Kochać samego siebie

(202 - listopad - grudzień 2014)

Bóg się mną zachwyca?

Magdalena Trybus

Słysząc o kochaniu siebie samego czujemy się dość nieswojo, ponieważ niejeden z nas ma od razu skojarzenia z egoizmem, dopominaniem się o swoje

Dialog z konfesjonału – historia prawdziwa:

Spowiednik do Penitenta: Proszę jako pokutę, do następnej spowiedzi, codziennie rano przed lustrem uśmiechnąć się do siebie i powiedzieć: „Bóg się mną zachwyca!”. 

Penitent: Dobrze, Ojcze.

Po miesiącu.

Penitent: Ojcze, nie wypełniłem pokuty.

Spowiednik: Dlaczego?

Penitent: Tak patrzę codziennie na siebie w tym lustrze i myślę: a czym tu się zachwycać?!

Usłyszawszy po raz pierwszy tę opowieść oczywiście wybuchnęłam śmiechem. Po chwili jednak przyszła refleksja: hmm,… a gdyby mi spowiednik zadał taką pokutę, to co bym zrobiła? Muszę przyznać, że miałam ogromny kłopot, ponieważ akurat przeżywałam czas, kiedy ciągle mówiłam Panu Bogu, że jestem z siebie niezadowolona. Pomyślałam, że to właściwie tak, jakbym Mu mówiła: nie masz powodu, żeby się mną zachwycać. Zaczęłam się zastanawiać nad tym Bożym zachwytem moją osobą i czy ja tak naprawdę zachwycam się sobą. 

Szukałam w pamięci tekstów z Biblii, w których mogłabym ten Boży zachwyt zobaczyć. Zaraz przyszedł mi na myśl fragment z Księgi Rodzaju o „dobroci stworzenia” (Rdz 1,27), dalej tekst Izajaszowy: „ponieważ drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja cię miłuję” (Iz 43,4). Jednak byłam zaskoczona, kiedy pośród tych fragmentów zaczęła kołatać się po mojej głowie historia bogatego młodzieńca i zdanie: „[Jezus] przyjrzał mu się uważnie i ukochał go” (Mk 10,21). A co zrobił bogaty młodzieniec? „A on odszedł zasmucony, bo miał wiele posiadłości” (Mk 10,22). Najczęściej to opowiadanie przytacza się w kontekście powołaniowym lub pewnego „obrzydzania” nam bogactw doczesnych, szeroko pojętych. Jednak dzięki historii owego penitenta z konfesjonału odkryłam, że można je czytać w zupełnie innych „kontekstach” – kochania siebie samego.

Słysząc o kochaniu siebie samego czujemy się dość nieswojo, ponieważ niejeden z nas ma od razu skojarzenia z egoizmem, dopominaniem się o swoje, postawą „nie dam sobie dmuchać w kaszę”, itp. Nawet mamy trudności ze zdefiniowaniem tego zwrotu, nie mówiąc już o rozróżnianiu w praktyce, co miłością siebie jest a co nie. Co bardziej „uczeni”, omijając temat długim łukiem, rzuciliby teologiczną prawdę, że ponieważ Bóg mnie kocha, ja też siebie kochać powinienem, koniec i kropka, nad czym się tu zastanawiać. Tylko, że w życiu – co pokazuje historia bogatego młodzieńca (i nie tylko jego) – to niestety nie działa.

Jezus przyjrzał mu się i ukochał go. Przyjrzał mu się – zatrzymał na nim swoją uwagę, zbadał wzrokiem dokładnie, popatrzył w głąb i ukochał go. Co godnego miłości Jezus dostrzegł w młodzieńcu? Jego bogactwo, miły wygląd, dobrej jakości strój, może owo przestrzeganie przykazań? Myślę, że nie. Dla Niego to wszystko nie miało żadnego znaczenia. Jezus zobaczył, że młodzieniec jest osobą, stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, noszącą w sobie piękno i wolność Boga, swoją niepowtarzalność. Zobaczył go takim, jakim zamyślił go Bóg. Lubię myśleć o tym momencie, że Jezus przyjrzawszy się młodzieńcowi zobaczył w nim swoje odbicie, zachwycił się nim i pomyślał: jaki on piękny! Ujrzał to piękno, pomimo całej prawdy o nim, o jego przywiązaniu do bogactw, być może legalistycznego przestrzegania przykazań Prawa. Jestem przekonana, że młodzieniec odczytał zachwyt sobą w oczach Jezusa, w Jego spojrzeniu. Jednak odszedł zasmucony.

Patrząc na życie chrześcijan mam nieodparte wrażenie, że wielu z nas zachowuje się jak ów bogaty młodzieniec. Zbieramy swoje „małe bogactwa” modlitw, dobrych uczynków, pobożnych i świętych rekolekcji, próbujemy zasłużyć na miłość Boga bardziej lub mniej licznymi działaniami kościelnymi, potem przychodzimy do Jezusa i mówimy: „Nie jestem szczęśliwy, nie lubię siebie, to co robię nie powoduje, że widzę się lepszym. Co mam robić?” I kiedy Jezus odpowiada nam: „Zostaw to, co zarobiłeś, mi to nie jest potrzebne, żebym Cię kochał. Kocham Cię takim, jaki jesteś. Tobie też to nie jest potrzebne, masz wartość w moich oczach, bo jest w Tobie nasienie życia Bożego, jesteś dzieckiem mojego Ojca” – odchodzimy zasmuceni. Chcielibyśmy mieć jakąś wartość sami z siebie, nadać ją sobie sami, wypracować i w efekcie mieć poczucie, że jesteśmy godni tego, by Bóg nas kochał, bo coś w tym kierunku zrobiliśmy, a co najważniejsze, że sami siebie możemy za to szanować, cenić i kochać. A kochać siebie, to widzieć siebie w prawdzie tak, jak widzi nas Bóg i zachwycać się sobą tak, jak zachwyca się mną Bóg. Dlaczego jest to dla nas tak trudne?

Powód pierwszy i podstawowy, korzeń wszelkich naszych ziemskich „walk” – grzech pierworodny i jego autor, szatan. Zaczęło się już niewinnie w raju: „Czy na pewno Bóg powiedział?…, Bóg wie, że wtedy, gdy… będziecie jak On…” (Rdz 3,1nn) To jest to pierwsze, podstawowe kuszenie: „Czy na pewno Bóg cię kocha, troszczy się o ciebie? Jeśli zrobisz to, czy tamto będziesz jak Bóg, będziesz godny miłości, nabierzesz wartości w swoich oczach, będziesz kimś”. Od tej pokusy nie był wolny też Jezus na pustyni: „Jeśli jesteś Synem Bożym, to… zadbaj o siebie sam, udowodnij sobie i innym, że skacząc z rogu świątyni Bóg specjalnie dla Ciebie wystawi zastępy aniołów do obrony…” (por. Łk 4,1-11). Szatan mocno kwestionuje Synostwo Boże Jezusa, które stanowi o Jego ludzkiej wartości. My jesteśmy kontynuatorami tej opowieści.

Drugi powód, pośrednio wypływający z pierwszego, to historia życia, która ukształtowała nasze często nieprawdziwe myślenie o sobie, o swojej wartości. Trudne wydarzenia, opinie bliskich, przyjaciół, nauczycieli, kolegów, błędy, słabości i grzechy nie stawiają nas w dobrym świetle w oczach nas samych. I próbujemy to zmazać, zagłuszyć, zasłużyć. Tylko, że to nie wychodzi. Co zatem można zrobić by nie ulegać owemu kuszeniu i odkłamać to nasze „fałszywe ja”?

Dla wielu może być zaskoczeniem stwierdzenie, że podobnie jak miłość do Boga i miłość do bliźniego, tak miłość do samego siebie jest polem wewnętrznej (i nie tylko) pracy nad sobą. Jak zacząć? Przede wszystkim od zmiany myślenia, do czego zachęca nas Biblia: „przemieniajcie się przez odnawianie umysłu” (Rz 12,2). Proponuję by odszukać w swoich notatkach lub powrócić w pamięci do treści, a przede wszystkim tekstów biblijnych, które mówią o miłości Boga do nas. Karmienie się, zapamiętywanie, powtarzanie tych fragmentów Pisma św. będzie zmieniało nasze myślenie o nas.

W pewnej oazowej grupie formacyjnej, na jednym z pierwszych spotkań, poświęconych czterem prawom życia duchowego, każdy miał za zadanie wylosować dla siebie fiszkę z tekstem biblijnym mówiącym o Bożej miłości. Po wielu miesiącach jedna z osób, uczestniczących w tym spotkaniu, podzieliła się z grupą swoim doświadczeniem związanym z tym faktem. Postawiła tą fiszkę u siebie na biurku i kiedy tylko ogarniał ją niepokój, złe myślenie o sobie, czytała na ten tekst i wszystko wracało do pionu. Warto szukać sposobów, które pozwolą Słowu Bożemu zmieniać nasze myślenie o nas.

Kilka lat temu dostałam na jedną ze swoich osobistych uroczystości pocztówkę z następującymi życzeniami: „Bóg tak umiłował świat, że Ciebie dał. Jesteś ukochanym dzieckiem Boga”. Przyznam, że kiedy przeczytałam to zdanie, zatrzęsło się całe moje wnętrze i miałam wrażenie, że skruszyły się fundamenty mojej wewnętrznej konstrukcji, którą misternie budowałam – zasługiwania na miłość i szacunek w Bożych oraz swoich oczach. Uświadomiłam sobie, że dawno zapomniałam o tym pierwszym wydarzeniu mojego spotkania z kochającym spojrzeniem Jezusa z pierwszego stopnia oazy. Zakopałam ten talent. Od tamtego czasu oba te wydarzenia pielęgnuję w pamięci, by gdy przyjdzie pokusa ponownego budowania owej „zasługującej konstrukcji” szybko ją zburzyć, przywołując natychmiast oba dotknięcia czułej miłości Boga do mnie. Dobrze jest formować swoją pamięć, pielęgnując w niej dzieła, które Bóg uczynił dla mnie z miłości, by odwołać się do nich, gdy będziemy kuszeni do „zasługiwania na miłość”.

Zmiana myślenia o sobie w oparciu o Słowo Boże oraz formacja pamięci to nie wszystko. Zróbmy maleńki test. Weź kartkę i wypisz na niej trzy cechy, które w sobie lubisz, cenisz. Może okazać się, że będzie z tym kłopot. Próbuj robić sobie taki test co jakiś określony czas, np. co pół roku, w dniu Twoich urodzin, imienin. Zachowuj te karteczki z datą i patrz co się dzieje. To bardzo cenne ćwiczenie na obserwację jak ja siebie postrzegam. Jednocześnie proś Ducha Świętego, aby pokazał Tobie takie obszary w Twoim życiu, w których nie kochasz siebie, gdzie potrzebna jest zmiana. Zrób swego rodzaju rachunek sumienia z miłości siebie samego.

Co może być przedmiotem takiego rachunku? Z własnego podwórka mogę podać kilka przykładów przestrzeni, w których odbywa się moja praca nad sobą w dziedzinie kochania siebie. Wiem, że jestem „pracusiem” i „Zosią samosią”, dlatego regularnie muszę zadawać sobie pytania: czy zadbałam o swój odpoczynek w ciągu dnia, tygodnia, roku (patrz: zaplanowany urlop, nie spędzony w domu na odrabianiu zaległości z całego roku)? To może być pytanie o sen, o sposób i jakość moich posiłków. Słyszałam dawno temu taką audycję na temat: „Jak kobieta powinna zadbać o siebie?” Rozmówczyni pani Redaktor, prowadzącej program, zadała pytanie: Co robi kobieta, gdy mąż wyjeżdża na delegację, a dzieci na wycieczkę i zostaje na kilka dni sama w domu? Oczywiście, nie gotuje dla siebie obiadów, bo po co. Komentując taką postawę, stwierdziła, że taka kobieta nie kocha siebie. Właśnie wtedy powinna ugotować sobie to, co najbardziej lubi, a nie co je mąż i dzieci – ma sposobność zadbać o siebie. Drogie Panie – nie lubicie gotować? Umówcie się z przyjaciółką lub mamą, żeby wam ugotowała ulubioną potrawę. Pogodzicie przyjemne z pożytecznym: spotkanie z ukochaną osobą i dobre jedzenie. J Z innej branży: czy w ostatnim czasie (np. tygodnia, miesiąca) zadbałam o sprawienie sobie drobnej przyjemności? Niektórzy musieliby pewnie najpierw znaleźć to, co sprawia im przyjemność. J Dalej: czy w minionym tygodniu wszystkie możliwe zadania wykonałam sama, czy prosiłam innych o pomoc, czy przysługę? Jestem przekonana, że wielu z nas czuje się niezręcznie prosząc innych o wsparcie czy wykonanie jakiejś przysługi lub konkretnej, większej pomocy, nie mówiąc o obowiązkach domowych, gdzie często jeden robi większość, bo nie wypada obciążać nimi innych domowników – mają tyle na głowie. Pytanie: gdzie tu miłość?

Zachęcam, by znaleźć swoje pola do pracy. Być może gdzie indziej będą położone akcenty, a może Duch Święty pokaże inne przestrzenie. Jeśli mam kompleks niższości, to np. raz w tygodniu piszę sobie komplement na karteczce i zostawiam na biurku, by do niej wracać. Poszukujmy z Duchem Świętym swoich braków w kochaniu siebie i sposobów na dobre zmiany.

 

Na koniec zostawiłam to, co najtrudniejsze, bo najbardziej bolesne – spotkanie ze sobą w swojej historii życia. Cała powyższa praca zasadza się na tym fundamencie. Bez niego często nie ma szans powodzenia. To spotkanie pozwala zobaczyć skąd i dlaczego myślę o sobie tak, a nie inaczej, traktuję siebie tak, a nie inaczej. Jakie wydarzenia, opinie, sądy ukształtowały mój obraz siebie, moją miłość do siebie lub jej braki. Być może będzie potrzebna pomoc specjalisty lub serdecznej, bliskiej osoby, żeby zmierzyć się ze swoją trudną historią. Często nie konfrontujemy się z nią, z tym, co nas ukształtowało, bo boimy się bólu i zmian. Jednak przez ten ból i zmianę trzeba przejść, by dojść do pełnej prawdy o nas. Tylko prawda daje wolność. Pamiętajmy w czasie tego spotkania ze sobą, że tę prawdę widzi też BÓG i mimo wszystko MNĄ SIĘ ZACHWYCA.