ks. Wojciech Danielski

(189 - listopad - grudzień 2012)

Boży człowiek

rozmowa z Grażyną Wilczyńską

Był księdzem w każdej chwili, a równocześnie był jak starszy brat, na którego pomoc zawsze można było liczyć, i jak pełen serdecznej troski ojciec

Wieczernik: Kiedy poznałaś ks. Wojciecha Danielskiego?

Grażyna Wilczyńska:W 1976 roku ks. Wojciech prowadził pogodny wieczór wspólny dla oazy studenckiej, w której uczestniczyłam i dla oazy kleryków. Wtedy jeszcze nic więcej o ks. Wojciechu nie wiedziałam. Kim jest, dowiedziałam się w 1979 r. podczas IV Krajowej Kongregacji Odpowiedzialnych Ruchu Światło-Życie w Kalwarii Zebrzydowskiej. Ks. Wojciech pomagał ks. Franciszkowi Blachnickiemu jako sekretarz tego zgromadzenia. Pierwszych kilka zdań zamieniłam z ks. Wojciechem Danielskim w czasie Centralnej Oazy Matki w czerwcu 1979 r., kiedy to Ksiądz podszedł do mnie i zapytał, gdzie wyczytałam to, czym dzieliłam się podczas Godziny Słowa Bożego.

Częstsze spotkania i rozmowy z ks. Wojciechem zaczęły się dla mnie w 1982 r.

W.: Wtedy ks. Wojciech Danielski został  moderatorem krajowym Ruchu. Chciałbym jednak najpierw cofnąć się do czasów wcześniejszych – czy był bliskim współpracownikiem ks. Blachnickiego? Jak wyglądały ich wzajemne kontakty i relacje?

G.W.:Przypuszczam, że ks. Wojciech Danielski spotkał się z ks. Franciszkiem Blachnickim, kiedy wrócił na KUL w 1964 r.

Przeglądając już po śmierci ks. Wojciecha Jego spuściznę, natrafiłam na Jego notatki ze spotkań w gronie księży z 1968 r. Spotkania prowadził ks. Franciszek Blachnicki, proponował kilku księżom życie we wspólnocie kapłańskiej. Gromadzenie kapłanów we wspólnoty było też gorącym pragnieniem ks. Wojciecha.

Dla obu księży ważne było wszystko, co niósł Sobór Watykański II. Z radością przyjmowali każdy nowy dokument i w gronie kapłanów zastanawiali się nad sposobem wprowadzenia w życie jego wskazań. Obaj pracowali w Lubelskim Zespole Liturgistów, prowadząc wykłady na temat odnowionej liturgii w całej Polsce. Ks. Wojciech wspomagał ks. Franciszka Blachnickiego w organizowaniu sympozjów liturgistów i zjazdów wykładowców liturgiki w seminariach duchownych oraz w redagowaniu w „Collectanea Theologica. Biuletynu Odnowy Liturgii”.Obaj w tym biuletynie publikowali.

Ks. Wojciecha widzę przy Ojcu, jakby w cieniu Ojca, zawsze gotowego do pomocy, czy to w pracach redakcyjnych, organizacyjnych, czy w formacji kapłanów, czy w posłudze w oazach.

Księża zwracali się do siebie po imieniu: Franciszku, Wojciechu (nie słyszałam nigdy zdrobniałej formy imienia). Darzyli się wielkim szacunkiem i wzajemnym zaufaniem. O stosunku ks. Franciszka Blachnickiego do ks. Wojciecha Danielskiego świadczą najlepiej pierwsze słowa telegramu przysłanego przez Ojca na pogrzeb ks. Wojciecha: „Wojciechu, Bracie drogi i Sługo wierny”. Ks. Wojciech pisząc do Ojca, zwracał się słowami: „Franciszku, Bracie drogi.”

W.: Jak ks. Wojciech traktował posługę moderatora krajowego?

G.W.:Z ogromną odpowiedzialnością, pieczołowitością, troską. Z pewnością nie było to dla niego łatwe. Pociągała Go modlitwa, kontemplacja. Pragnął znaleźć się we wspólnocie benedyktynów w Tyńcu, był ich oblatem. Miał już nawet wybrane imię zakonne. Podejmując tę posługę, ks. Wojciech zdawał sobie sprawę z tego, że będzie ją wypełniał kosztem innych dotychczasowych obowiązków, zwłaszcza pracy naukowej. Przez lata przecież z benedyktyńską cierpliwością wykonywał ogromną pracę prowadząc badania nad pełną inwentaryzacją przedtrydenckich rękopisów liturgicznych w zbiorach polskich, często dopiero ustalał ich pochodzenie. Wyniki badań zamierzał opublikować w pracy habilitacyjnej. Bardzo chciał ją ukończyć, by inni na nowo nie musieli się trudzić, ale nie było Mu dane.

Lata, w których ks. Wojciech był moderatorem całego Ruchu Światło-Życie, były bardzo trudne ze względu na stan wojenny, na różne uprzedzenia i niechęci do Ruchu, na skomplikowane sprawy materialne. To wszystko ks. Wojciech przyjął na siebie i cierpliwie, wytrwale, z wielką pokorą wyjaśniał, prostował, załatwiał w urzędach. Szukał rady u różnych mądrych ludzi Kościoła, aby dzieło Boże, jakim jest Ruch Światło-Życie mogło się rozwijać, aby nie doznało uszczerbku.

W.: Jak wyglądała współpraca moderatora krajowego w Polsce z Założycielem Ruchu przebywającym za granicą? Czy ks. Wojciech był samodzielnym moderatorem?

G.W.:Ks. Wojciech chciał być wierny charyzmatowi Ruchu. Przychodziło Mu podejmować niełatwe decyzje. Na tyle, na ile to było możliwe, pozostawał w kontakcie z ks. Franciszkiem Blachnickim. Radą mogli służyć z pewnością księża z Krajowego Kolegium Moderatorów, jak i odpowiedzialna Wspólnoty Niepokalanej Matki Kościoła. Zdarzało się, że i nas zapytał: a jak to było za Ojca? Uważnie słuchał, ale sam podejmował decyzję.

Gdy czasem, w jakiejś trudnej sprawie radziłam się Ojca, to Ojciec za każdym razem odsyłał mnie do ks. Wojciecha. Miał do Niego pełne zaufanie.

Ks. Wojciech natomiast polecał nagrywać i spisywać z taśm magnetofonowych swoje nauczanie: w homiliach, referatach, w różnych wystąpieniach podczas ogólnopolskich spotkań Ruchu czy zjazdów duszpasterzy służby liturgicznej. Chciał je przesyłać, gdy tylko było to możliwe, ks. Franciszkowi Blachnickiemu, aby Ojciec wiedział, jak prowadzi „Jego” dzieła.

Ojciec z Obczyzny na różne wydarzenia przysyłał listy (zebrane w książce „Charyzmat i wierność”), które stawały się inspiracją dla uczestników Ruchu Światło-Życie i Krucjaty Wyzwolenia Człowieka.

Ks. Wojciech, uczestnicząc w tym samym charyzmacie Światło-Życie, mógł więc prowadzić Ruch samodzielnie.

W.: Każdy człowiek ma inny styl pełnienia posługi. W czym styl pełnienia posługi moderatora krajowego przez ks. Wojciecha różnił się od stylu ks. Blachnickiego?

G.W.:Boży ludzie dobrze się rozumieją, więc linia prowadzenia Ruchu była taka sama. Styl? Określiłabym tak: ks. Franciszek Blachnicki niósł w sobie charyzmat, przedstawiał wizję, budował struktury Ruchu, wszystko w wielkiej wolności. W tę przestrzeń wolności chciało się wejść, by służyć realizacji fascynującej wizji Kościoła wspólnoty, budowaniu Królestwa Bożego.

Ks. Wojciech Danielski emanował ciepłem, serdecznością, życzliwością. W każdym miejscu czuł się u siebie, stwarzał klimat domu rodzinnego, w którym każdy czuł się dobrze pod troskliwym okiem ojca, który wychowywał suaviter in modo, fortiter in re – łagodnie w sposobie, stanowczo w rzeczy. Ks. Wojciech pokazywał jak, przez co dzień po dniu stawać się nowym człowiekiem, budować nową wspólnotę, promieniować nową kulturą. Człowiekowi urzeczonemu rozległymi perspektywami, ukazanymi przez ks. Franciszka Blachnickiego, taki przewodnik, a przy tym radosny świadek tajemnic Pana, był bardzo potrzebny.

W.: Ruch to rozmaite grupy wiekowo-stanowe – młodzież, rodziny, dorośli, kapłani, osoby konsekrowane. Czy mogłabyś powiedzieć, jak wyglądały kontakty ks. Wojciecha, spotkania z każdą z tych grup, czy z którąś pracował bardziej, czy któraś była mu bliższa?

G.W.:Ks. Wojciech zawsze był cały dla tej osoby, czy grupy, z którą się właśnie spotykał, w Ruchu czy poza Ruchem Światło-Życie. Szczególną miłością darzył braci kapłanów, oni byli Mu najbliżsi. Chociaż miał mnóstwo obowiązków, to zawsze znajdował czas, aby poprowadzić dla księży rekolekcje. Któregoś roku prowadził aż dziewięć serii, w różnych diecezjach Polski. Bardzo troszczył się też o kleryków, zawsze zauważał ich wśród zgromadzonych, zainteresował się, zamienił choćby kilka zdań i pamiętał. Dokładał wielu starań, aby kontynuować wydawanie „Dojrzałości ucznia. Listu do członków Ruchu Światło-Życie w seminariach duchownych i nowicjatach”.

Wielką radość sprawiali ks. Wojciechowi neoprezbiterzy, którzy przyjeżdżali na Kopią Górkę, by wśród moderatorów Ruchu sprawować mszę św. prymicyjną i udzielać błogosławieństwa. Bliskie Mu były również osoby konsekrowane, dla nich też prowadził rekolekcje, dla wielu z nich był spowiednikiem.

Chętnie odwiedzał rodziny, lubił wśród nich przebywać. Kiedy był moderatorem oazy wielkiej, starał się podczas turnusu odwiedzić każdą z oaz średnich. W razie jakichś trudności można było udać się do ks. Wojciecha po pomoc.

Interesował się każdym człowiekiem, potrafił dla niego znaleźć czas. Pytany o radę, udzielał jej z wielką powściągliwością: np. „Wiesz, mnie w podobnej sytuacji pomogło to i to, może i tobie – spróbuj”. Odwoływał się przy tym do słów Pisma świętego. Pamiętał człowieka i sprawę. Przy następnym spotkaniu pytał, czy problem się rozwiązał. Uczył nas: „Nie las, moi drodzy, są drzewa poszczególne”.

Nie bał się wchodzić w trudne sprawy; miał dar do ludzi, którym życie się poplątało. Wiedział, że gdy Pan Bóg Go jakoś szczególnie doświadcza, to będzie musiał się zmierzyć z czymś bardzo trudnym. W dniach stanu wojennego nauczył nas prostego rymowanego egzorcyzmu, abyśmy nie były bezradne wobec dotykającego nas zła.

W.: Jak ks. Wojciech widział posłannictwo, zadania Ruchu? Co było dla niego najważniejsze?

G.W.:Myślę, że wybrane przez ks. Wojciecha hasła roku: Nowy Człowiek, Nowa Wspólnota, Nowa Kultura, dobrze określają to, o co pytasz: posłannictwo i zadania Ruchu Światło-Życie.

Dla ks. Wojciecha bardzo ważne było formowanie elit chrześcijańskich wokół liturgii i przez liturgię. To „nowych ludzi plemię” będzie w świecie zaczynem nowego ładu, nowych stosunków międzyludzkich, przejrzystych odniesień między kobietą i mężczyzną. Człowiek wewnętrznie scalony, służący budowaniu jedności między wspólnotami, środowiskami, ubogacający innych i przez nich ubogacany dzięki spotkaniom pomiędzy osobami pochodzącymi z różnych regionów kraju, patriota – ks. Wojciech pokazywał nam, jak wychowywać w oazach takiego człowieka. Dlatego tak ważna dla Niego była formacja kapłanów moderatorów, moderatorek, animatorów i diakonii, by mogli towarzyszyć człowiekowi, szczególnie młodemu w jego wychowaniu i wzrastaniu do pełni w Chrystusie.

Bardzo chciał kontynuować redagowanie poszczególnych czasopism, które wychodziły się w Ruchu Światło-Życie. To okazało się nie do wykonania, bo przecież w roku 1981 ukazało się aż 10 tytułów.

Bardzo też zabiegał ks. Wojciech o to, aby księża Biskupi otoczyli opieką Ruch Światło-Życie. Zwracał uwagę na to, by odróżniać oazy Ruchu Światło-Życie od rozmaitych form wypoczynku młodzieży, której towarzyszy ksiądz, nazywanych wtedy potocznie również oazami, by umieć wytłumaczyć w razie potrzeby.

Ks. Wojciech troszczył się też o wspólnotę diakonii stałej Ruchu i sprawy materialne ośrodków.

Przede wszystkim zaś bardzo dbał o liturgię w czasie ogólnopolskich spotkań Ruchu, o jej piękno i poprawność. Sam głosił homilie podczas jutrzni, Eucharystii, nieszporów i innych nabożeństw. Nie pozwalał, aby ktokolwiek z diakonii wykonywał inne prace, gdy właśnie sprawowano liturgię. Do Namiotu Światła, gdzie zwykle gromadziliśmy się na liturgię, nie można było wejść za celebransem. Ruchem ręki zagarniał nas przed siebie i mówił: „Za celebransem tylko Królowa Angielska”.

W.: W tym czasie współpracowałaś blisko z ks. Wojciechem, co należało do Twoich zadań?

G.W.:Pracowałam w Redakcji Wydawnictw Ruchu Światło-Życie. Zajmowałam się adiustacją i korektą tekstów i czuwałam nad przygotowaniem matryc bądź oryginałów do powielania. W listopadzie lub grudniu 1979 r. ks. Franciszek Blachnicki, z właściwą sobie dozą humoru „mianował” mnie sekretarzem tej redakcji. Kiedy redaktor naczelny, czyli Ojciec nie mógł wrócić do kraju, sekretarz na ile potrafił, starał się objąć całość zadań. I właśnie w tym zakresie, przygotowywania do druku materiałów formacyjnych niezbędnych dla Ruchu Światło-Życie, współpracowałam z ks. Wojciechem. Po Ojcu trzeba było przejąć też dysponowanie tym, w której erce, który tytuł i kiedy ma być drukowany, i troskę o to – wspólnie z osobami odpowiedzialnymi za dystrybucję – skąd wziąć pieniądze, żeby za druk zapłacić.

Ks. Wojciech czytał wszystkie maszynopisy, zwłaszcza czasopism oraz różnych nowych materiałów formacyjnych czy informacyjnych, które miały się ukazać. Nanosił swoje uwagi. Potem wspólnie omawialiśmy Księdza i moje uwagi do tekstu. Bardzo sobie ceniłam ten czas merytorycznych rozmów, dużo się uczyłam. Teksty swoich homilii czy wystąpień, zwłaszcza podczas ogólnopolskich spotkań Ruchu ks. Wojciech adiustował sam.

Wielość obowiązków nie pozwalała ks. Wojciechowi pozostawać w siedzibie redakcji i spokojnie pracować nad tekstami. Zabierał więc papiery ze sobą w podróż. Kiedy pytałam, czy zdołał przejrzeć jakiś tytuł, który niebawem trzeba było oddać do druku, a ks. Wojciech nie zdążył, to mówił np. że ten numer „Domowego Kościoła” ma już za sobą 740  km.

Najbardziej bezpośrednio współpracowałam z ks. Wojciechem przy pisaniu Komunikatów na Dni Wspólnoty dla Kapłanów Moderatorów, dla Moderatorek, dla Diecezjalnych Diakonii Jedności, dla Animatorów i Diakonii w rejonach i na Dzień Wspólnoty Ruchu Światło-Życie w rejonie. Do każdego niemal komunikatu były też załączniki, niekiedy kilka 5 – 8.

Ks. Wojciech pisał to wszystko od wieczora przez całą noc do rana. Nie zgadzał się na to, by Mu towarzyszyć pracując obok w biurze. Odsyłał nas spać. Robił groźną minę i pytał: „Dlaczego nie śpisz?”– gdy którąś z nas spotkał chodzącą po domu koło północy. Po śmierci ks. Wojciecha przeczytałam: „Nie daj, bym zajmował sobą ludzi, których ja potrzebuję”. Rano po mszy św. czytałam rękopis ks. Wojciecha, żeby upewnić się, czy wszystko dobrze odczytuję. Ksiądz zwykle jeszcze coś kończył, a ja mogłam zapytać, gdy miałam wątpliwości. Po wyjeździe ks. Wojciecha zabierałyśmy się do przepisywania, korekty, słowem do przygotowania oryginału. Pracowałyśmy zwykle także przez noc. Po południu następnego dnia oryginał wędrował do powielenia. Trzecią noc nad komunikatami pracowali drukarze, czwarta kolejna noc należała do rozwożących materiały do poszczególnych punktów Dni Wspólnoty Diakonii Diecezjalnych. Taki cykl pracy powtarzał się 6 razy w ciągu roku, bo dni wspólnoty odbywały się wówczas 6 razy w każdym roku formacyjnym.

W.: Jakim człowiekiem był ks. Wojciech w codziennych relacjach?

G.W.:Trochę już powiedziałam. Chcę powiedzieć, że przede wszystkim był księdzem w każdej chwili, a równocześnie był jak starszy brat, na którego pomoc zawsze można było liczyć, i jak pełen serdecznej troski ojciec. To było niezwykłe: ks. Wojciech zachowywał dystans, wynikający ze święceń i z całą życzliwością i zaangażowaniem stawał „przy”. W codziennym życiu było to jednak bardzo proste, wręcz oczywiste. Myślę, że sprawiały to szczerość, otwarcie na drugiego człowieka, delikatność, takt, rycerskość Księdza.

Ks. Wojciech wnosił pokój i radość. Zauważał i doceniał trud zwyczajnych codziennych czynności. Cieszył Go ładny ogródek przy domu i misternie udekorowany placek. Od razu zgadywał, kto go upiekł. Ksiądz chętnie opowiadał o spotkanych ludziach, mówił zawsze tylko dobrze, niektóre osoby zabawnie naśladował. Opowiadał o mijanych miejscach, o ich historii o zabytkach, a także o tym, co się w nich wydarzyło w ostatni czasie. Mówił też o swojej pracy. Któregoś dnia zapytał mnie, jak lepiej przetłumaczyć: „grają harfy, bije dzwon” czy „grają trąby, bije dzwon”. Powiedziałam, jakie uczucia budzi we mnie jeden i drugi zwrot, a potem przeczytałam w tłumaczeniu „Chorału adwentowego”: „już grają harfy, bije dzwon”. Ks. Wojciech nie ukrywał też, że nie może dla przetłumaczenia pewnego fragmentu znaleźć odpowiednich słów, które oddawałyby sens, zachowały rym i rytm pieśni. Kiedy już tłumaczenie było gotowe, ks. Wojciech dał się namówić i zaśpiewał nam „Chorał adwentowy”, a potem jeszcze „Najdroższy Jezu, w czymże Twoja wina” i „Ave Maris Stella” i pozwolił wszystko to nagrać, i jeszcze zostawił nam rękopis tłumaczenia „Chorału” z dedykacją dla wszystkich mieszkanek domu. Był hojny w rozdawaniu siebie, bo „radosnego dawcę miłuje Bóg”.

Zawsze też gotowy do pomocy. Podczas któregoś COM-u wypisywałam dyplomy animatorom. Moderator Krajowy każdy z dyplomów podpisywał. Dyplomów było dużo, więc nie zdążyłam ich wypisać przed Wigilią Zesłania Ducha Świętego. Po modlitwie ok. godz. 23 podeszłam do ks. Wojciecha z prośbą, aby jeszcze teraz podpisał dyplomy i położył je potem w zielonym pokoju, a ja rano przyjdę i wypiszę do końca. Teraz już nie potrafię myśleć. Ks. Wojciech zapytał, o której zamierzam przyjść. Powiedziałam, że o 4.30. Na to Ksiądz: „nie przychodź!” Gdy w uroczystość Zesłania Ducha Świętego weszłam do zielonego pokoju, to zobaczyłam na ławie dyplomy animatora nie tylko podpisane, ale i wypisane przez ks. Wojciecha. Po śmierci Księdza znalazłam w Jego kalendarzyku notatkę, że wypisywał dyplomy do 3 nad ranem!

W.: Ks. Wojciech był liturgistą. Czy przejawiało się to w jakiś sposób w odprawianiu przez niego mszy św., w przygotowaniu do niej?

G.W.:Ks. Wojciech był nie tylko liturgistą, był mistagogiem. Głęboko przeżywał święte misteria i innych w nie wprowadzał. Gdy stawał przy ołtarzu, jakby się przemieniał. Postawą, gestem, spojrzeniem, mimiką kierował uczestników liturgii ku Bogu. Nie skupiał na sobie. W komentarzach, homiliach odkrywał głębię znaków liturgicznych. Uwrażliwiał na szczerość w ich wykonywaniu.

Sam bardzo starannie przygotowywał się do celebracji. Na małych karteczkach zapisywał sigla czytań, myśli do homilii, wezwania modlitwy wiernych, jeśli nie była przewidziana spontaniczna, i śpiewy. Nawet w swoim testamencie dał wyraz temu, jak bardzo zależało Mu na starannym przygotowaniu liturgii; napisał: „Na KUL-u zróbcie ładną modlitwę powszechną, żeby się budowali przy tej okazji wszyscy we wspólnotę – jak ja o to dbałem dotąd na pogrzebach innych – i przywieźcie ją na pogrzeb”.

Ks. Wojciech troszczył się też o schludny wygląd służby liturgicznej; dbał o to, żeby przed i po celebracji w zakrystii panowała cisza. Lektorów zachęcał, żeby poprawnie czytali, właściwie akcentowali wyrazy, tak żeby ktoś, kto chciałby posłuchać pięknej polszczyzny, szedł do kościoła, bo tam pięknie czytają. Drażniły Księdza wszystkie „liście”: usłyszeliście, posłaliście, przystąpiliście, zamiast: usłyszeliście, posłaliście, przystąpiliście.

W.: Jakie były homilie ks. Wojciecha?

G.W.:W testamencie ks. Wojciech przeprasza słuchaczy swoich homilii za to, że były zbyt długie. Rzeczywiście bywały długie, ale były też krótkie, kilkuzdaniowe. Można sprawdzić, bo sporo homilii zostało opublikowanych. Homilie ks. Wojciecha były jakby utkane ze słowa Bożego. Długie homilie były bardzo interesujące, bo zawierały wiele dygresji, dzięki którym można było dowiedzieć się różnych ciekawych rzeczy, których samemu próżno by szukać. To były ciekawostki z historii Polski, z geografii, z literatury i sztuki, z historii liturgii także.

Ks. Wojciech odnosząc słowo Boże do codziennego życia ucznia Chrystusa, ukazywał też jego owocowanie w życiu znanych Mu ludzi w dziejach narodu, w jego kulturze. Dzięki temu przed oczyma wyobraźni słuchających przesunęła się cała galeria postaci. Mówił np. że ks. Jerzy Popiełuszko odkłamał nam pojęcie księdza patrioty.

W homiliach też ks. Wojciech dawał niejako przystęp do swojego życia duchowego. Ksiądz nie mówił o sobie wprost, ale mówił w taki sposób, że można było być pewnym, że to, o czym mówi, jest Jego własnym doświadczeniem.

Ks. Wojciech mówił piękną polszczyzną, niekiedy używał starszych form czy staropolskich słów bądź składni, co nadawało homiliom bardziej podniosły ton, wszak mówił Ksiądz o Osobach i sprawach najświętszych. Bywało, że kończył homilię modlitwą.

W.: Czy było coś charakterystycznego w przeżywaniu wiary przez ks. Wojciecha?

G.W.:Myślę, że sposób przeżywania i celebrowania Paschy Chrystusa. I to zarówno w Święte Triduum Paschalne, jak i codziennej Eucharystii. Już w tydzień po śmierci ks. Wojciecha ks. Wacław Hryniewicz, profesor KUL, prowadząc poetycką refleksję nad Jego życiem nazwał ks. Wojciecha Człowiekiem Paschalnym – Homo Paschalis.

Triduum Paschalne celebrowane przez ks. Wojciecha gromadziło z roku na rok coraz więcej osób, których kościół akademicki KUL nie mógł pomieścić, mimo iż uczestniczyły w liturgii stojąc głowa przy głowie. Do dziś przetrwała w tym kościele tradycja bardzo starannego przygotowania liturgii Trzech Świętych Dni. Przy ołtarzu stają ci sami mężczyźni, którzy pełnili służbę liturgiczną przy Księdzu Wojciechu. Obok nich ich synowie.

Wiarę ks. Wojciecha cechowała prostota, ufność, szczerość, wdzięczność, wielka wrażliwość na słowo Boże, na znaki Boże w zwyczajnych okolicznościach życia. Radość z bogactwa wiary Kościoła oraz świadomość niezwykłego obdarowania. Ks. Wojciech czuł się umiłowanym uczniem Chrystusa Pana. Wypowiadał to w modlitwie, wyrażał klęcząc bliziutko Najświętszego Sakramentu. Któregoś wieczoru przed Eucharystią w kaplicy na Pardałówce w Zakopanem ks. Wojciech już w szatach liturgicznych usiadł za ołtarzem blisko tabernakulum i skłonił głowę jego kierunku, tak jakby chciał ją oprzeć jak Jan na piersi Jezusa. Św. Jan był jego umiłowanym świętym, patronem trwania w powołaniu. W Świętych miał ks. Wojciech swoich przyjaciół, zachęcał do zaprzyjaźnienia się Nimi, byśmy wiedzieli, w czym są nam patronami.

Kiedy myślę o wierze i o życiu ks. Wojciecha, staje mi przed oczyma maleńki Jego rysunek z pamiętnika życia duchowego, umieszczony przy dacie 2 lutego. Na pierwszym planie dwa gołąbki (ofiara ubogich) za nimi płonąca, bo spalająca się świeca (ofiara całopalna); w tle trzy krzyże, z nich jeden wyróżniony (ofiara naszego zbawienia). Ta tajemnica ofiarowania, przedstawienia Jezusa w świątyni była ks. Wojciechowi bardzo bliska. Bliski był Mu także ten dzień, bo 2 lutego 1952 roku otrzymał sutannę. A w następnym roku, mając zaledwie 18 lat, przetłumaczył kantyk Symeona, nadając mu formę rymowaną. W 30. rocznicę obłóczyn ks. Wojciech był w Tyńcu i tego dnia właśnie przepisał na czysto swoją modlitwę „Codzienne zjednoczenie się kapłana z Chrystusem Sługą”.

W.: Wiem, że osoba ks. Wojciecha jest Ci bliska. Dlaczego? Co szczególnie Cię w niej pociąga?

G.W.:Tak. Jestem Księdzu przede wszystkim bardzo wdzięczna. Ksiądz Wojciech pomógł mi w trudnych i ważnych chwilach życia. Był i jest dla mnie autorytetem w sprawach wiary, kultury. Był moim spowiednikiem. Chociaż był profesorem KUL-u i moim przełożonym jako Moderator Krajowy Ruchu Światło-Życie to traktował mnie w pracach wydawniczych jak partnera. To bardzo zobowiązywało. Bliskie mi było zamiłowanie ks. Wojciecha do języka polskiego, do jego historii, taka pozytywistyczna postawa budowania od podstaw, miłość do Ojczyzny, do rodzinnego domu, do Rodziców i do Rodzeństwa; postawa gospodarza, gdziekolwiek się znalazł. Ks. Wojciech potrafił wczuwać się w drugiego człowieka, umiał dostrzec troskę i cieszyć się każdym osiągnięciem. Otoczył też swoją życzliwością moje rodzeństwo. Jestem przekonana, że modlitwie księdza Wojciecha, już w domu Ojca, mój siostrzeniec zawdzięcza szczęśliwy przebieg bardzo trudnej operacji i dalszy pomyślny swój rozwój. To też „pobudza do wdzięczności niesłychanej” – żeby zacytować księdza Wojciecha.

Co mnie pociąga? – To nie najlepsze słowo. Powiem raczej, co w postaci ks. Wojciecha podziwiam, co mnie zdumiewa i inspiruje.

Otóż żywa wiara, pokora, pietyzm w służbie Bożej, wierność Bogu i ludziom, codzienne oddawanie siebie „żeby z tego było życie drugich”, prostota a zarazem duchowe szlachectwo, przejrzystość w kontaktach z ludźmi, wrażliwość na ich potrzeby duchowe i te przyziemne, zachwyt nad pięknem świata, głęboki patriotyzm, bogactwo talentów. Ks. Wojciech prosto i pięknie przedstawił istotę powołania naszej wspólnoty. Z okazji 25-lecia istnienia wspólnoty narysował dla nas taki symbol: z rozwiniętego kwiatu lilii wyrasta, unosi się znak Fos-Zoe. Płatki lilii są dla niego jakby kołyską. Jestem Księdzu za ten znak bardzo wdzięczna, spojrzę i wiem.

W.: W jaki sposób ujawniła się choroba ks. Wojciecha? Jak ją przeżywał?

G.W.:O tym, że ks. Wojciechowi nie dopisuje zdrowie, dowiedziałam się w marcu 1984 r., kiedy to Ksiądz poddał się operacji. Wydawało się potem, że jest już dobrze.

Dopiero w czasie Podsumowania OŻK 1985 zauważyłam, że ks. Wojciech denerwuje się przeciągami na Kopiej Górce. Prosił, żeby zamykać drzwi, bo chwyciły Go korzonki. Na pielgrzymce Krucjaty Wyzwolenia Człowieka w 25 rocznicę likwidacji Krucjaty Wstrzemięźliwości, to jest w końcu sierpnia Ks. Wojciech był już słabszy. Wtedy ostatni raz przemawiał do członków Ruchu Światło-Życie i Krucjaty Wyzwolenia Człowieka.

Kiedy we wrześniu pojechałam do Lublina, ks. Wojciech był w szpitalu. Poszłam odwiedzić. Ks. Wojciech zaprowadził mnie do kaplicy i zaproponował „święte słuchanie”, jak nazywał spowiedź, nie skorzystałam. Umówiliśmy się na nie po powrocie Księdza do domu. W drodze do kaplicy Ksiądz był pogodny, choć widziałam, że cierpi. Opowiadał o swojej posłudze wśród pacjentów. Bardzo się cieszył, że może być dla nich. O chorobie Księdza nie rozmawialiśmy.

Później odwiedzałam ks. Wojciecha w jego rodzinnym domu w Warszawie na Kole. Wówczas poznałam Mamę Księdza i Jego Siostry. Ks. Wojciech, mimo iż cierpiał, wciąż troszczył się o Ruch.

W listopadzie odbyło się jeszcze święte słuchanie. Klęczałam przy łóżku. Ks. Wojciech leżał. Kiedy podniosłam się z klęczek, ks. Wojciech poprosił, żebym poprawiła Mu poduszkę. Przez moment się zawahałam. Widząc to, Ksiądz zacytował psalm Podczas choroby poprawi mu posłanie, a potem jeszcze Wznoszę oczy me ku górom, skąd nadejść ma dla mnie pomoc.

Ks. Wojciech żył słowem Bożym. Do końca starał się pełnić posługę kapłańską. Odprawiał mszę świętą w domu, z czasem przy pomocy ks. Stanisława Lecha, słuchał spowiedzi. Myślał o potrzebach tych, którzy Go odwiedzali. Widząc ich zatroskanie, jeszcze ich pocieszał. O swojej chorobie raczej nie mówił. Nie powiedział ani swoim Najbliższym: Mamusi, Siostrom, ani wspólnocie. O przebiegu choroby i o rokowaniach dowiadywała się od lekarzy młodsza siostra ks. Wojciecha, Basia.

Gdy już nie miał sił sam odmawiać liturgii godzin, prosił, żeby przy Nim głośno ją odmawiano. Siostry, Marylka i Basia, czuwały przy ks. Wojciechu na zmianę i głośno się modliły. W ostatnich dniach życia tylko po oczach ks. Wojciecha można było poznać, że słyszy.

W.: Są podejmowane starania o podjęcie procesu beatyfikacyjnego ks. Wojciecha? Czy uważasz, że powinno się taki proces podjąć? Dlaczego?

G.W.:Tak! Dlatego, że był to naprawdę Boży człowiek, święty kapłan, przewodnik duchowy dla wielu. Ktoś, kto potrafił z wielką pokorą być sługą innych, kto chciał być dla nich „świadomie i mądrze znakiem Bożej obecności i Bożej miłości pragnącej ich wyzwolenia”. To był kapłan dobry i mądry Bożą mądrością.

 

Przekonanie, że odszedł Święty ujawniło się już w dniu pogrzebu ks. Wojciecha. Przewija się też we wspomnieniach wielu ludzi. Niektóre osoby już wtedy wprost wyrażały nadzieję, że Ruch Światło-Życie podejmie starania, aby ks. Wojciech został wyniesiony do chwały ołtarzy. Takie jest też moje najgłębsze przekonanie. Przecież ks. Wojciech na wzór swojego Jedynego Mistrza przeszedł przez ziemię dobrze czyniąc i błogosławiąc ludzi.