Spotkanie pokoleń

(181 - wrzesień - październik 2011)

z cyklu "Wieczernik dla Ciebie"

Budowanie dojrzałej relacji

Anita i Adam Andrasiak

Budowanie dojrzałej relacji to z jednej strony temat rzeka i można o tym mówić lub pisać wiele, z drugiej natomiast powiedzieć coś konkretnego wcale nie jest łatwo, niemniej postaramy się podzielić naszym doświadczeniem w tej materii. Jesteśmy małżeństwem na dzień dzisiejszy plus minus półtora roku, w sumie znamy się ze sobą cztery lata. Przed podjęciem decyzji o małżeństwie sporo czasu i energii poświęciliśmy przyglądaniu się temu, jak można budować relacje czerpiąc obficie z bogactwa literatury oraz konferencji, zarówno w wersji nagranej jak i głoszonej na żywo. Poza tym, ważnym źródłem obserwacji były dla nas liczne spotkania i rozmowy z wieloma ludźmi. Odkryliśmy, że ile par, tyle pomysłów jak relacje budo-wać. Najbardziej trafiły do nas świadec-twa osób budujących i opierających swoje relacje na Bogu i jego przykazaniach. Ostatecznie spośród wszystkich proponowanych wzorców wybraliśmy ten konkretny wariant i staramy się go konsekwentnie realizować. Zaznaczamy, że chcemy podzielić się naszym osobistym doświadczeniem, nie będziemy więc silić się na akademickie rozważania. Piszemy to od razu na samym początku, na wypadek gdyby ktoś szukał tu kompleksowej wykładni wszelakich sposobów i dogłębnej analizy wszystkich możliwych wariantów. Tyle tytułem wstępu.

***

Zależy nam na tym, żeby się dobrze rozumieć, dlatego określimy na początku, co rozumiemy jako dojrzałą relację, dojrzałość do niej itp. Pozwoli nam to uniknąć nieporozumień z tymi, którzy inaczej się na to zapatrują. Po czym najłatwiej oceniać? Oczywiście po owocach. Z naszej jak również zaobserwowanej praktyki wynika, że relacja przynosi dobre owoce, gdy jest oparta na: świadomości własnej wartości, pragnieniu dobra zarówno swojego jak i drugiej osoby, wolności, uczciwości, odpowiedzialności, szanowaniu wzajemnych granic oraz samoświadomości osób budujących daną relację. Jednocześnie składa się to wszystko na szeroko pojętą dojrzałość osobistą. Poza tym, nic się nie będzie miało szansy rozpocząć bez tak prozaicznej sprawy jak chęć kontaktu z drugim człowiekiem, a na dłuższą metę nic nie pociągnie bez obustronnej gotowości do współpracy oraz trwania w relacji mimo trudów. Przydatne i bardzo ułatwiające całe przedsięwzięcie są czysto techniczne umiejętności komunikacyjne oraz wspólna hierarchia fundamentalnych wartości. Na koniec gwoźdź programu, czyli gotowość przebaczania. Tyle definicji chyba wystarczy.

Dojrzałość osobista

W momentach, gdy w naszej relacji zaczynał szwankować którykolwiek z wymienionych elementów, pojawiały się owoce dalekie od oczekiwanych i pożądanych. Musieliśmy mierzyć się z rozczarowaniem, zniechęceniem, smutkiem, złością, wycofaniem, nieufnością, poczuciem krzywdy i wszelką maścią mało przyjemnych konsekwencji. Ponadto, nie byliśmy odosobnieni w naszych przeżyciach. Żeby nie szukać daleko, nawet w naszym najbliższym otoczeniu nie brakuje różnych problemów generowanych przez długotrwałe zaniedbywanie pracy nad brakami wymienionych przez nas warunków dojrzewania relacji. Częstokroć występują one w formie utrwalonych, trudnych do rozwiązania patologii oraz dramatów osobistych i rodzinnych. Patrząc na to z perspektywy, że to Bóg jest źródłem wszelkiego dobra, jak i wszystkiego, co do dobra prowadzi, można krótko powiedzieć, że brakuje tam Boga i wcale nie trzeba czekać na przyszłe życie, by doświadczyć namiastki piekła. My też nie pojawiliśmy się nagle znikąd gotowi do zawarcia małżeństwa. Mamy swoje historie, ukształtowaliśmy się w konkretnych warunkach, jedne stały się naszymi błogosławieństwami, inne przekleństwami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Zanim zaczęliśmy budować naszą relację, sporo czasu zajęło nam samo dojrzewanie do relacji, czyli inaczej mówiąc wykształcenie w sobie zdolności do wejścia w głęboką relację z drugą osobą. Jeszcze zanim się poznaliśmy, już różne relacje i znajomości wieku młodzieńczego pokazały nam, że umiejętność budowania głębokich relacji międzyosobowych nie jest czymś, co każdy ma „w pakiecie”. Tak też rozumiemy fragment z rozdziału dziewiętnastego Ewangelii według św. Mateusza, w którym Jezus mówi o tym, że można zarówno urodzić się niezdolnym do małżeństwa, jak i można stać się takim przez innych ludzi. W naszym wypadku wielu „mądrości życiowych” przekazanych i wpojonych nam w trakcie dorastania musieliśmy się po prostu oduczyć. Musieliśmy się ich pozbyć, by na nowo móc korzystać z naturalnej prostoty, ufności, otwartości i ciekawości, jaką mają dzieci. Gdy dziecko czuje się bezpieczne, ma niesamowity dar swobody bycia sobą. Chyba w tym jest klucz, by odnaleźć poczucie bezpieczeństwa i nie bać się być autentycznym. Z drugiej strony nie wszystko da się załatwić przez powrót do źródeł. Wielu umiejętności potrzebnych do funkcjonowania w relacjach międzyludzkich musieliśmy się po prostu uczyć. Często od podstaw lub przynajmniej bardzo mocno je „dopieszczać” już poza domem rodzinnym, na bieżąco w ferworze walki. Na szczęście nie wszystkiego uczyliśmy się od zera.

Wizja celu

Inną cenną umiejętnością służącą budowaniu relacji okazało się określanie celu podejmowanych działań. Było to takim pozytywnym skutkiem ubocznym regularnej pracy nad sobą. Szybko odkryliśmy, że potrzebna jest perspektywa trochę dłuższa niż tylko do następnego spotkania, następnego rachunku sumienia lub tym podobne. Przekładając to na nasze kontakty ze sobą zaczęliśmy mierzyć się z pytaniami o to, czego oczekujemy i potrzebujemy w tej relacji. Kolejnym etapem było zastanawianie się, jakie przybrać postawy by te cele osiągnąć, jak organizować czas spędzany razem by nas ubogacał. Odpowiedzi na te pytania wcale nie były dla nas łatwymi do odnalezienia, zwłaszcza że pozytywnych wzorców nie mieliśmy zbyt wielu. Ilość negatywnych wzorców naokoło nie zniechęciła nas, a wręcz stała się dodatkową motywacją by się wzajemnie nie poranić. Rozmawialiśmy nie tylko o tym, czego osobiście boimy się doświadczyć w relacji, ale też jaki negatywny potencjał mamy sami w sobie. Dzięki temu większość z naszych słabości zamiast być naszym utrapieniem, ujrzały światło dzienne i zostały otoczone wspólną troską i wzajemnym wsparciem w przezwyciężaniu ich. Można powiedzieć, że wypracowaliśmy swoistą mapę naszych osobistych, prywatnych i unikalnych pól minowych i grzęzawisk, które co najmniej mocno spowolniły by dotarcie do celu. Poniekąd już napomknęliśmy co tym celem było, mianowicie by nasza relacja była przestrzenią wzajemnego ubogacania się, doskonalenia w miłości oraz dojrzałości. Chcemy podkreślić w tym aspekcie, że podjęliśmy wszystkie te działania wcale nie wykluczając wariantu rozstania się w którymś momencie, a już tym bardziej nie zakładaliśmy na początku że zawrzemy związek małżeński. Można powiedzieć że podjęliśmy bardzo duże ryzyko tak wiele poświęcając i inwestując od samego początku w relację bez pewności jakiejś formy jej konsumpcji. Krótkowzroczność i szaleństwo była wręcz przeważającymi opiniami w naszym otoczeniu, szczególnie w naszych rodzinach. My jednak uważamy, że jest dokładnie na odwrót. Patrzyliśmy i nadal chcemy patrzeć dużo dalej niż horyzont pojęciowy wielu naszych cioć i wujków „dobra rada”. Cel ostateczny naszego życia jest jeden i dobrze znany. Wiemy, że ten który nas umacnia zawieść nie może. Nie ma się co rozdrabniać i zawężać swoje cele tylko do tego świata. Absolutnie warto pozwolić sobie na takie szaleństwo, bo w przeciwnym wypadku jak pisze św Paweł bylibyśmy najbardziej godni pożałowania spośród wszystkich ludzi na ziemi. W takiej perspektywie małżeństwo nie było celem samym w sobie, stało się natomiast kolejnym etapem naszego wzrostu i dojrzewania do sensu naszego życia, czyli wiecznej relacji z Bogiem. Nie było też szczególnie straszne ewentualne rozstanie. Pragnęliśmy pomóc sobie nawzajem rozwijać się i wzrastać, jednak bez oczekiwania, że dobro i piękno które się w drugiej osobie narodzi i rozkwitnie bezwzględnie musi być dla nas. Właśnie ta druga część, konieczność daleko posuniętej rezygnacji z siebie dla innej osoby, była najtrudniejszym i najbardziej karkołomnym elementem naszego dojrzewania. W teorii wszyscy wiemy że więcej radości jest w dawaniu aniżeli w braniu, w praktyce musieliśmy to wielokrotnie odkrywać na nowo. Jasna wizja celu oraz sensu naszego życia i wszelkich podejmowanych aktywności pozwoliły nam głębiej doświadczyć co znaczy być darem dla siebie i drugiego człowieka unikając przy tym wielu pułapek, zbaczania z drogi i niepotrzebnych postojów.