Rozeznanie

(215 - kwiecień - maj 2017)

z cyklu "Dusza mnie pyta"

Bo to "zły" ksiądz był

Błażej Kmieciak

W internecie bez trudu znaleźć można krytykę Kościoła katolickiego. W ostatnim czasie m. in. znani aktorzy zdecydowali się by narzekać w sposób ogólny na wspólnotę Kościoła oraz na reprezentujących ją księży. Z jednej strony było ogólnie, a z drugiej ostro. Mnóstwo generalizacji, które jednocześnie odnosiły się do konkretnych osób duchownych. 

Opinie polskich „artystów” w zasadzie mnie nie zdziwiły. Księży oskarżyć można dzisiaj o wszystko: pedofilia, skandale finansowe, problem z tuszą i alkoholem, dyskryminacja kobiet, chciwość itd. (na marginesie warto dodać, że świeckich również o to można oskarżyć i się oskarża, ale dla części mediów nie jest to już tak atrakcyjne). 

Mieszkam w Łodzi, a to dość specyficzne miejsce, jeśli spojrzeć na liczbę osób uczestniczących we mszy. Od pewnego czasu zajmujemy w zasadzie ostatnie miejsce w tej kategorii. Pamiętam, jak dziś, gdy w okresie kolędy znajomy ksiądz szedł i wokoło krzyczano „O, Batman idzie”. Mam wielu znajomych, którzy księży nie trawią, mają na nich alergie, uczulenie, generalnie złe objawy somatyczne zaczynają się pojawiać w chwili zbliżania się kapłana. 

Oczami wyobraźni zastanawiam się jednak: kim bylibyśmy, jacy bylibyśmy, w jakim języku mówilibyśmy na co dzień, gdzie bylibyśmy, gdyby nie Kościół? Tak, ten ułomny, skostniały, ten nieprzystający czasem do realiów dynamicznej rzeczywistości. Z uporem będę powtarzać, że osoby krytykujące księży „guzik o nich wiedzą”. Ich prawdziwe wady i konkretne zachowania znają ludzie, którzy często z nimi obcują. Ja np. znam kapłana, który pozdrawia na mszy tylko i wyłącznie dzieci, których rodzice wrzucają na tacę. Mógłbym godzinami wymieniać, jak niesympatyczne zachowania spotkały mnie, gdy byłem lektorem. Dzisiaj, z perspektywy osoby, która dość długo studiowała psychologię patrzę na to z uśmiechem, ale również i z politowaniem oraz smutkiem. Wielu kapłanów dzisiaj jest w pewnym sensie „społecznie niepełnosprawnych”. Funkcjonują oni niejednokrotnie w innych realiach, w których relacje, mają jakiś specyficzny, zinstytucjonalizowany charakter. 

Znów jednak zastanawiam się, gdzie byłbym jako człowiek, jako Polak, jako mąż i ojciec, gdyby nie Kościół? Kim byłbym, gdyby nie kapłani, którzy, być może czasami w skostniały sposób „uczyli mnie” moralności? Ja śmiało mogę powiedzieć, że mnie Kościół uratował. W sytuacji trudu, cierpienia i bólu mogłem uciec w wiele miejsc, a uciekłem właśnie do Kościoła, czego nigdy nie żałowałem i nie żałuję. Jak wspomniałem, znam niemiłych kapłanów, podobnie jak i paskudnych świeckich. Znam jednak i takich księży, którzy nagle i niespodziewanie zjawiają się u chorej znajomej z komunią i chwilą spotkania. Znam księdza, który choć nie był zapraszany, wprosił się do mojego domu, by wyspowiadać moja żonę, która akurat wówczas nie mogła chodzić. Znam księdza, który karmił mi córkę i się „wydurniał”, by odwrócić jej uwagę od „niejedzenia”. Czy to coś zmienia? Przede wszystkim mnie samego zmienia i przypomina bym o dobrych księży i dobrych świeckich przede wszystkim rozmawiał z Tym, który bardzo uśmiecha się do nas, nawet wtedy gdy całkiem niefajni jesteśmy. 

***

PS. W dniach, w których kończyłem moje rozważania dotarła do mnie smutna informacja. Łódzkie przedszkole prowadzone przez siostry Boromeuszki (chodzi tam jedna z moich córek), zostało okradzione. Siostry były przerażone, przez kolejne dni nie zmrużyły oka. Kilka dni później, ktoś okradł plebanię parafii na terenie której znajduje się nasze mieszkanie. Skradziono dokumenty oraz pieniądze pozostawione w kancelarii. W połowie lutego, kończąc niedzielną sumę, proboszcz poinformował nas o tym. Stwierdził mniej więcej tak: Wiem, mogłem zainstalować alarm. W ciągu kilku minut przyjechaliby antyterroryści. Tego by złapali, temu kręgosłup przetrącili, a ten straciłby zęby. Ale plebania to nie jest forteca lub zamek. To jest dom, tam mieszkają księża, do nas przychodzą ludzie. Złodzieja prędzej, czy później i tak sąd dopadnie, jak nie ten na ziemi, to ten w niebie. Myślę o tych słowach i nagle pojawia się we mnie taka myśl: Boże spraw by moje serce nie było fortecą. Niby to naiwne dać się tak okraść, ale paradoks polega na tym, że w tej bożej naiwności widać największą siłę. A jak się dobrze rozejrzeć, to okazać się może, że nadal jest wielu księży, którzy świetnie potrafią nią zarażać.