Kobiecość

(197 - styczeń 2014)

Bądź piękna!

Agnieszka Zawisza

Czy ciało ma być moim bogiem czy wrogiem? A może w ogóle nie powinnam się nim interesować, skoro cała reszta świata interesuje się aż za bardzo?

Żyjemy w czasach, w których kobieta stoi na rozdrożu. Z pozoru nie było jeszcze w dziejach momentu bardziej kobiecie sprzyjającego, oferującego jej większą wolność decydowania o sobie, czy szerszy wachlarz możliwości roztaczających się przed nią. Mimo to wiele kobiet nie potrafi odnaleźć własnej wartości i godności. Kim jestem? Kim powinnam, kim chcę być? Jaka chcę być?

Trudność w znalezieniu odpowiedzi na te pytania łatwiej zrozumieją ci, którzy w hipermarketach bezradnie rozkładają ręce spędzając długie godziny na wyborze najlepszego proszku do prania czy makaronu spośród dziesiątek opakowań zalegających sklepowe półki. Rzeczywiście, możliwości określenia własnej tożsamości kobieta ma całe mnóstwo, od decyzji o wyborze roli życiowej poczynając (kobieta aktywna zawodowo, perfekcyjna pani domu, czy matka Polka na przykład?), poprzez wybór kierunku studiów, współmałżonka, liczby dzieci, światopoglądu religijnego, orientacji seksualnej, o wyborze płci nie wspomnę.

Mission Impossible

Ta, już prawie niczym nie ograniczona, wolność od tradycyjnie rozumianych ciemiężycieli (mężczyzny, Kościoła, opinii społecznej, rodziny, obyczajów, tradycji itd.) nie oznacza bynajmniej braku jakiegokolwiek nacisku. Dzisiejsza presja jest jednak ubrana w nieco odmienną niż kiedyś filozofię i nomenklaturę. Tym razem bowiem to właśnie w imię wyzwolenia nakłada się kobiecie kolejne kajdany: wygórowanych oczekiwań, niemożliwych do spełnienia wymagań i nie dających się pogodzić zadań, których realizacja zmusza ją do niewyobrażalnych poświęceń. Ich rozmiaru, wskutek niezwykle sprawnie działającej propagandy mediów, kobieta nie jest nawet świadoma. Oczywiście do czasu, gdy nadejdzie kryzys tożsamości, depresja, załamanie.

Ideologia sukcesu, pogoń za pieniądzem, dyktatura przyjemności – te i inne formy zniewolenia zajęły miejsce starych. Kult ciała, wiecznie młodego, pięknego, doskonałego, które można poprawiać i ulepszać w nieskończoność, żąda coraz więcej ofiar, a kanony urody i doskonałości osiągnęły wymiar wręcz absurdalny.

Po raz pierwszy w historii cywilizacji doszło do rozszczepienia ideału urody i ideału zdrowia. Kiedyś „zdrowa” oznaczało „płodna” i „piękna”. Dziś „piękna” oznacza „szczupła”, niekoniecznie zdrowa, często niepłodna (Ewa Awdziejczyk w książce „Tosty i posty”).

Panujący obecnie ideał piękna jest niemożliwy do osiągnięcia: mamy się nie starzeć. Utopijna idea: wiecznej młodości, urody niezależnej od metryki, permanentnej gładkości i jędrności ciała – sprzecznej z naturą, fałszywej – wzbudza u każdej zwyczajnej kobiety regularne ataki paniki przy okazji kolejnych inspekcji swych nowonabytych zmarszczek przed lustrem. „Starzeję się, tracę na wartości, potrzebny mi lifting” – myśli z rozpaczą. Różne są reakcje kobiet na tę stopniową, naturalną acz niechcianą degenerację ciała, na ten opór, który ono stawia szaleńczej pogoni za ponadczasowa pięknością: jedne gonią ideał nie bacząc na cenę, inne zniechęcają się machając ręką na wyśrubowane normy, kolejne co chwile zrywają się do zarzuconej na chwilę gonitwy zaliczając następne upadki i załamania, jeszcze inne surowo karzą swe nieposłuszne, wrogie ciało, niechcące dostosować się do tempa wyścigu torturując je dietami lub operacjami lub obrażają się na nie, przestając o nie dbać. 

Bóg lubi materię?

Jak w tym całym wyścigu odnaleźć się ma kobieta wierząca, dla której Bóg, a nie ciało jest ostatecznym celem i przedmiotem uwielbienia? Jak traktować to ciało, by kreować je nie tyle zgodnie z wolą dyktatorów mody, ale stosownie do woli Stwórcy? Czy ciało ma być moim bogiem czy wrogiem? – myśli w rozterce – bo że bywa niekiedy i jednym i drugim jednocześnie, to fakt. A może w ogóle nie powinnam się nim interesować, skoro cała reszta świata interesuje się aż za bardzo? Jaki bowiem pożytek z „grzesznego ciała” skoro hołduje ono głównie „ziemskim marnościom”? Mamy dbać przecież o zbawienie duszy, a ziemskie szczątki nieuchronnie i tak prędzej czy później w proch się obrócą… 

Niezależnie od tego jak bardzo „zorientowani na duszę” byśmy nie byli, nie możemy zignorować niewygodnego faktu, że ciało jest nam do życia niezbędne, nie możemy bez niego, ani poza nim, istnieć, że nasz wygląd i wnętrze, ciało i dusza to integralna całość. 

Okazuje się jednak, że jest i Dobra Nowina. Otóż nasza dusza została wlana w ciało wcale nie za karę. Ciało to dla chrześcijanina nie więzienie, nie „grób” duszy, jak uważał idealista Platon, ale integralna cześć naszego człowieczeństwa, Boży dar. Tak samo dobry i piękny jak dusza. Nie możemy rozwijać się wyłącznie duchowo, podczas gdy ciało będzie leżało odłogiem. Rozwój musi przebiegać równomiernie. Jeśli bowiem zaniedbamy starania o ciało, z czasem upomni się ono o swoje prawa i wówczas zdominować może wszelkie nasze inne dążenia. C.S. Lewis pisze: "Nie ma co się silić na większe uduchowienie od samego Boga. Bóg nigdy nie chciał, żeby człowiek był stworzeniem czysto duchowym. Dlatego składa w nas nowe życie za pomocą rzeczy materialnych, jak chleb i wino. Można to uznać za pewną toporność i brak uduchowienia. Bóg tak nie uważa. Bóg lubi materię. Sam ją wymyślił."

Boski ślad

Dobra Nowina dla nas kobiet jawi się więc następująco: kobieta może być piękna! Nie jest to w żadnym razie nic niestosownego. Piękno jest dobre. 

"Co więcej: Bóg jest piękny. Często zapominamy o tym przymiocie Boga mówiąc o Jego mądrości, wszechmocy, i tak dalej. Rzadko uświadamiamy sobie, że On jest samą pięknością. I, że ten Boski ślad został w człowieku, w szczególny sposób w kobiecie" – zauważa siostra Bogna Młynarz. 

Potrzeba bycia piękną wydaje się więc być zakorzeniona głęboko w sercu kobiety. Jacek Pulikowski mawia, że kobieta ze swej natury pragnie być „dobra i piękna”, mężczyzna zaś „mądry” – i zdecydowanie coś w tym jest. Pozostaje to prawdą niezależnie od wieku kobiety. Zadaniem kobiety powinno w związku z tym być odnalezienie tego Boskiego śladu i jego pielęgnacja. 

Dbałość, ale nie bałwochwalczy hołd, czy zdobywanie młodości czy urody za wszelką cenę, przed czym przestrzega nas już od wieków nie tylko dramat szeregu baśniowych postaci m.in. macochy królewny Śnieżki, czy ostatnio Gertrudy z disneyowskiej wersji historii o Roszpunce, ale także, a może przede wszystkim Pismo Święte. Św. Piotr do tych, co przez ubiór dają wyraz swej wybujałej próżności mówi: Ich ozdobą niech będzie nie to, co zewnętrzne: uczesanie włosów i złote pierścienie ani strojenie się w suknie, ale wnętrze serca człowieka o nienaruszalnym spokoju i łagodności ducha, który jest tak cenny wobec Boga (1 P 3, 3). Człowieka więc określa nie ubiór i wygląd, ale to co ma w sercu, jaki jest. 

Czy jednak nacisk na piękno wewnętrzne musi oznaczać brak dbałości o wygląd zewnętrzny? Mam wrażenie, że pokutuje w nas wierzących kilka stereotypowych poglądów na temat troski o zewnętrzna aparycję. Skromność bowiem to dla niektórych usprawiedliwienie kompletnego braku dbałości o strój czy wygląd. Liczy się moje wnętrze, prawda o mnie, więc nie muszę, ani nie powinnam go zafałszowywać makijażem, zmianą koloru włosów, czy bardziej eleganckim strojem. 

Mam starać się podobać mężowi? Przecież on mi ślubował przed Bogiem, jego obowiązkiem jest kochać mnie taką jaką jestem, a na opinii innych mi nie zależy. Mam się stroić i pacykować? Poniżające, nie wypada… Natury nie należy poprawiać, sama się obroni… Ale czy zawsze? 

Czy kobieta powinna się malować? Czy jedyną funkcją stroju osoby wierzącej powinno być przykrycie tego, co wstydliwe i ochrona przed zimnem? Czy ubiór skromny i przyzwoity musi być koniecznie bezkształtny, workowaty, nieokreślonego koloru? Czy też może być ładny, gustowny, kolorowy i modnie skrojony tak, by podkreślić nasze – także zewnętrzne – piękno? I nie chodzi mi bynajmniej o to, by strój odkrywał czy przesadnie uwydatniał te części ciała, które zwykła kultura i dobre wychowanie każe zakrywać, ale o to, czy ubranie może nas zdobić? A może mogłoby być nawet pewną formą świadectwa? 

Nie chodzi mi o to, by nagle zachęcać wszystkie panie do pogoni za modą. Często nie namawia ona bowiem do elegancji i bynajmniej nie dodaje kobiecie uroku, a wręcz ją szpeci. Ale chodzi o dbałość o swoją kobiecość. Dziennikarka „Niedzieli” Ewa Polak-Pałkiewicz mówi: "Św. Joanna Beretta Molla czy Sługa Boża Anna Jenke to kobiety, które interesowały się modą, ubierały się elegancko i skromnie zarazem. Pracowały w zawodach ówcześnie bardzo cenionych i rozumiały, że odpowiedni do okazji strój jest pewnego rodzaju misją kulturową kobiety. Rzeczywiście istnieje pogląd, że katoliczki zaniedbują swoje zewnętrzne piękno, dane im przez Stwórcę. Może wynika to z błędnego rozumowania niektórych Pań, że nie powinny w żaden sposób zastanawiać się nad swoją kobiecością, powinny ja ukrywać czy maskować. Tymczasem każda kobieta – niezależnie od wieku czy stanu – ma obowiązek dbania o swój wygląd zewnętrzny."

Naturalna uroda to wspaniały dar i jeśli ktoś go od Boga dostał, to ma za co być wdzięczny! Ale chyba przyznamy, że nie wszystkie zostałyśmy w tej kwestii obdarowane jednakowo i Bóg jeden wie dlaczego. W różny sposób można dbać o urodę: jedna z moich koleżanek nie znosi makijażu, swoją kobiecość stara się jednak podkreślać poprzez strój, inna znajoma nosi króciutkie włosy dla wygody, ale nie stroni od spódnic, a piękne korale lub kolczyki często zdobią jej szyję i uszy. Znam panie, które ze względu na rozliczne kompleksy, bez lekkiego podretuszowania swojego wyglądu nie mają odwagi wyjść z domu. Inne makijaż traktują jako element codziennej higieny, podkreślający lub wydobywający atuty urody otrzymane od Stwórcy. I o ile makijaż nie staje się sztuką dla sztuki czy objawem chorobliwego nałogu nie powinien nas chyba specjalnie gorszyć czy być powodem do ferowania wyroków czy osądów. A różnie bywa, bo często bardziej nas ta drzazga pod postacią tuszu czy kredki w oku „bliźniej” drażni niż belka zaniedbania czy obmowy we własnym… A przecież już w Pieśni nad Pieśniami wyrażony jest podziw nad biżuterią podkreślająca walory kobiety: Śliczne są Twoje policzki między kolczykami, twa szyja otoczona koralami. (PnP 1, 10)

Zresztą czy nasz brak starań o ciało nie jest czasem wyrazem zwykłego lenistwa? Jeśli tak, to jak każdy przejaw duchowej „rozlazłości”, należy je bezwzględnie zwalczać. Nasze ciało to nie „grób czy więzienie”, ale jak pisze św. Paweł świątynia Ducha Świętego, miejsce przeznaczone na służbę Bogu i wielbienie Go: Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za [wielką] bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele! (1 Kor 6, 19-20). Uczyńmy więc nasze świątynie tak pięknymi, jak to tylko możliwe.

Bądź piękna dzisiaj!

Wraz z macierzyństwem odnotowujemy sporą zmianę w podejściu nas kobiet do własnego wyglądu i o ile przed pojawieniem się dzieci myślałyśmy jeszcze o naszej powierzchowności, o tyle wraz z narodzeniem potomstwa, czasem pojawieniem się paru dodatkowych kilogramów przy okazji, zapał wygasa. Często niedbałość o wygląd tłumaczymy wtedy brakiem czasu i zmęczeniem codziennymi obowiązkami. Tyle na głowie, do ubrania kilkoro dzieci, czasem także i mąż, więc o sobie kobieta myśli na końcu albo wcale. I odpuszcza ten temat, czasami zbyt łatwo i bez walki, jako mniej istotny. 

Na pewnych rekolekcjach moją uwagę zwróciła jedna z uczestniczek: bardzo ładna, zadbana i elegancka kobieta – matka piątki dzieci, obecnych na tychże rekolekcjach. Zastanawiałam się, jak jej się to udaje, kiedy ja przy dwójce maluchów z niczym się nie wyrabiam. Zagadnęłam o to jej męża i jakież było moje zdziwienie, kiedy sprostował: „A nie, my to siódemkę mamy, tylko dwoje starszych w domu zostało”. Osłupiałam, ale było to dla mnie niezwykłe świadectwo. 

Długo zastanawiałam się, o co tu w takim razie chodzi, bo przecież chyba jednak nie o czas czy jego brak, czy nadmiar obowiązków, ale raczej podejście do tematu, stosunek do siebie. Może potrzeba zmienić priorytety, perspektywę patrzenia: z „wszystko poświęcę dla męża i dzieci” – także zdrowie, urodę i ambicje, marzenia, na „jak najwięcej zachowam dla męża i dzieci” – przede wszystkim moje zdrowie, urodę, ambicje. Bo dzieci nie chcą wiecznie zagonionej mamy – męczennicy, ale docenią mamę, którą będą mogły podziwiać, naśladować, także w odniesieniu do własnego ciała, jako do Bożego daru. Daru, który wymaga naszej troski, by był niczym obraz, który po oprawieniu w piękną ramę, zyskuje dodatkowy blask i sprawia, że inni podziwiają jego Autora, a właściwie Stwórcę. 

A mąż? Czy on także nie ma cieszyć się naszą urodą i wyglądem? Nasze zewnętrzne piękno to sprawa istotna dla mężczyzny, który patrzy nie tylko sercem, ale i oczami, słyszymy to wyraźnie we fragmencie Pieśni nad Pieśniami w interpretacji Wspólnoty Miłości Ukrzyżowanej: Oczarowałaś me serce, siostro ma, Oblubienico, oczarowałaś me serce, jednym paciorkiem Twych naszyjników, jednym spojrzeniem Twych oczu, zachwyciłaś mą duszę, bo słodki jest Twój głos, a twarz pełna wdzięku… Jak lilia pośród cierni, tak Ty pośród dziewcząt. O jak piękna jesteś przyjaciółko moja, jakże piękna… 

Skoro wiec nie od wczoraj wiemy, że mężczyźni to wzrokowcy, dlaczego ich oko chętniej zatrzymywać ma się na modelkach z telewizji, czy choćby koleżankach z pracy niż na nas? Oczywiście nie każda z nas to ikona piękna czy stylu, ale w każdej z nas jest cząstka Bożego piękna i trzeba ją tylko wydobyć. Niektórym paniom wystarczy częściej się uśmiechać. Innym potrzebne będzie odrobinę więcej starań…

W dobie dyktatury kościstych kształtów te kobiety, które nie mają figury modelki, łatwo popadają w kompleksy rezygnując z dbania o swój wygląd. Kolejna ciąża, święta, all inclusive na wakacjach i znów wraz z dodatkowymi kilogramami przychodzi zniechęcenie. „Przytyłam 15 kg, więc dopóki nie schudnę, to nie chodzę do fryzjera, nie maluję się i nie kupuję ubrań, nie warto, skoro i tak jestem gruba.” – mawia moja koleżanka. Jednak większość z nas doskonale wie, że odchudzanie to proces, który znacznie łatwiej jest nam planować („Zaczynam od jutra!”) niż wykonać. A podejście, że skoro i tak figura nie ta, to „wszystko jedno w co się ubiorę, włosy gumką zwiążę, klapki przydeptane założę i poczekam na lepsze lata”, może się okazać zgubne, jeśli lata „chude” nigdy nie nadejdą. Nie chcę nikomu odbierać nadziei, bo z doświadczenia wiem, co to regularna walka z niechcianymi kilogramami, ale zdecydowanie nie popieram podejścia „zawieszania” starań o wygląd na czas bliżej nieokreślony tylko dlatego, że nastąpił gwałtowny przyrost wagi. Szkoda czasu!

Można wykorzystał potencjał, który jest dostępny już dzisiaj. Pamiętam jak w liceum, do którego chodziłam w małym miasteczku, samorząd szkolny co roku w Dniu Nauczyciela organizował konkurs na najbardziej elegancką i najlepiej ubraną nauczycielkę w szkole. Konkurs na zmianę wygrywały dwie nauczycielki, każda nosząca ubrania w rozmiarze 50 lub więcej. Uznanie młodych ludzi (a wiemy, jak okrutnie szczera potrafi być młodzież w tym wieku) wędrowało niezmiennie w ich kierunku. Jest to dla mnie niezbity dowód na to, że niedostatki figury (a ściślej jej nadmiar) nie powinny być usprawiedliwieniem braku dbałości o siebie. 

Nie zapominajmy także, że często dbałość o wygląd zewnętrzny może być okazją do świadectwa. Pamiętam rozmowę z pewnym ginekologiem o metodach planowania rodziny, który na wspomnienie o NPR, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów zaskoczony wykrzyknął: „No, nie jest Pani chyba katoliczką!?!” Wyglądało na to, że w głowie mu się nie mieści, że rzeczona katoliczka może być starannie ubrana i niekoniecznie nosić na głowie przysłowiowe moherowe nakrycie. 

Dla tych, z nas, które chcą być piękne ale nie wiedzą jak zacząć, polecam na koniec kilka rad w kwestii podejścia do własnego wyglądu pochodzących z książki L. Dillow i L.Pintus „Intymne sprawy”:  

– Przyjmij Bożą perspektywę, Boży standard piękna, pamiętaj, że zostałyśmy cudownie stworzone. 

– Nie zadręczaj się – naszym celem nie jest osiągniecie ideału, ale dbanie o dar ciała (zdrowie, kondycja, estetyka). 

– Wykorzystaj w pełni to, czym Cię Bóg obdarował. 

– Pozwól innym sobie pomóc (poradź się fryzjera, wizażystki, przyjaciółki). 

– Wyznacz sobie realny cel, byś się zbyt szybko nie zniechęciła. 

– Staraj się osiągnąć równowagę między akceptacją tego, jaką stworzył Cię Bóg, a odpowiedzialnością za swoje ciało. 

Ale starań o (również) zewnętrzne piękno nie odpuszczaj, bo: Ubranie człowieka, uśmiech ust i chód jego mówią o nim, kim jest (Syr 19,30).