Radość Ewangelii

(200 - czerwiec - sierpień 2014)

z cyklu "Pamięć świadków"

Bieg do Boga

ks. Jerzy Kaniewski, Teresa Kowalczyk, Helena Lebiedziew, Krystyna Szewc

Szymon Lebiedziew był animatorem Ruchu Światło-Życie z archidiecezji poznańskiej. Urodził się w Nowym Tomyślu 7 sierpnia 1967 r., mieszkał w Grodzisku Wielkopolskim. Od 1978 r. należał do Ruchu. Zaangażowanie w Ruch pochłonęło go całkowicie (choć nie zaniedbał swoich innych licznych zainteresowań). Jak wspomina matka „ostatnie trzy lata [lata zaangażowania w Ruchu – przyp. red.] to wulkan, to rwąca rzeka, to nie ujarzmiony przez nikogo bieg do Boga”. Szymon zginął w wypadku samochodowym 13 lipca 1981 r. – następnego dnia po powrocie z letniej oazy. 

Niezwykła osobowość Szymona pozostawiła ślad w pamięci wielu osób. Mimo upływu lat trwa pamięć o nim. W 1982 roku nakładem Ruchu Światło-Życie ukazała się książka z jego wierszami i piosenkami, w 2010 r. wspomnienia o Szymonie wydano w Grodzisku Wielkopolskim. 

Arcybiskup poznański Stanisław Gądecki w homilii w Dniu Modlitw o Kanonizację Błogosławionych i Beatyfikację Sług Bożych z Archidiecezji Poznańskiej 8 listopada 2009 r. powiedział m.in.: „Wśród aktualnych świadków wiary, co do których – po zbadaniu istnienia nieprzerwanej opinii świętości – istnieje zamysł wszczęcia postępowania beatyfikacyjnego, należy wymienić: (…) Szymona Lebiedziewa, młodego oazowicza i poetę z Grodziska”.

 

Niełatwo pisać o człowieku, który swoje krótkie życie przebył niczym pielgrzym gorączkowo zmierzający do upragnionego celu. Spotkałem go latem 1978 r. na rekolekcjach oazowych w Niedzicy na Spiszu. Miał wtedy dopiero 14 lat, ale był już – nie waham się użyć tych słów – dojrzałym psychicznie człowiekiem. Ujął tam wszystkich swoją radością życia, ciągłą gotowością pomocy, a nade wszystko modlitwą. Wszędzie go było pełno, a ci, którzy go znali mówili: Szymek – Pędziwiatr 

W następnych latach (1979, 1980, 1981) w rekolekcjach Ruchu Światło-Życie brał najpierw udział jako uczestnik, a potem jako animator. Wszystkich, których spotykał na drogach swoich wędrówek zarażał entuzjazmem, radością, żarliwością wiary. 

W Grodzisku Wielkopolskim, gdzie mieszkał na co dzień, świadczył o swojej wierze wobec kolegów i koleżanek z liceum; i wszystkich z jego otoczenia, którym chciał przybliżyć Chrystusa. Był bardzo zdolnym i wrażliwym chłopakiem. W szkole podstawowej w jednym roku zdał dwie klasy.

Jego bogate dokonania i zainteresowania mogą zdumiewać: zajmował się fotografowaniem, pisał wiersze, założył trzy zespoły muzyczne, w których grał na gitarze, prowadził kronikę, podejmował dalekie nieraz wyprawy przyrodnicze i krajoznawcze, prowadził bogata i ciekawa korespondencję. Przez swoich rówieśników często był niezrozumiany, mówili o nim: to dziwak. ...

Myślę, że ich przerastał intelektualnie i duchowo, stąd to niezrozumienie.

Ostatnie lata, a szczególnie miesiące Szymon przeżywał w świadomości bliskiej śmierci. Mówią o tym jego wiersze i zapiski. Zginął tragicznie potrącony przez samochód na Osiedlu Warszawskim w Poznaniu 13 lipca 1981 r. 

Szymon jest ciągle obecny w pamięci i modlitwie tych, którzy mieli okazję poznać go w czasie jego krótkiego ale pięknego życia. Gdy byłem ostatnio w lipcu na grobie Szymona, jego mogiłę okrywał całun kwiatów, to widomy znak wdzięcznej i serdecznej pamięci...

Myślę, że najpiękniejszym komentarzem do życia Szymona Lebiedziewa może być tekst z Księgi Mądrości: „Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele” (Mdr 4,13).

ks. Jerzy Kaniewski

 

Śmierć Szymona bardzo mnie poruszyła. Nie przypuszczałam, że Pan zaprosi tak szybko do swojego Królestwa tego chłopca, który żył tylko dla Niego. Pomyślałam sobie, że w końcu spotkali się i padli sobie w ramiona Ci, którzy się tak bardzo kochali. Zaczęłam dziękować Panu, że tak wspaniale przygotował Szymona na spotkanie ze Sobą, że przyprowadził go na Oazę, od której wszystko się zaczęło. Kiedy spotykałam go przy różnych okazjach: w Konarzewie, Krościenku, Poznaniu rozmawiając z nim nie mogłam wyjść z podziwu, jak bardzo szybko przebiegał jego duchowy rozwój. Czasami wydawało mi się, że rozwija się zbyt szybko. To ziarno zasiane w Niedzicy na jego pierwszej oazie, wzrastało na moich oczach. 

Teresa Kowalczyk

 

Urodził się jako najmłodszy z pięciorga rodzeństwa. Od najmłodszych lat był dzieckiem innym: innym od rodzeństwa, od dzieci i młodzieży, z którymi dane mu było się spotkać i przebywać przez swoje krótkie życie.

Od czwartego roku życia czytał i pisał, grał też na fujarce i harmonijce ustnej. Gdy miał cztery i pół roku, zaczął być ministrantem, a od siódmego roku lektorem. Uroczyste błogosławieństwo otrzymał od biskupa w Poznaniu w maju 1974 r. Był pilny, w dni powszednie, rano, przeważnie sam służył do Mszy św. Oprócz tego pomagał siostrze zakrystiance: podlewał kwiaty, dzwonił w dzwony itp. Kiedy biskup wizytował parafię, był najbliżej Niego, podczas gdy starsi chłopcy nie wyrażali zgody. Ministrantem był do śmierci.

W szkole średniej założył Klub Dobrej Rozrywki, opiekował się przyrodą, liczył i obserwował ptaki na jeziorku, które – nigdzie nie zaznaczone na mapie – odkrył w lesie. Miał plany na całe wakacje, bo i zespól muzyczny zaczął tworzyć, masę zdjęć przyrodniczych miał zamiar zrobić.

Nas nie uczono kochać Boga, uczono nas bać się Boga, i tak uczyłam swoje dzieci. Szymek po powrocie z oazy nauczył mnie KOCHAĆ Boga, a nie BAĆ się Boga. Ja się tego nie wstydzę mówić, mówiłam to nawet księżom po śmierci Szymona. No i młodzi byli zdziwieni, starsi mnie zrozumieli, bo i oni wynieśli to z domu.

Szymon był bez reszty oddany pracy w Ruchu Światło-Życie. Uczestniczył przez całe ostatnie trzy lata w każdym turnusie od najniższych stopni do KODA. Było to zimą i latem, przeważnie Krościenko, Ochotnica i tamte strony. Ukochana Kopia Górka, Kraków Mogiła itd. Ale było tez Konarzewo, Poznań, Ruchocice, gdzie był w tym czasie ks. Adam Wawro – kochany przez Szymka ksiądz. Wszędzie tam Szymon prowadził sam grupę oazową, albo pomagał.

[Syn mój] znany był ks. Wojciechowi Danielskiemu i o. Blachnickiemu, z rąk którego otrzymał błogosławieństwo, jako dyplomowany animator. Ks. prof. Blachnicki wytypował go na oazę rzymską, no ale Szymek wcześniej poszedł na oazę w „zaświaty”.

Po pogrzebie – były przecież wakacje – księża moderatorzy z różnych miejscowości, gdzie były punkty oazowe, przyjeżdżali z młodzieżą, abym im opowiadała o Szymku. Kiedyś ks. Jurek Kaniewski przyprowadził 64 chłopaków. Nasz dom ledwie ich pomieścił. Gotowałam wiele wiader herbaty, donosiłam chleb ze sklepu, aby ich nakarmić. Przez całe lata odwiedzali nas różni księża. I ci, co byli na pogrzebie, i tacy, którzy być nie mogli, a znali syna. Jacy oni byli różni, ale wszyscy kochani. Był taki ks. Rysiu (nazwiska nie pamiętam). Jak on mnie pięknie pozdrawiał, kiedy odjeżdżał: „Z Bogiem mamo Szymona – niech nas Szymon łączy!”. Kiedyś przyjechał i woła: „Wiesz mamo Szymona, że on pomógł mi załatwić parę spraw? Wiele z nich było drobnych ale uciążliwych, a trzy były poważne. Nie radziłem sobie z nimi. Parę razy pomodliłem się - nie za Szymona, tylko do Szymona! I pomógł mi. Musiałem mamo Szymona przyjechać i opowiedzieć ci o tym”.

Helena Lebiedziew

 

Kiedy oglądam fotografie Szymona, budzi moją sympatię ten uśmiechnięty młodzieniec z jasna grzywką, nie rozstający się z foską nawet podczas rowerowych wycieczek; a także na lekcjach, w licealnej już klasie. Widoczne jest to na zdjęciach, których z tego okresu zachowało się wiele. By

 może ich autorem był kolega, z którym razem zajmowali się fotografią. Uśmiech ten ujawnia radość życia, które bynajmniej nie było wolne od dramatu, jakim stało się choćby odejście ojca, kiedy chłopiec miał zaledwie trzy lata. 

A mimo to Szymon znany był z optymizmu. Odkrywamy to w jego pamiętniku: „Warto żyć dla wielu rzeczy, cieszyć się przyrodą budzącą się do życia, każdym kwiatkiem, śpiewem skowronka, wodą w jeziorze (….). Lecz jeszcze piękniejsze jest, gdy żyjemy dla kogoś. Możemy dawać mu swą miłość, pomagać, razem smucić się i weselić. Życie jest zbyt piękne, aby chcieć umierać…” (26-27 III. 79).

Zachwyt nad pięknem otaczającego świata nie jest znów tak oczywistą postawą u młodego człowieka. Mogą się o tym przekonać np. organizatorzy wypraw otwartych oczu, obserwując jak niektórzy „zaliczają” trasy, bywają znudzeni, niezdolni do dłuższego zatrzymania się aby kontemplować itp. 

Szymon zaś pół roku później notuje: „Czasem jestem tak bardzo szczęśliwy, tak bardzo! Chciałbym szybować na skrzydłach tego szczęścia, spływać w doliny, dzielić się nim ze wszystkimi i znów wzbijać się ku słońcu, czy też stać na szczytach gór i wołać z radości. Później biec w dół do ludzi, tańczyć i śpiewać: jak dobry jest Bóg!” (21 XII 79)

Nie jest to jednak pięknoduchostwo, chłopiec jest świadom różnego rodzaju trudności, które niesie z sobą codzienne życie. Jednak obcowanie z przyrodą daje mu radość i siły. Spogląda na nią wrażliwym okiem poety: „Życie każdego z nas – pisze – składa się z ciągu radości, smutków, sukcesów, i niepowodzeń. Jedyne, co na świecie jest jeszcze naprawdę dobre i piękne to przyroda: [choćby] teraz w nocy, gdy szron osiadł już na gołych gałązkach drzew i otulił je bielą, gdy świeci księżyc prześwietlając to wszystko i rzucając poświatę na puste już pola" (pisane w październiku). 

Odkrywa wartość piękna: „….jakże wielu ludzi straciło ze swej duszy przegrodę z napisem PIĘKNO”. Budzi ono w nim głębsze, duchowe refleksje: „Droga. Gdzieś zza chmur wygląda złote oko księżyca. My także świecimy światłem, które nie jest nasze. Mamy chwile, gdy dajemy się cali, świecimy pełnią łaski. Są jednakże chwile, kiedy przesłaniają nas ołowiane chmury. Lecz gdy zaświecimy i ukażemy się światu, ten i ów przystanie w pędzie życia, zachwycony pięknem. Choćby tylko jeden, drugi – warto świecić”.

Pamiętnik Szymona jest pełen takich refleksji. A pytania, które sobie stawia, świadczą o jego dojrzałości – mimo młodego wieku: „Jak patrzę na swoje życie? Jest takie dziwne. Tak naprawdę to nigdy nie byłem dzieckiem. Nie pamiętam tego, może do trzech, czterech lat. Lecz gdy zaczynałem rozumieć, co się wokoło dzieje, odróżniać dobro od zła, musiałem się już w wieku kilku lat stać dorosłym, walczyć z problemami, jakie pokonują dorośli”.

W przedostatnim dniu roku 1979 notuje: „Wszystko jest zagadką, stale ocieramy się o nicość, o wielka niewiadomą. Jakże trudno odgadnąć człowieka. Zrozumieć nawet siebie nie potrafimy. (….). Czy możemy więc chcieć, aby zrozumiał nas inny człowiek?”

Przedmiotem jego refleksji jest także miłość, przyjaźń, Bóg, przemijanie… 

Zadaje sobie pytanie – czym właściwie jest miłość? I odpowiada: „Filozofowie uważają ją za główny warunek szczęścia. A ja? – Miłość to codzienny egzamin: czy potrafimy wyrzec się siebie dla drugiego człowieka. Czy umiemy mu oddać siebie. Egzamin przy bardzo surowych profesorach: własnym sercu, sumieniu, no i Tobie [Boże]. Na szczęście czasami można podchodzić do powtórki (…). To bardzo trudna lekcja, której nie można nauczyć się na pamięć. 

Dlaczego nie stać nas na poświęcenie? Uważam, że powodem jest po prostu strach. Boimy się, że nam to nie wyjdzie, (…) nie chcemy być wyśmiani, odrzuceni z grupy. Wolimy pozostać szarzy, niezauważeni. A tyle rąk wyciąga się do nas, tyle oczu prosi o pomoc. Ludzie nie proszą o pomoc słowem, proszą wzrokiem. Popatrz ludziom w oczy. Ilu z nich jest smutnych, zatroskanych, zawiedzionych? Egoizm nie pozwala dostrzec co to jest szczęście, nie pozwala dawać miłości, ciepła przyjaźni (…). Lecz my, którzy wierzymy w Boga, którzy znamy poświęcenie Jezusa Chrystusa, winniśmy być inni, lepsi. Nie bójmy się śmieszności, odrzucenia, nie bójmy się! Dawajmy miłość dla samej radości dawania!” 

A przyjaźń nie polega – jego zdaniem – na pięknych słowach, wypowiadanych czy przekazywanych w listach. „To zrozumienie drugiego, zaufanie, które rodzi się po dłuższej znajomości. Umacnia się ona jeszcze bardziej, kiedy przeżyło się wspólnie trudne chwile”. 

Bóg jest stale obecny w życiu Szymona: w jego codzienności, jak i na kartach pamiętnika: „Dla mnie Bóg jest zawsze obecny na pierwszym miejscu. Umiem odłożyć lekcje, rodzinę, muzykę – chyba wszystko – na dalszy plan. Nic zresztą na tym nie tracę. Bóg jakoś szczególnie opiekuje się mną". 

U progu 1979 roku notuje: „Dziękowałem Bogu za odnalezienie siebie, swego celu… podczas mroźnej ciemnej nocy prosiłem Go, aby ten rok był szczęśliwy, aby grupa nasza mogła jechać na oazę…”

Motyw przemijania przewija się w jego zapiskach stale: „Czy myślisz o starości, o śmierci? O tym, co będzie za kilkadziesiąt lat? (…) Dobrze, że człowiek nie zna swojej przyszłości. Wyeliminowało by to z życia rzecz najpiękniejszą – oczekiwanie na wielka niewiadomą (…)”.

To, co może zastanawiać, a czemu wielokrotnie daje wyraz na kartach pamiętnika, w listach, wierszach, w rozmowach z matką – to przeczucie wczesnej śmierci: „Dano mi tak mało czasu! A przecież teraz tak bardzo go potrzebuję. (…) Gdyby nie On!… A więc czekam, kiedy rozerwie się pajęcza nić losu”. 

W wierszu: „Kiedy umrę” – zdaje się przygotowywać tych wszystkich, dla których jego odejście mogło by być przykre:

„Nie płaczcie po mnie

Widać tak musiało być

Może tam szczęśliwszy będę,

W tej krainie nowych dni”.

Najbardziej dosłownie i wprost oznajmiał tę wiadomość swojej matce. Czynił to wielokrotnie. Podchodził do niej i po prostu mówił: „Mamo – ja bardzo młodo zginę”. A działo się to już od dziewiątego roku życia. Pani Helena zastanawiała się, czy nie jest to jakaś mania i czy nie powinna iść z synem do lekarza.

W przededniu (dosłownie) swojej śmierci w wierszu „Pożegnanie” napisał takie oto słowa: 

„Lecz nim weźmiesz mnie na zawsze

Boże! Jakże proszę Cię…

Daj choć dzień, choć chwilę jedną

Bym nawrócił z drogi złej 

Abym choć w mym dniu ostatnim

Razem z Tobą był”.

Czytając wiersze Szymka, odbieramy je, jakoby były one układane do piosenek śpiewanych przez niego przy akompaniamencie gitary. Jedną z bardziej poetyckich jest „Ballada o niedźwiadku”, który bardzo chciał iść do nieba. Jego dramatem było to, że niestety, nie zawsze był rozumiany, choć „wszystkim chciał podać dłoń”.

Generalnie dominuje w życiu Szymona pogoda ducha: „Wielu ludzi mówiło mi, że jestem jakiś inny, to chyba tylko dlatego, że w moim życiu nie ma smutnych chwil. We wszystkim widzę Jego {Boga]; cieszę się z każdego dnia, z każdej chwili, z każdego człowieka. A Bóg chce dać tak wiele – i daje, tylko trzeba wyjść Mu na spotkanie”.

W chwili refleksji tak pisze o sobie: „Mój osobisty sukces, to całe życie i trudno mi powiedzieć, wskazać na konkretną chwilę. Może to, że przez cały rok mogłem prowadzić grupę, że jako animator mogłem pojechać w góry? Ale to wszystko są dary od Pana, trudno to nazwać sukcesem, z prezentów tylko się cieszymy”. 

I jeszcze fragment listu, który nas, członków Ruchu szczególnie cieszy: „Poświęciłem się dla Oazy, oprócz szkoły tylko nią się zajmuję (…). Jak wiesz, prowadzę grupę w Grodzisku, ponadto co tydzień Ruchocice, dni wspólnoty – Wolsztyn, [dni] jedności i modlitwy – Konarzewo (…). Zbliżają się rekolekcje młodzieżowe, pomagaliśmy w kościele, malowaliśmy plakaty” (4.XII.78r.)

Na koniec słowa będąca niejako syntezą tych licznych jego wypowiedzi:

„Jeżeli naprawdę do czegoś dążymy, to zakończeniem [celem] powinien być ON”

Krystyna Szewc