Budować szczęśliwą rodzinę

(128 - luty - marzec 2004)

Budować wspólnotę wiary

Andrzej Krynicki

Chrzest bez prowadzenia ku wierze, bez wiary osobistej jest w pewnym sensie niedopełniony

Słyszę od różnych znajomych katechetów i księży, że nauczanie religii jest dla nich pasmem nieustającej udręki. Chodzi tu szczególnie o katechizowanie młodzieży od klas gimnazjalnych wzwyż. Pewnie nie wszędzie jest tak źle, wiele zależy od tego jaka szkoła, jakie miasto, jak duże itp., ale ogólny obraz nie jest dobry. Codziennym chlebem katechety jest konfrontacja z lekceważeniem, brakiem zainteresowania, ignorancją, bezczelnością (myślę że wymieniłem najłagodniejsze z uczniowskich postaw). Pewien ksiądz w przypływie wisielczego humoru powiedział mi, że na niektórych uczniów jedyny sposób by trafili chociaż do czyśćca to „wyspowiadać, rozgrzeszyć i rozstrzelać”.
W jednej ze swoich konferencji Ojciec Blachnicki powiedział: „w żadnej epoce Kościoła nie było tak doskonale zorganizowanej katechizacji. Istnieje ogromna ilość instytutów katechetycznych, rozmaite ośrodki, wydawnictwa. Przy pomocy psychologów, pedagogów, artystów opracowuje się podręczniki do nauki religii i wspaniałe katechizmy [...] Są one pod względem graficznym, artystycznym, jak i pod względem psychologicznym wspaniale przygotowane.[...] Jest olbrzymia armia katechetek, katechetów [...]”. Jednocześnie — wskazywał ks. Blachnicki — historia Kościoła nie zna epoki, w której byłby tak mocno nasilony proces odchodzenia ludzi od Kościoła, tak wysoki (wciąż rosnący) procent niepraktykujących. W dzisiejszej katechizacji zdumiewająca jest dysproporcja między wkładanym wysiłkiem, a rezultatami. Dlaczego tak jest?
„W jaki sposób dzieci dochodzą do postaw religijnych i moralnych? W jaki sposób stają się w swoich postawach i praktykach dziećmi, które się modlą, które wierzą, które idą za głosem sumienia, zachowują przykazania Boże?” W odniesieniu do dzieci nie sprawdza się schemat polegający wyłącznie na przekonywaniu o tym co jest w postępowaniu człowieka właściwe, a co nie oraz na przekazywaniu zbioru prawd i przykazań. „Dziecko dochodzi do postaw religijno–moralnych przez uczestnictwo w postawach religijno–moralnych ludzi dorosłych z najbliższego otoczenia, zwłaszcza tych, z którymi jest związane więzami sympatii, miłości. Jeżeli dziecko ma rodziców, którzy klękają do modlitwy, którzy mówią o Panu Bogu jako o Kimś naprawdę żywym, z Kim trzeba się liczyć w swoim postępowaniu”, jeżeli rodzice traktują poważnie nakazy etyczne, przykazania, jeżeli w domu jest taka atmosfera, że się nie kłamie, nie obmawia ludzi, to dziecko wyrasta w tym wszystkim, przyjmuje takie postawy, taki sposób myślenia.
Jeżeli podstawowym miejscem kształtowania postaw wiary jest rodzina, to nasuwa się pytanie o sens nauczania religii w szkołach. Ta forma duszpasterstwa nie jest w stanie zastąpić roli jaką ma rodzina w zakresie wychowania religijnego. Jednak w obliczu kryzysu jaki przeżywają rodziny, gdy najczęściej nie są one środowiskami życia religijnego, katechizacja jest dla dużej grupy dzieci jedyną deską ratunku. Nie można lekcji religii zarzucić, trzeba przy nich trwać wierząc, że także tutaj może objawiać się działanie Ducha Świętego.
Podstawowym jednak miejscem wprowadzania dzieci w życie wiary jest katechumenat rodzinny. Nie można pod tym pojęciem rozumieć wykładów religijnych w rodzinie. Nie chodzi o to, by rodzice zbierali dzieci i mówili: „teraz będzie nauka religii”. Rodzina ma natomiast stać się środowiskiem życia z wiary, środowiskiem, gdzie wartości religijno–moralne rzeczywiście są respektowane.
Już od wieków jest powszechnie przyjęty zwyczaj udzielania chrztu dzieciom, a właściwie niemowlętom, krótko po urodzeniu. Coraz częściej stawia się dzisiaj pytanie, czy to ma sens, czy nie powinno być inaczej? Otóż praktyka chrztu niemowląt jest bardzo stara. Właściwie sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa i powstała w sposób bardzo naturalny. Chrześcijanie wchodzący w związek małżeński dążyli do tego, żeby ich dzieci jak najprędzej uczestniczyły w tym, co dla rodziców było sprawą bardzo ważną, żeby uczestniczyły w nowym życiu chrześcijańskim przyniesionym przez Chrystusa i Jego Ducha. Trudno sobie wyobrazić sytuację, że rodzice żyją ze świadomością tego, że należą do Chrystusa, że mają Ducha Świętego, a potem przychodzi na świat ich dziecko i jest to poganin. Więc jak długo będzie tym poganinem? Żyliby razem — chrześcijanie z poganinem, czy z wielu poganami, jak jest więcej dzieci. Mówi się dzisiaj: „niech te dzieci dorastają, a dopiero, kiedy dojdą już do wieku dojrzałego, to niech same zdecydują, czy chcą być chrześcijanami, czy nie”. Argumentuje się przeciw praktyce chrztu niemowląt, że to powinna być sprawa decyzji osobistej, dojrzałej. Ale wyobraźmy sobie teraz całe lata życia w rodzinie, kiedy się czeka aż dziecko dojrzeje. Rodzice mają swoje praktyki religijne, swoje modlitwy, chodzą do kościoła, a dzieci ciągle nie mogą: „jesteście jeszcze poganami, zobaczymy, może kiedyś...” Byłaby to sytuacja całkiem nienaturalna i jest oczywiste, że nie może ona leżeć w planach Bożych.
Następuje tutaj pewne odwrócenie porządku, normalnie bowiem najpierw powinna być ewangelizacja, czyli głoszenie prawd wiary, głoszenie Ewangelii, potem przyjęcie Chrystusa przez wiarę w głoszoną Ewangelii, a potem chrzest jako przypieczętowanie nawrócenia, przyjęcia Chrystusa i wejścia do wspólnoty wierzących. Tak zawsze było i tak jest nadal w odniesieniu do dorosłych. Natomiast w rodzinie chrześcijańskiej kolejność jest po prostu odwrócona w czasie — najpierw jest chrzest, a potem przychodzi ewangelizacja, czyli dawanie świadectwa o Chrystusie, przekazanie prawd wiary i wiara jako osobowa decyzja, odpowiedź na głoszoną Ewangelię. Dzisiaj w rodzinach chrześcijańskich taka kolejność jest normalna, ale niestety często zapomina się o tym, że chrzest i ewangelizacja oraz wiara w sensie osobowej decyzji — dopiero razem tworzą pewną całość. Chrzest bez prowadzenia ku wierze, bez wiary osobistej jest w pewnym sensie niedopełniony. Według nauki Kościoła nie powinno się udzielać chrztu, jeżeli nie ma gwarancji, że ochrzczone dziecko — jak tylko dojdzie do używania rozumu — spotka się z nauczaniem o Chrystusie, z ewangelizacją i zostanie właśnie w ten sposób wezwane do osobistej wiary, do wejścia w kontakt z Chrystusem przez osobistą decyzję.
Rodzina w tradycji, już od początku chrześcijaństwa, jest domowym Kościołem. Jest wspólnotą opartą na wierze, wspólnotą, w której realizowana jest nadprzyrodzona miłość, ta miłość, którą nam przyniósł Jezus Chrystus. Dlatego rodzina nadprzyrodzona, Boża rodzina, którą jest Kościół, jest wzorem dla każdej rodziny chrześcijańskiej, która zawiązuje się przez sakrament małżeństwa. Kościół staje się prawdziwie obecny w małej wspólnocie eklezjalnej, którą jest rodzina. Poprzez sakrament rodzina, a najpierw małżeństwo, staje się znakiem Kościoła. Staje się znakiem miłości, jaka łączy Chrystusa i Kościół, Jego Oblubienicę. W samym sakramencie małżeństwa zawarte jest wezwanie, aby przekształcać każdą rodzinę w domowy Kościół, we wspólnotę zakorzenioną w Kościele, we wspólnotę wprawdzie międzyludzką, ale przenikniętą tymi relacjami, które istnieją pomiędzy Osobami Trójcy Przenajświętszej i które mają również określać relacje wzajemne ludzi między sobą.
W rodzinie, której ideał nam zarysowuje św. Paweł, dwie rzeczy są szczególnie charakterystyczne. Pierwsza, to miłość jako zasada życia rodziny, miłość nadprzyrodzona. Św. Paweł mówi o niej w tych słowach: jako wybrańcy Boży, święci i umiłowani, obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem. Jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu. Jak Pan wybaczył wam, tak i wy. Na to zaś wszystko przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości. Ta miłość ma być zasadą życia każdej rodziny chrześcijańskiej, naturalnej i nadprzyrodzonej.
Drugim rysem charakterystycznym rodziny jest rola, jaką w niej zajmuje słowo Boże, słowo Chrystusa. Słowo Chrystusa niech w was przebywa z całym swym bogactwem. Słowo Boże powinno zajmować centralną pozycję w życiu rodziny. Ono jest zasadą życia i normą postępowania. W świetle słowa Bożego rodzina rozwiązuje swoje codzienne problemy i trudności. Jeżeli rodzina nie nauczy się życia słowem Bożym, to zawsze będzie zagrożona w swoim trwaniu, w swej jedności i nie będzie miejscem, gdzie człowiek żyje w pokoju Chrystusowym. Dlatego w dążeniu do odnowy rodziny trzeba przede wszystkim uczyć życia słowem Bożym, zaszczepić właściwą relację do Bożego słowa, a nawet konkretne metody życia na co dzień słowem Bożym.
Dzięki słowu Chrystusa każda rodzina staje się podobna do Rodziny Świętej w Nazarecie, w centrum której znajduje się Słowo Wcielone. Wszystko w tej Rodzinie jest skierowane ku Słowu, istnieje ona, aby przyjąć to Słowo. Tak samo każda inna rodzina chrześcijańska istnieje przede wszystkim po to, aby przyjąć słowo Boże do życia swojej wspólnoty i poddawać wymaganiom tego słowa całe życie.