Miłosierdzie

(192 - kwiecień 2013)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Błękitne przestrzenie

Agnieszka Salamucha

Portugalia

Z góry Portugalia wygląda jak gigantyczny zestaw cieni do powiek w kolorach ziemi – od czerwieni po blady beż. Zapraszam Was na portugalski szlak, wędrówkę w czasie. Przewodnikiem będzie mój znajomy Portugalczyk, Nuno, fizyk eksperymentalny rodem z Porto.

Na własnych nogach

Skąd wzięła się nazwa „Portugalia”? Nuno mówi, że słowo „pomarańcza” po arabsku brzmi podobnie jak portugal (są też inne wytłumaczenia, ale to moje ulubione). Ale wcześniej była tu prowincja rzymska Luzytania. Gdy w naszym północnym kraju, jak śpiewali Starsi Panowie, „jeszcze w kniei, wśród zawiei protoplasta” – na terenie Portugalii Rzymianie zbudowali drogę XIX, łączącą luzytańską Bragę z hiszpańską Astorgą.

Podczas wędrówki ludów Luzytania została zdobyta przez barbarzyńców i podzielona między Wizygotów i Swebów. Rzymskie miasta były otwarte, nie miały murów. Barbarzyńcy budowali warownie na wzgórzach. Z tamtego czasu pochodzi pierwsza katedra w Coimbrze (choć zdaje się, że obecna prześliczna budowla koloru miodu została wybudowana później).

A potem Luzytanię najechali Arabowie – jednak na krótko. Nie wycisnęli trwałego piętna, zaledwie musnęli powierzchnię. Nie powstały tu budowle na miarę Kordoby, Sewilli, Saragossy, Toledo. Bo i cóż tu było specjalnego? Ani żyznej ziemi, ani przyjaznego klimatu.

Nuno uważa, że niepodległa, samoistna Portugalia to średniowieczny relikt. Do końca XV wieku Półwysep Iberyjski był pełen takich królestewek! Asturia, Aragonia, Kastylia, León, Nawarra… Kiedy – przy okazji rekonkwisty i wygnania Maurów przez małżonków Izabelę Kastylijską i Ferdynanda Aragońskiego – dokonywało się dzieło zjednoczenia Hiszpanii, Portugalia została z boku. Wybrała suwerenność. A przecież Portugalczycy są ponoć genetycznie bliżej spokrewnieni z Hiszpanami niż Szwajcarzy z różnych kantonów ze sobą. Owszem, w XVII wieku Hiszpania spróbowała zaanektować Portugalię. Całkiem legalnie zresztą, dzięki sukcesji dynastycznej. Ale nie na długo. Zdaniem Nuno, aneksja trwała dopóki, dopóty portugalskim kupcom opłacało się podporządkowanie hiszpańskim przepisom podatkowym. Wolność i własność często idą w parze. Bo nie chodzi tylko o to, żeby coś mieć. Posiadanie czyni odpowiedzialnym za to, co się ma.

Błękitne przestrzenie

Od XV wieku Portugalia ma tylko dwóch sąsiadów: Hiszpanię i – ocean. Z Hiszpanami układało się różnie, ale ocean był zawsze przyjacielem.

Kościół Santa Engracia w Lizbonie pełni funkcję portugalskiego panteonu narodowego. (To tu spoczywa ciało słynnej śpiewaczki, Amalii Rodrigues). Marmurowe wnętrze tchnie chłodem. Czy jest tam ładnie? Zależy, co kto lubi. Ale widok z tarasu sprawia, że serce zamiera i drży z tęsknoty. Ocean! Błękitny bezkres. Ach, zostawić w dole odrapane domki, których dachy stykają się ze sobą! Mieć skrzydła, wznieść się i lecieć ku nieznanej dali!

Na tarasie Santa Engracia zrozumiałam, dlaczego akurat w Portugalii urodzili się wielcy odkrywcy: Bartolomeu Dias, który jako pierwszy opłynął Przylądek Dobrej Nadziei; prawdziwy odkrywca Indii Vasco da Gama; Pedro Alvares Cabral, który odkrył Brazylię; i Fernao de Magalhaes, czyli Ferdynand Magellan. To, że masz pragnienie, nie gwarantuje sukcesu. Ale wszystko zaczyna się od pragnienia!

Nuno jest mniej romantyczny. Twierdzi, że odkrycia geograficzne były dziełem młodych, energicznych i ubogich mężczyzn, wierzących w swoją gwiazdę i nie mających własnego kąta w rodzinnym kraju. „Normalnie” tacy ludzie znajdują zatrudnienie na wojnie. Skoro wojny w tym czasie nie było, ruszyli na podbój świata. I zawojowali jego połowę.

„Gdzie są chęci, znajdą się sposoby; gdzie nie ma chęci, znajdą się powody”. Malutkie państwo na rubieżach Europy stało się mocarstwem kolonialnym. Jak to możliwe? Po pierwsze, Portugalczycy umiejętnie podpatrywali innych – Genueńczyków, Wenecjan, Arabów. Od nich nauczyli się sztuki budowania statków i sekretów nawigacji. Po drugie, na terenach skolonizowanych Portugalczycy nie wchodzili w głąb lądu, nie obalali istniejących rządów. Zakładali głównie małe forty – nie tyle dla obrony przed tubylcami, co dla ochrony własnych statków handlowych.

I jeszcze coś. Tak jak święty Paweł nie dotarłby za daleko, gdyby nie sieć rzymskich dróg i pax Romana, tak samo pierwsi jezuici (wśród nich święty Franciszek Ksawery) nie mieliby możliwości dotarcia ani do Indii, ani do Japonii, gdyby nie portugalskie statki i faktorie.

Nuno czyli Dziewiąty

Teraz słowo o Nuno. Ale nie o moim koledze, tylko o jego świętym patronie. Samo imię – dla Polaków raczej śmieszne – prawdopodobnie pochodzi od rzymskiego nonius, „dziewiąty” (co chyba znaczy, że w Rzymie trzeba było mieć ośmiu synów, żeby doczekać się Noniusa). A błogosławiony Nuno jest w Polsce kompletnie nieznany – w przeciwieństwie do najsłynniejszego Portugalczyka wszechczasów, świętego Antoniego Padewskiego, byłego kanonika z Coimbry.

Nuno Alvares Pereira urodził się 24 czerwca 1360 roku w Cernache do Bomjardim koło Serty, w rodzinie rycerskiej, ale jako dziecko nieślubne. Uwielbiał czytać historie o królu Arturze i Okrągłym Stole (tak, jak mój chrześniak uwielbia oglądać „Gwiezdne wojny”). Miał ideały. Był też wystarczająco utalentowany, by je realizować. Wybił się. Zaistniał. Stał się wojownikiem i wodzem – brał udział w wojnie przeciwko Kastylii i zadał jej wojskom decydującą klęskę. Był podróżnikiem – w 1415 dowodzil wyprawą do Ceuty. Król uczynił go konetablem, drugą osobą w państwie. Jako zarządca Nuno również się sprawdził. Nawet jego życie osobiste było udane – mając 17 lat, ożenił się z Eleonorą de Alvim i urodziło im się troje dzieci. Właśnie taki ktoś, o bogatym życiu i imponującym dorobku, kończy życie mocnym akordem – po śmierci żony zostaje karmelitańskim bratem.

Niedawno jeden z moich przyjaciół urządził sesję zdjęciową: sam występował w roli rycerza, który walczy, przeżywa burzliwy romans z tajemniczą kobietą spotkaną w leśnym ostępie, aby na koniec, ze złamanym sercem, zostać templariuszem. Zaznaczam, że ów mężczyzna w „realu” ma pięknążonę (która podczas sesji występowała w roli fotografa), odprowadza co rano swoich synów do przedszkola, jeździ do pracy rowerem i od czasu do czasu urwie się z kolegami na piwo. Sesja odkryła pragnienia jego serca: być wojownikiem i kochankiem, jeśli nie królem – to pierwszym po królu, a na koniec wyruszyć w pogoń za Absolutem… Jak Nuno…

Grób Nuno znajdował się w Lizbonie, we wspaniałym kościele karmelitów do Carmo – straszliwie zniszczonym podczas trzęsienia ziemi 1 listopada 1755 roku. W ruinach kościoła mieści się obecnie muzeum archeologiczne. Zlokalizowano nawet miejsce, gdzie spoczywało ciało Nuno. Stracono je na zawsze. Gdyby tylko je!

„Pewnego dnia okażą się za wąskie”

Co właściwie stało się w Lizbonie w dniu Wszystkich Świętych 1755 roku?

„Około 85% zabudowy Lizbony uległo zniszczeniu, włączając w to pałace, biblioteki, klasztory, kościoły, szpitale i domy prywatne. (…) Pałac królewski usytuowany nad Tagiem legł w gruzach pod wpływem ruchów ziemi, a następnie został zalany przez tsunami. Wewnątrz znajdowała się biblioteka zawierająca 70 tys. woluminów i setki dzieł sztuki (…) Trzęsienie zniszczyło największe kościoły Lizbony (…) Spłonął szpital królewski »Wszystkich Świętych«, a w nim setki pacjentów. Rejestry podróży historycznych Vasco da Gamy i Krzysztofa Kolumba zostały bezpowrotnie stracone, taki sam los spotkał także mnóstwo zabytkowych budowli (…)

Rodzina królewska cudownym zbiegiem okoliczności ocalała. Król Józef I i dwór opuścili tego dnia miasto, aby wziąć udział w porannej mszy w podlizbońskiej miejscowości Belém (…) minister wojny i przyszły premier Portugalii markiz de Pombal przeżył trzęsienie. Bardzo praktyczny w działaniach nakazał wojsku natychmiastową odbudowę Lizbony. Mówi się, że na zadane pytanie «I co teraz?», zwykł odpowiadać «Pochować zmarłych i zatroszczyć się o żywych». Nakazał ugasić szalejące pożary i pogrzebać ofiary, aby uniknąć epidemii.

Minister i król zakontraktowali natychmiast architektów i inżynierów. W niecały rok po trzęsieniu ruiny zostały ostatecznie usunięte, a prace nad rekonstrukcją Lizbony szybko posuwały się naprzód. Król życzył sobie, aby nowe miasto było uporządkowane, posiadało wielkie place i szerokie prostopadłe aleje. W owym czasie ktoś spytał markiza de Pombal: «po co komu tak szerokie ulice?» W odpowiedzi usłyszał: «pewnego dnia okażą się wąskie»” (za: http://pl.wikipedia.org/wiki/Trz%C4%99sienie_ziemi_w_Lizbonie_(1755), 11.12.2012).

Tak, te ulice są teraz zbyt wąskie. Wiara markiza de Pombal i jego współpracowników uczyniła cuda. Nie wiem, do czego są potrzebne życiowe katastrofy. Wichry i nawałnice uderzają w każdy dom. Czasem dzieje się tak, że dom zbudowany na piasku wali się po to, by odsłonić drugi, wewnętrzny, zbudowany na skale. Ciekawe, że Bóg nie stawia wymagań co do rodzaju domu – to może być piramida, a może być toi-toi (skądinąd niezwykle potrzebny przybytek!). Boga interesuje tylko fundament.

Przetrwanie i dominacja

W XVII wieku Bombaj razem z Tangerem został przekazany Anglii w posagu wniesionym przez portugalską królewnę, Katarzynę Brabancką. Według Nuno ten moment stał się początkiem końca portugalskiej potęgi kolonialnej. Ale słabość korony portugalskiej odsłoniły dopiero wojny napoleońskie. Co wyszło na jaw? Portugalczycy nadal umieli budować statki. Francuzi mieli za to inżynierów, nowoczesną broń i doskonale wyszkolonych żołnierzy. Stare wzorce były wspaniałe i dobre – ale kiedyś. Teraz już nie wystarczają.

I tu dochodzimy do ulubionego momentu Nuno w dziejach jego ojczyzny. Gdy francuskie wojsko wkracza do Portugalii, co robi król Jan VI? Pakuje na sto okrętów wszystko, co cenne – rodzinę, dwór, urzędników, skarb, książki, dzieła sztuki – i dopływa do brzegów Brazylii (statki przydały się chociaż do skutecznej ucieczki). Rio de Janeiro staje się nową stolicą królestwa. Pierwszy to (i chyba ostatni) przypadek w historii, że państwo położone w Ameryce Południowej ma swoje kolonie w Europie. Twórczy pomysł ratuje sytuację! Dzięki emigracji króla Brazylia otrzymuje porządną administrację i wyspecjalizowanych urzędników. Bardzo się to Brazylijczykom przyda już niedługo, kiedy wybiją się na własną niepodległość. Cóż, odważne projekty mają zazwyczaj niespodziewane konsekwencje.

Napoleon przegrywa, Brytyjczycy wypędzają Francuzów z Portugalii i… zajmują ten teren, nie pozwalając Hiszpanii na jego aneksję. Oficjalnie nie było mowy o brytyjskim protektoracie nad Portugalią. Jednak de facto wspieranie Królestwa Portugalii (i króla powracającego z Brazylii) było doskonałym pomysłem Wielkiej Brytanii na kontrolę całego Półwyspu Iberyjskiego.

Nuno zauważa, że to stała polityka brytyjska: zamiast zajmować całe terytorium, można trzymać w szachu obszary małe, lecz strategicznie doniosłe. Wystarczy wspomnieć Gibraltar.

Podziwiam tę politykę i myślę o niej w kontekście naszych działań ewangelizacyjnych, formacyjnych, diakonijnych. Jakie są oazowe tereny strategiczne? Nigdy nie będzie nas – ani w skali parafii, ani w skali diecezji – aż tak dużo, by zająć wszystko.

Jeśli chodzi o ewangelizację mieszkańców Europy Zachodniej, typuję na taki strategiczny punkt – Camino de Santiago. Kto zaistnieje na Camino, ten zaistnieje i w świadomości Europejczyków, zwłaszcza Niemców. Pielgrzymka do Santiago – solo, ewentualnie w maleńkich grupkach, najwyżej trzyosobowych, bo większe grupy mają tendencję do zamykania się na innych – to apostolat pogawedki, ewangelizacja przy kawie, życzliwość i wzajemna troska o swoje odciski. Na Camino nie chodzą ludzie bardzo młodzi, ta forma poszukiwania Boga jest domeną emerytów, więc wiek i średnia kondycja fizyczna nie sążadną przeszkodą. Konieczna jest za to odwaga w mówieniu obcymi językami. Tak, odwaga bardziej niż biegłość! Przyda się i angielski, i hiszpański, i francuski, i włoski, i niemiecki, a nawet rosyjski, chociaż wyraźnie rzadziej.

Szczególnie cenni na szlaku są księża. Że dla katolików, to zrozumiałe, bo obecność księdza jest okazją do przystąpienia do sakramentów. Ale dla niekatolików ksiądz to postać szalenie interesująca. Jak pisał Chesterton, „duchowny może wydawać się tak samo bezużyteczny jak kot (w gospodarstwie domowym), ale jest tak samo fascynujący, gdyż musi istnieć jakaś dziwna racja jego istnienia”.

Z Portugalii wiedzie popularna droga do Santiago, tzw. Camino Portugues. Idzie się wśród winnic, pagórków i gajów eukaliptusowych, przez wiele kilometrów rzymską drogą XIX. Czasem owce chronią się w winnicy przed słońcem. Ludzie życzliwi, mający wielki szacunek dla pielgrzymów. Starsi panowie w swoich marynarkach i czapkach tak podobni do starszych panów z polskich wsi. Ale Camino Portugues to temat na osobną opowieść.

Kurczaki w pałacu

Portugalia była monarchią – od „zawsze” aż do roku 1910, kiedy proklamowano republikę, laicką i agresywnie antykatolicką (to dlatego dzieci fatimskie, przecież maluchy jeszcze, wsadzono bez oporów do aresztu; objawienia w Fatimie były bardzo nie na rękęówczesnym władzom!). I wojna światowa nie przyniosła Portugalii nic dobrego, chociaż państwo znajdowało się w obozie zwycięzców. A po wojnie zaczęło się to, co wszędzie w Europie: kryzys, galopująca inflacja, śmiercionośna epidemia grypy hiszpanki. Ludzi dotknęło straszne poczucie, że świat wali się im na głowę. Wtedy pojawił się on. Antonio Salazar.

Nuno mówi, że Salazar to zwierciadło ówczesnego społeczeństwa portugalskiego. Jak większość Portugalczyków, pochodził z ubogiej rodziny i był bardzo religijnym katolikiem. Ukończył prawo i ekonomię na (średniowiecznym z ducha i struktury) uniwersytecie w Coimbrze. W czasach szalejącej powojennej inflacji został ministrem finansów. Jego autorytet wzrósł na tyle, że w 1932 roku został premierem. Miał zaufanie społeczne. Postanowił więc zbawić swoją ojczyznę, sięgając po dyktaturę – władzę równą królewskiej.

Gdyby program rządów Salazara zawrzeć w krótkim haśle, brzmiałoby ono „jesteśmy biedni, ale uczciwi”. Dyktator sam był wzorem dla wszystkich: ubierał się skromnie i żył w celibacie. Podobno w pałacu prezydenckim hodowano kury – dla oszczędności i podkreślenia, że jego czcigodny mieszkaniec łączy się z swym wiejskim narodem. Polityka Salazara była polityką trzech F: fado (dusza portugalska jest romantyczna i rzewna, gdzież tam jej zajmować się marketingiem i zarządzeniem zasobami ludzkimi), Fatima (Portugalia to naród wybrany przez Matkę Bożą ze względu na swoją wiarę i ubóstwo, przecież dzieci fatimskie rozmawiały z aniołem stróżem Portugalii! po cóż nam więc zabieganie o ziemskie wartości, skoro mamy takie wsparcie z nieba!) i futbol (zespół piłkarski związany z reżimem Salazara to Benfica Lisboa).

Portugalia, chociaż była współzałożycielem OECD i EFTA, sama niewiele korzystała ze zdobyczy technicznych i ekonomicznych. Między innymi dlatego, że brakowało politechnik i innych uczelni niehumanistycznych. Z licznego rodzeństwa dziadka Nuno aż czterech braci wyemigrowało do Brazylii. Zastój gospodarczy szedł w parze z celebrowaniem wspaniałej przeszłości – a zarazem ignorowaniem zapyziałej teraźniejszości. Według Nuno to właśnie jest najsmutniejsze dziedzictwo rządów Salazara. Obecny kryzys nie pomaga nadrobić zaległości. A wspomnienie dawnego zastoju do cna psuje Portugalczykom opinię.

Co się stało ze studniami?

W warszawskich autobusach są ekraniki, a na tych ekranikach pojawiają się różne informacje. Pewnego razu zobaczyłam napisy: najpierw „noc jest ciemna”, potem „dzień jest krótki”, a potem coś w rodzaju „dzięki temu lepiej widać ekrany świetlne z twoją reklamą”.

Na koniec proponuję krok w tył: do czasów trzęsienia ziemi w Lizbonie. Po katastrofie „markiz de Pombal przeprowadził we wszystkich parafiach Portugalii ankietę, dotyczącą trzęsienia ziemi i jego skutków w całym kraju. Do podstawowych pytań należały następujące: Jak długo trwało trzęsienie? Ile razy powracało? Jakiego rodzaju straty spowodowało? Jak reagowały zwierzęta?

Co się stało ze studniami? Odpowiedzi zostały zdeponowane w archiwum Torre do Tombo, gdzie znajdują się do dziś. Dzięki uzyskanym odpowiedziom naukowcy posiadają wiarygodne źródło informacji o przebiegu trzęsienia ziemi w Lizbonie. Ankieta markiza de Pombal pozostaje pierwszą znaną próbą opisu zjawisk sejsmologicznych na świecie. Z tego względu markiz de Pombal jest uznawany za prekursora sejsmologii” (http://pl.wikipedia.org/wiki/Trz%C4%99sienie_ziemi_w_Lizbonie_(1755), 11.12.2012)

 

Mówi się, że żyjemy w czasach różnych kryzysów. To prawda. Tak samo, jak stwierdzenie, że tsunami się przydarzają, gdy się mieszka w pobliżu oceanu. Albo, że zimą noc jest ciemna, a dzień jest krótki. Ważne jest diagnozowanie przyczyn choroby, żeby się zabezpieczyć na wypadek jej nawrotu. Ale ważne jest też myślenie, jak wykorzystać nieprzychylne okoliczności. Jak przerobić minusy na plusy. Upadki i wzloty Portugalii mogą nas tego nauczyć.