. Byliśmy z nimi raptem sześć tygodni, a jadąc tam nie nastawialiśmy się na zakładanie wspólnoty. Poprosił nas o to na miejscu ks. Francis. Nie mieliśmy ze sobą żadnych materiałów formacyjnych, żadnych konspektów ani nawet piosenek po angielsku. Każde spotkanie przygotowywaliśmy z niczego, na gorąco. A jednak nie było to „z niczego”, tylko z Bożej łaski. Nie wiedzieć czemu, motywem powtarzającym się w tych kilku spotkaniach, które dla nich poprowadziliśmy, było ziarnko gorczycy i budowanie królestwa Bożego. Wtedy mogłam zobaczyć początek tej przypowieści – rodzenie się w ludzkich oczach czegoś nieporadnego, małego i słabego.

Szczerze mówiąc, nie wierzyłam że te spotkania „pociągną” dłużej niż miesiąc po naszym wyjeździe. A jednak Pan Bóg daje wzrost – z ziarenka rośnie drzewko. Rzecz dla mnie niemożliwa staje się rzeczywistością. Wspólnota w grudniu wyszła do innych parafii, żeby ewangelizować.

 

Naszej młodziutkiej siostrzanej wspólnocie w Kenii mogę powtórzyć za św. Pawłem: „Dlatego nieustannie dziękujemy Bogu, bo gdy przyjęliście słowo Boże, usłyszane od nas, przyjęliście je nie jako słowo ludzkie, ale - jak jest naprawdę - jako słowo Boga, który działa w was wierzących.” (1 Tes 2, 13)