Diakonia

(178 - kwiecień 2011)

Budując diakonię

Agata Jankowiak

Każda diakonia ma ożywiać wspólnoty Ruchu, aby dać światu zastępy świadków głoszących Jezusa i pokazujących, że można żyć Ewangelią na co dzień

Co mamy robić? – to podstawowe pytanie, które staje przed każdym odpowiedzialnym za diakonię Ruchu – czy to w parafii, rejonie, diecezji czy na szczeblu ogólnopolskim. Co mamy robić na spotkaniach, co mamy robić jako diakonia?

Nie można oczekiwać, że na te pytania padnie jedna uniwersalna odpowiedź – poszczególne diakonie mają przecież inne zadania, inne też wyzwania stają na różnych szczeblach diakonii i w różnych miejscach. Bywa jednak tak, że jakaś diakonia boryka się z brakiem jakiejkolwiek odpowiedzi – nie bardzo wie, czym ma się zajmować: ani jakie podejmować zadania, ani co ma być przedmiotem jej spotkań. Zdarzają się również różnice w odpowiedziach na te podstawowe pytania wynikające z rozbieżnych wizji pracy diakonii i ich miejsca w Ruchu.

Spróbujmy więc rozważyć, w jaki sposób można wyznaczać kierunek pracy konkretnej diakonii i wskazać na podstawowe problemy, jakie mogą się tutaj pojawić.

„Pierwszym celem każdej diakonii specjalistycznej jest budzenie zaangażowania wspólnot i członków Ruchu w zadaniu, do którego realizacji została powołana” (Ogólne zasady funkcjonowania centralnych organów DIAKONII, dokument III Kongregacji Diakonii, 2003 r.).

Diakonia ma więc służyć wspólnotom Ruchu, budzić w nich życie i przewodzić im w podejmowaniu posługi wobec Kościoła i świata.

Można w takim razie powiedzieć, że diakonia modlitwy jest nie tylko od modlenia się, diakonia liturgiczna nie tylko od „obsługiwania” zgromadzeń liturgicznych, diakonia ewangelizacji nie tylko od prowadzenia ewangelizacji, diakonia życia nie tylko od bronienia życia itd. Każda z nich ma ożywiać wspólnoty Ruchu w jakiejś dziedzinie, a więc pomagać w kształtowaniu ducha modlitwy, uczyć życia liturgią, mobilizować do ewangelizowania, kształtować właściwe postawy życiowe itd., itp. Po co? – Po to, aby dać światu zastępy świadków głoszących Jezusa i pokazujących, że można żyć Ewangelią na co dzień, którzy będą – no właśnie, służyć innym… Po to, aby służba na rzecz Kościoła i świata nie była zadaniem wyspecjalizowanej grupki, ale całego Ruchu.

W jaki sposób to ożywianie Ruchu ma się dokonywać? W większości przez systematyczną pracę, codzienną obecność w życiu Ruchu i pełnienie posług na jego spotkaniach – przede wszystkim rekolekcjach (dłuższych i krótszych) czy dniach wspólnoty, a więc np. przez głoszenie wykładów, organizowanie rekolekcji czy warsztatów dla osób z Ruchu.

Oczywiście diakonie mobilizują (powinny mobilizować) też członków Ruchu do wielkich działań, czasem (same lub we współpracy) organizują wielkie wydarzenia jak chociażby kongresy ewangelizacyjne, konferencje, sympozja, marsze dla życia… I to też jest bardzo ważne, cenne i potrzebne. Rewelacyjne czasem. Jednak niezbędna jest tu równowaga. Mam czasem wrażenie, że – paradoksalnie – członkowie diakonii chętnie podejmą jakieś wielkie, spektakularne dzieła, a mozolna praca u podstaw wydaje się mało interesująca. Przypomina mi się pytanie będące zmorą moich oazowych początków – „A co parafia ma z tego, że jest w niej oaza?” W domyśle niemalże: „formacja nieistotna – zróbcie jakąś akcję, będzie ok”. Możliwe, że jestem tu trochę niesprawiedliwa, ale czasem naprawdę jest tak, że myślimy kategoriami akcyjności i codzienna, żmudna praca wydaje się mało atrakcyjna. A tymczasem jedno należy czynić, ale i drugiego nie zaniedbywać. Równowaga i właściwe rozeznanie potrzeb to kwestie kluczowe. Owocności i zaangażowania nie mierzymy wyłącznie liczbą przeprowadzonych akcji.

Widzimy więc, czym powinny zajmować się diakonie Ruchu. Tę ogólną wizję trzeba jednak przekuwać w konkret danej diakonii. To będzie oczywiście zależeć od wielu czynników – takich jak kondycja Ruchu na danym terenie, otoczenie w którym się działa, lokalne wyzwania, czy po prostu predyspozycje członków konkretnej diakonii. Ogromnie ważna jest więc odpowiedź na pytanie, co robić na spotkaniach, spotkania diakonii są bowiem miejscem gdzie ten konkret się będzie wykuwał.

Na program spotkań zespołu diakonii składa się modlitwa, dzielenie się słowem Bożym, element formacyjny według programu tzw. formacji permanentnej, sprawozdanie z zadań wykonanych w zakresie właściwej każdemu diakonii oraz ustalanie zadań (ks. F. Blachnicki, Statut carlsberski).

Mamy tutaj jasno ukazany kształt spotkań diakonii. Myślę, że nie muszę nikogo przekonywać, iż każdy element wskazany przez ks. Blachnickiego jest ważny. Rozeznania kierunków pracy konkretnej diakonii dokonuje się przecież nie tylko w dyskusji nad zadaniami, ale – nawet przede wszystkim – na modlitwie i słuchaniu Słowa Bożego. Również formacja ma ogromne znaczenie, kształtuje ona bowiem naszą świadomość, dzięki niej możemy nie tylko podejmować nowe zadania, ale w ogóle je zobaczyć. I właśnie formacją chciałabym się w tym miejscu zająć, z nią bowiem wiąże się najwięcej nieporozumień.

Spotkanie diakonii jest miejscem na formację związaną z posługą danej diakonii. To dość szerokie pojęcie, bowiem w jego zakres wchodzi zarówno zdobywanie wiedzy, jak i umiejętności niezbędnych/przydatnych w posługiwaniu. Będzie to więc poznawanie nauczania Kościoła, poszczególnych dokumentów, czasem bardzo szczegółowo, ale i zdobywanie wiedzy „świeckiej”, filozoficznej czy też czysto naukowej, poznawanie wyników rozmaitych badań itp. Umiejętność potrzebne w posłudze to na przykład sposób budowania wypowiedzi, pracy z grupą (czasem bardzo specyficzną) i w grupie, praca nad klarownością wypowiedzi, umiejętnością nawiązywania kontaktu… Diakonia muzyczna (a może nie tylko?) pewnie będzie też pracować nad emisją głosu i sposobami zachęcania do odważnego śpiewu, diakonia komunikowania społecznego nad kwestiami technicznymi, których ja nawet nie próbuję zrozumieć, ale i na przykład nad umiejętnością przeprowadzaniem ciekawych wywiadów, czy pisania felietonów…

Jak widać pole do pracy czy zagospodarowania jest naprawdę bardzo szerokie. Są jednak rzeczy, których miejsce jest gdzie indziej – nie na spotkaniu diakonii. Każdy człowiek – a więc i ten, który podejmuje jakąś posługę – potrzebuje formacji ogólnej – drogi nieustannego, stałego wzrastania w wierze, pracy nad sobą, ciągłego budowania i pogłębiania osobistej relacji z Jezusem. Sama wiedza z konkretnej dziedziny czy dziedzin to trochę za mało, by rzeczywiście służyć i by służba nie przerodziła się w aktywizm, by nie wypalić się nieustannym dawaniem. Członkowie diakonii potrzebują więc miejsca wzrostu w wierze, kształtowania duchowości. Tym miejscem jest i powinna być mała grupa tzw. formacji permanentnej – grupa najczęściej stanowa (krąg rodzin, grupa kapłańska, grupa dorosłych nieżyjących w małżeństwie) realizująca formację właściwą dla danego stanu i etapu życia.

Można oczywiście pytać dlaczego mają być osobne spotkania, dlaczego tej roli grupy podstawowej czy małej grupy nie może/nie powinna spełniać grupa diakonijna. Otóż w takiej sytuacji niejako mieszają się dwa porządki: formacja chrześcijańska, duchowa i formacja diakonijna ukierunkowana na konkretną posługę, przygotowująca i formująca do niej (przeważnie specyficzna dla każdej z diakonii). Czyli mieszamy zadania małej grupy jako wspólnoty podstawowej i zadania grupy diakonijnej. Bardzo wyraźnie widać to, gdy rzeczywiście, zgodne z zasadami Ruchu, staramy się budować diakonię łączącą osoby z różnych gałęzi Ruchu. Całkowicie inne bowiem są oczekiwania osób, dla których grupa diakonijna jest „ich małą grupą”, czyli podstawowym, jedynym miejscem „bycia w Ruchu”, a inne, kiedy jest to rzeczywiście miejsce posługi (uwaga – nie aktywizmu!) i formacji do posługi, a tym podstawowym „miejscem bycia w Ruchu” jest grupa dorosłych czy krąg rodzin. Zderzenie tych odmiennych oczekiwań może rodzić mnóstwo niepotrzebnych napięć, od dyskusji o częstotliwości spotkań począwszy.

Ponadto, jeżeli grupa diakonijna pełni rolę małej grupy, bardzo trudno (trudniej?) jest zachować otwartość na przychodzenie nowych osób. Po prostu – grupa formacyjna idzie swoją drogą, po pewnym czasie wszyscy są na podobnym etapie rozwoju duchowego, przynajmniej w niektórych dziedzinach. W taką grupę nie jest łatwo wejść nowej osobie. Nie bez powodów kręgi Domowego Kościoła są z założenia stałe, a grupy młodzieżowe formowane są według stopni, które przeżyli uczestnicy. Diakonia natomiast powinna być nieustannie otwarta na nowych członków.

Najważniejszym jednak powodem, dla którego diakonia powinna składać się z osób mających swoje odrębne grupy formacyjne, jest konieczność zachowania żywej więzi z Ruchem. Diakonia, jak już wskazałam, ma przecież ożywiać Ruch. Musi więc wiedzieć, jakie są potrzeby wspólnot i grup Ruchu w diecezji, rejonie czy parafii w zakresie posługi danej diakonii. Z pozoru wydaje się, że nie powinno być tu problemu, a jednak doświadczenie pokazuje, że jeżeli diakonia jest jedyną grupą dla swoich członków, realnie grozi jej wyobcowanie z życia Ruchu. Taka diakonia może wykonywać wspaniałą pracę, ale jedno z jej podstawowych zadań – ożywianie Ruchu Światło-Życie – pozostaje niezrealizowane.

Otwarcie grupy diakonijnej, oczywiste gdy jest ona grupą diakonijną i nie musi pełnić roli wspólnoty podstawowej, zapobiega też innemu niepożądanemu zjawisku, jakim bywa zamknięcie we własnym gronie. No cóż, powiedzmy sobie uczciwie, że niebezpieczeństwo to grozi każdej wspólnocie i nasz Ruch nie jest ani mniej, ani bardziej na nie narażony niż inne grupy. Znamy jednak z historii Ruchu sytuacje, kiedy diakonie (podejmujące cenne i potrzebne dzieła!) poczuły się w swoim gronie tak dobrze, że zaczęły ignorować inne wspólnoty, tworzyć własne struktury, własne rekolekcje formacyjne i tematyczne… Czasem kończyło się na odejściu z Ruchu. To jest bardzo realne zagrożenie. Dlatego m. in. tak istotne jest, by osoby podejmujące diakonie miały swoje grupy formacyjne – aby czuły się najpierw członkami Ruchu, a dopiero potem konkretnej diakonii (i aby na pierwszym miejscu stawiały Pana Jezusa).

Mocne osadzenie grupy diakonijnej w Ruchu ważne jest szczególnie wtedy, gdy podejmuje ona wiele działań i jest widoczna w parafii, mieście. Do takiej grupy garną się ludzie nie tylko ze wspólnot oazowych, bo w sercach budzi się pragnienie wspólnej pracy. Trzeba wówczas umieć jasno pokazać, że diakonia jest owocem formacji i zaprosić do grupy formacyjnej, np. kręgu DK czy grupy dorosłych – z pewnością po etapie ewangelizacji można takie osoby roztropnie włączać w różne posługi (roztropność jest tu słowem kluczowym). Sądzę, że istotny jest tu jeszcze jeden element – troska o Ruch jako całość, na poziomie parafii, diecezji itd., a tym samym troska o Kościół. Uczestnictwo w posłudze diakonijnej nie może być ograniczeniem do jakiejś mniej czy bardziej wąskiej „działki”, nie może wyznaczać wąskiej i wyłącznej specjalizacji. Nie powinno nikogo dziwić, że osoba z diakonii liturgicznej daje na rekolekcjach ewangelizacyjnych świadectwo o swoim nawróceniu, że ktoś z diakonii życia czy diakonii wyzwolenia prowadzi modlitwę na dniu wspólnoty bądź kongresie ewangelizacyjnym, że członek diakonii modlitwy wytłumaczy na czym polega czystość narzeczeńska, że osoba z diakonii komunikowania społecznego jasno i przekonująco wyjaśni sens podjęcia KWC… a wszyscy razem będą troszczyć się o to, by powstawały nowe grupy deuterokatechumenalne, by nie brakowało animatorów na oazach letnich i by ruch w parafii, rejonie czy diecezji ewangelizował, by rzeczywiście był wspólnotą Żywego Kościoła.