Duch i materia wiary

(212 - wrzesień - październik 2016)

z cyklu "Na płytach"

Blues

Jan Halbersztat

I znowu premiera – i znowu Eric Clapton! „I Still Do” to już 23. solowa płyta w jego karierze. Tytuł mówi wszystko: „I Still Do”, czyli „wciąż to robię”. Bo też Clapton wciąż robi to, co umie najlepiej: gra bluesa. I to jak! Kiedy słucha się takich utworów jak „Stones In My Passway” czy „Somebody’s Knockin’” – czasami naprawdę trudno uwierzyć, że słynny Slowhand ma już ponad siedemdziesiąt lat!

Znajdziemy tu (jak zwykle na jego płytach) zarówno własne kompozycje, takie jak nieco melancholijne „Spiral” czy zamyślone „Catch the Blues” – ale także klasyki z lat trzydziestych, jak „Alabama Woman Blues” czy „Little Man, You've Had a Busy Day”. Ciekawym dodatkiem jest także słynna, profetyczna ballada Boba Dylana „I Dreamed I Saw St. Augustine”, zaśpiewana bardzo klasycznie, jakby w hołdzie Dylanowi.

Blues. Po prostu blues. A jednak, kiedy uważnie wsłuchać się w poszczególne utwory, można usłyszeć w nich to „coś”, co sprawia, że blues jest właśnie taką, a nie inną muzyką. Bo przecież „blues” to po angielsku „smutek”, „melancholia”. I choć w większości bluesowych utworów pozornie tego smutku nie słychać, to gdzieś w głębi można poczuć, że pod pozornie lekką, rozrywkową muzyką kryje się głębia życiowego doświadczenia, kryje się właśnie „blues” – spokojny, pogodny, ale jednak blues…

Bo też Claptonowi życiowego doświadczenia nie brakuje. W młodości przeżył uzależnienie od narkotyków, później – kiedy z niego wyszedł – wpadł w nałóg alkoholowy, z którego także udało mu się wyrwać, przeżywał nieszczęśliwe miłości, stracił w nieszczęśliwym wypadku czteroletniego syna (to po tej tragedii napisał słynną balladę „Tears in Heaven”) … W takiej muzyce wiek artysty nie jest problemem. Przeciwnie: ktoś kiedyś powiedział, że młodzi ludzie w ogóle nie umieją grać bluesa – bo żeby naprawdę grać bluesa, trzeba swoje przeżyć i swoje wycierpieć. Lata ewolucji artystycznej sprawiły, że muzyka Claptona jest dojrzała, prawdziwa, że jest w niej – mimo pozornie prostej formy – głębia.

Ale ta dojrzałość Claptona – jako człowieka i jako artysty – ma jeszcze jeden efekt. Któryś z recenzentów napisał rzecz moim zdaniem niezwykle celną: Clapton jest w takim wieku i na takim etapie swojej kariery, że po prostu nikomu niczego nie musi już udowadniać. Krytyków oskarżających go o „odcinanie kuponów” (bo są i tacy) może serdecznie zlekceważyć. On już nie musi pokazywać, „jaki jest świetny” – bo po prostu jest świetny.

I to jest chyba najciekawszy okres w karierze każdego muzyka: kiedy niczego już nie musi udawać, kiedy może grać to, co naprawdę chce grać. I nic więcej.

A Clapton najwyraźniej chce grać to, co zawsze grał najlepiej: po prostu bluesa.