Diakonia

(131 - lipiec - sierpień 2004)

Bez końca

Magda Kozłowska

Jeśli nie przestajemy kochać, to nie przestajemy służyć

Miłość nigdy się nie kończy…” — jeśli miłość wyraża się w służbie, to wszystko się zgadza. Jak mogłaby skończyć się miłość? Nie byłaby miłością. A jeśli nie przestajemy kochać, to nie przestajemy służyć.
Diakonia, podobnie jak Miłość, ma swój początek, etapy wzrostu, rozwoju, dojrzewania, i — jeśli rzeczywiście dąży do swej pełni, ma swój kulminacyjny moment w śmierci (tak, bo śmierć też może być służbą). Zaczyna się czymś, co dzieci nazywają „pomagać mamie”, „pomagać tacie”. Przechodzi przez etap młodzieńczego idealizmu, często zresztą szlachetnie wcielanego w życie: „pomagać biednym, narkomanom, dzieciom z ulicy”,
„być wolontariuszem w Kalkucie wśród umierających”, „bronić najsłabszych” itp. Poszukuje odpowiedniego wyrazu, zgodnie z powołaniem i obdarowaniem. Stopniowo staje się kompetentna i fachowa. Jeśli jest wierna, osiąga głębię. Cieszy się nie tyle efektami, ile raczej samym faktem służenia (tak jak radością Miłości jest miłowanie). W końcu, gdy już nie może dać swych sił fizycznych lub umysłowych, daje swoje cierpienie, modlitwę i całą siebie.
Pewnego razu spotkała się Młoda Diakonia z Diakonią Starą.
Młoda: Czuję, że się rozwijam! Czuję, że naprawdę chcę służyć wszystkim, bez wyjątku! Całe moje życie poświęcę potrzebującym!
Stara: Masz wielkie pragnienia.
Młoda: Dziwię się, że ty ich nie masz. Tak się ograniczyłaś!
Stara: Opowiem ci moją historię:
Gdy byłam jeszcze młoda, pojechałam na oazę. Głęboko przeżyłam prawdę, że jestem powołana do służby. Zapał i radość wręcz rozpierały mnie. Po powrocie do domu od razu zabrałam się do dzieła. Stałam się chętna do pomocy, zarówno w domu jak i w kościele parafialnym. Księża w parafii, gdy zorientowali się, że pojawiła się młoda, pobożna osoba, która nie odmawia, gdy ją o coś proszą, skwapliwie skorzystali z tej okazji. Pomoc przy scholi dziecięcej, sprzątanie kościoła, robienie dekoracji, zastępstwa na katechezie, pomoc przy ustawianiu procesji, pisanie komentarzy, występowanie w delegacjach witających/żegnających biskupa, „robienie frekwencji” w różnych grupach parafialnych oraz wszelkie „łatanie dziur” — stały się moją służbą. Należałam do najaktywniejszych członków parafii i robiłam naprawdę wiele. Z początku wydawało mi się, że tak ma być, ale po jakimś czasie zorientowałam się, że taka sytuacja zaczyna mi ciążyć. Poczułam się jak w pułapce, z której nie mogę się wyplątać. Zadawałam sobie pytanie: „Czemu nie cieszy mnie ta służba, ale męczy? Czyż nie chodzi o to, by służyć jak najwięcej? Jak najgorliwiej? By być zawsze do dyspozycji?
Na szczęście oaza III stopnia wyzwoliła mnie z tej pułapki. Oczywiście, że nie chodzi o to, by robić jak najwięcej! Chodzi o to, by robić to, co przewidział dla mnie Pan, by odkryć swój charyzmat i nim służyć. Zaczęło się dla mnie pasjonujące poszukiwanie mojego miejsca w Kościele, mojego powołania. Towarzyszył temu pewien niepokój: czy odkryję? Dlaczego jeszcze nie wiem? Czy odczytam głos Boży, gdy przemówi? I wreszcie: Jest! Już jestem na swoim miejscu. Teraz będę służyć.
W nowym miejscu, z nowymi ludźmi, pełnymi zapału, pole służby poszerzało się szybko. Chwalono nas i podziwiano, a to jeszcze dodawało nam skrzydeł. Chciało się zapomnieć o sobie, a tylko służyć — cały czas i jak największej liczbie ludzi. Po jakimś czasie zapał zaczął opadać, nie starczało już entuzjazmu, a siły powoli wyczerpywały się. Jakże bolesne zaskoczenie! Co zostało z naszego wielkodusznego poświęcenia? Przemęczenie, zniechęcenie i poczucie, że „ja też mam prawo do odpoczynku”.
Trzeba więc było — nie bez wewnętrznych oporów — mocno ograniczyć zakres działania oraz pozwolić sobie na zwolnienie tempa i miłosierdzie względem samych siebie. Nie było to łatwe. Skoro nasza służba nie ogarnia już szerokich rzesz ludzi, nie zdumiewa rozmachem, nie fascynuje niezwykłością, to trzeba było zastanowić się nad tym, gdzie leży jej sens. Sytuacja niejako zmusiła nas do pójścia w głąb, do przedarcia się przez pytania o swoją wartość, o bezwarunkową miłość Bożą, o istotę służby.
Bogu niech będą dzięki! Dzięki za odkrycie, że nie ilość się liczy, lecz miłość.
Tak więc dzisiaj ze spokojnym sercem służę tym, których Pan postawił przy mnie i z wdzięcznością przyjmuję ich służbę wobec mnie. Nie niepokoi mnie to ograniczenie. Ono ma przecież swoją głębię.
Młoda: Rozumiem cię. Ale ja jednak nie porzucę moich pragnień.
Stara: Nie porzucaj! Każdy musi przejść własna drogę.