Ojcostwo

(190 - styczeń - luty 2013)

Być ojcem

świadectwa

Każdy może zostać ojcem, ale tylko ktoś wyjątkowy zostaje Tatą

 

Powołanie

Bycie ojcem to moje powołanie, budowanie relacji z każdym z czwórki moich dzieci, to jedna z głównych treści mojego życia. Jeśli mam być precyzyjny – trzecia co do ważności; po zawierzeniu Chrystusowi i więzi z Anią – moją żoną. Kocham dzieci, moje życie jest  podporządkowane ich potrzebom, fizycznym, emocjonalnym i duchowym. Modlę się w ich intencji.

Nie zmienia to jednak faktu, że jednocześnie dotkliwie odczuwam jak bardzo niedomagam w roli ojca. Wiele o moich synach i córkach myślę, planuję wspólne działania, ale chlebem powszednim jest dla mnie to, że częściej coś im wypominam, karcę zamiast doceniać, nie mam dla nich czasu, a ten który mam nie zawsze potrafię wykorzystać. Przez pośpiech i uleganie zmęczeniu niweczę wiele dobrych sposobności do bycia z nimi. Mimo wysiłków często mam poczucie że przegrywam, że moje zabiegi wychowawcze trafiają w próżnię.

Z drugiej strony widzę że każde z nich dojrzewa, nabiera mądrości, rozwija się duchowo. Stosownie do swego wieku radzą sobie ze sprawami, które stawia przed nimi życie. Muszę wciąż na nowo uświadamiać sobie, że przeceniam moje możliwości, że dla mnie - ojca głównym zadaniem jest zaufać temu Ojcu, który jest w niebie. To On prowadzi mnie i moją rodzinę, a wszystko co dobre w moich dzieciach i w moim ojcostwie to Jego dzieło.   

Andrzej

 

Na całe życie

Usiłuję sobie przypomnieć, co czułem tego dnia, kiedy dowiedziałem się, że zostałem ojcem. 

Niełatwe zadanie – to miało miejsce ponad cztery lata temu, dla mojej pamięci to wieczność. Ale tak: na pewno pierwsza była radość, za radością zaraz troska: o to rozwijające się życie, oczywista rzecz – o zdrowie dziecka i mamy. Sporo się wtedy nasłuchałem wokół – w pracy, wśród znajomych: „No, stary – wielka rzecz, olbrzymia odpowiedzialność – nie przeraża cię to? Ja bym się nie odważył, może później”. Nie. Zdecydowanie nigdy mnie to nie przerażało. Zawsze miałem przeświadczenie, że „bycie tatą” jest czymś tak samo naturalnym jak to, że jestem, że oddycham, że jem. Minęły miesiące, urodziła się Marta, minęły lata, urodziła się Dominika, i… nic się nie zmieniło. Nie stałem się nagle jakiś inny, nie zmieniło się moje nastawienie – „bycie tatą” to wspaniała przygoda na całe życie, a niepokój i troskę związane z powierzonymi dziećmi można łatwo przekuć w konkretne gesty miłości. Oczywiście nie jest tak, że zawsze jest słodko, ślicznie i cudownie. Wtedy lubię wracać myśli, którą kiedyś przeczytałem w książce Daniela Ange'a, że to życie, które rozwija się w naszej rodzinie zostało dane przez Ojca już na zawsze. Na zawsze – niezależnie od tego jaka będzie jego przyszłość tu na ziemi – tam w Królestwie będzie trwać.

Mam tylko jedno „ale”. Obserwuję, że czasu jakby mniej. To wymaga kolejnych wyrzeczeń. Ale jak patrzę na życie rodziców, którzy już „odchowali” swoje dzieci – widzę, że i to po jakimś czasie wraca. Tylko czemu tak długo na to trzeba czekać?!  :-)  

Bartłomiej

 

Dar od Boga

Świadectwo powinno być pozytywne i budujące. Ja, ojciec, aby być wiarygodnym muszę przytoczyć kilka negatywnych aspektów mojego ojcostwa. Jakiś czas temu, ktoś zapytał mnie kiedy dojrzałem by być tatą. Odpowiedziałem ,że nie wiem czy już do tego dojrzałem (chociaż posiadam troje dzieci). Nierzadko rodzicielstwo mnie przerasta (zwłaszcza gdy wychowuje się jednocześnie zbuntowanego nastolatka i przedszkolaka – też zbuntowanego). Nieraz w domowym kieracie nie słyszę własnych myśli. Dziecko potrafi doprowadzić do takiej furii, że chciałoby się Nim porządnie wstrząsnąć. Brak cierpliwości i zmęczenie powodują, że czasami mogę na nie tak nakrzyczeć, że boję się czy sąsiedzi nie doniosą na mnie do Trybunału Obrony Praw Dziecka. Jest niepokój i nieprzespane noce, gdy są chore. Jest troska jakimi będą ludźmi, gdy dorosną. Jest tęsknota, gdy są poza domem.

To tyle narzekania i samokrytyki. Bycie ojcem dla mnie to przede wszystkim ogromna radość, za sprawą Boga Ojca – ponieważ, to On obdarzył mnie potomstwem (o kolejne dzieci prosiłem Go 11 lat, a potem doświadczał mnie lękiem o ich życie w okresie płodowym i podczas porodu), dlatego imiona wszystkich moich dzieci tłumaczy się: „Dar od Boga”. Razem z żoną podjęliśmy decyzję, że po urodzeniu dzieci ona będzie na urlopie wychowawczym, tym samym na mnie spadł obowiązek zapewnienia bytu rodzinie. Było to trudne (tym bardziej że jestem pracownikiem sfery budżetowej), ale nie niewykonalne. Myślę, że ten obowiązek, wbrew pozorom, chyba nie jest najtrudniejszy.

Gdy mój najstarszy syn miał kilka miesięcy, ktoś zapytał mnie, kim chciałbym żeby został gdy dorośnie. Bez wahania odpowiedziałem: „Dobrym Człowiekiem”. Staram się uczyć dzieci miłości do Boga i Ojczyzny (może to patetyczne, ale ja tak to szczerze czuję) oraz szacunku do drugiego człowieka. Zawszę mówię im prawdę. Gdy zadają mi pytanie, na które nie znam odpowiedzi, mówię: „Nie wiem”. Nie składam nieprzemyślanych obietnic. Codziennie modlę się w ich intencji, błogosławię je przed snem, często mówię ,że je kocham.

Oczywiście bezcenne są doznania patrząc, jak wzrastają, pokonują poszczególne etapy swojego rozwoju, doskonalą swoje umiejętności (te wielkie i te małe). Miłe jest je przytulać i usłyszeć: „Kocham cię tatusiu”.

Z rzeczy bardziej przyziemnych – fajnie jest kulać się z nimi na dywanie, budować z klocków, czytać i rysować (to z tymi małymi), pograć w piłkę, jeździć na łyżwach, chodzić na koncerty rockowe i do kina, a potem rozmawiać na temat obejrzanego filmu, a także służyć razem przy ołtarzu podczas Eucharystii.

Ufam Panu Bogu, że będzie obdarowywał mnie potrzebnymi łaskami, bym swoje powołanie do ojcostwa realizował jak najdoskonalej. Moim pragnieniem jest, by moje dzieci, gdy dorosną i będą może miały swoje dzieci, mogły powiedzieć że z domu wyniosły miłość.

Krzysztof

P.S. Pisząc „moje” dzieci oczywiście mam na myśli „nasze” – Boga i żony i dla świata.

 

Być obecnym

Być ojcem oznacza dla mnie przede wszystkim być obecnym. Być obecnym w życiu moich dzieci.

To zaczęło się od pierwszych kąpieli i troski o niemowlaków, przynoszenia w nocy do karmienia i przychodzenia, gdy wołali. Najbardziej dumny byłem z tego, że mój syn, gdy budził się w nocy, nie wołał „Mama”, tylko „Tata”. Bo tata był tym, który do niego przychodził.

Potem było czytanie bajek na dobranoc. Moja starsza córka kiedyś stwierdziła, iż było tak, że mama bajki opowiadała, a tata czytał.

I była obecność w tym co trudniejsze – w sytuacjach choroby, szpitala. Nie uznawałem sytuacji, w której tylko mama udaje się z dziećmi do lekarza, a w szpitalu służba zdrowia rozmawia wyłącznie z matkami uważając, że ojciec i tak się nie orientuje.

Starałem się zawsze być dostępnym dla moich dzieci. Pomagać im – jeśli o to prosiły – w odrabianiu lekcji, przepytywać ich przed sprawdzianami.

Wspólnie staraliśmy się spędzać również czas wolny – czy wyjeżdżając w niedzielę na spacery do lasu, idąc do kina czy wędrując po górach w wakacje. Ojciec był tym, który na równi z mamą wymyślał propozycje wypraw czy wyjść, starał się niekiedy godzić sprzeczne pomysły.

Dziś moje dzieci wchodzą w dorosłość. Moja obecność w ich życiu stopniowo się zmienia. W coraz mniejszym stopniu jest potrzebna pomoc w lekcjach, nie wszyscy zawsze wolny czas spędzają z rodziną.

Bycie ojcem to cały czas bycie obecnym ale oczywiście w inny sposób niż w ich dzieciństwie. To życzliwe interesowanie się ich sprawami, gotowość do wszelkiej pomocy, do rady, jeśli o nią poproszą. Bardzo chciałbym, by moje dzieci miały świadomość, że zawsze mogą na mnie liczyć, by czuły że mają we mnie oparcie.

Bycie ojcem to zgoda na samodzielność moich dzieci, to radość z ich samodzielności. Bardzo cieszą mnie wszelkie inicjatywy moich dzieci, ich pomysły. Cieszy mnie to, że nie trzymają się kurczowo rodziców, ale same świadomie budują swoje życie.

I oczywiście bycie ojcem to codzienna modlitwa. Modlitwa nie tylko ogólnie za każde z dzieci, ale bardzo konkretnie w ich potrzebach. Muszę być naprawdę obecny w życiu moich dzieci, bym mógł konkretnie pokazywać Bogu to, czego potrzebują. A drugim nurtem mojej modlitwy jest dziękczynienie. Dziękuję Bogu za dar szczęśliwego rodzicielstwa, za wszystkie ich sukcesy, wszelkie dobro, jakie się w ich życiu dzieje.

Krzysztof

 

Błogosławieństwo

Było niedzielne przedpołudnie, kiedy wraz z moją późniejszą narzeczoną, pojawiłem się na drugim lub trzecim ze spotkań kursu przedmałżeńskiego odbywającego się w kaplicy „U Pana Boga za piecem” w klasztorze Ojców Dominikanów w Poznaniu. Nie bez znaczenia było to, że spotkania te odbywały się zaraz po Mszy Świętej dla rodziców z dziećmi. Tego dnia słuchaliśmy pana Jacka Pulikowskiego. Jedno ze sztandarowych jego pytań, kierowanych do narzeczonych przy tego rodzaju okazjach, to pytanie o to, ile dzieci chcieliby mieć, kiedy się już założą rodzinę. Pamiętam, że zgodnie powiedzieliśmy wtedy – „cztery”. Myślę, że to właśnie wtedy zaczęło się moje świadome ojcostwo.

Biorąc udział w tym kursie nie mieliśmy wyznaczonej daty ślubu, do którego doszło z resztą dopiero po kilku latach, ale pewni byliśmy już wtedy, że razem chcemy stworzyć rodzinę. Kurs ten powtórzyliśmy jeszcze raz przed ślubem (tak nam się na nim podobało), a podczas wielu naszych narzeczeńskich spacerów razem modliliśmy się o – i za nasze przyszłe dzieci.

W czerwcu tego roku obchodziliśmy dziesiątą rocznicę naszego ślubu. Jesteśmy rodzicami dziewięcioletniego Jakuba, siedmioletniej Zuzanny i czteroletniego Franciszka, a czwarte (w kolejności trzecie) nasze Maleństwo, Bóg powołał do Siebie jeszcze przed jego urodzeniem. Nadal nie mówimy „nie”, choć nasz „plan rodzicielski” Bóg dał nam wykonać już w 100 procentach.

Dla mnie ojcostwo to przede wszystkim odpowiedzialność, ale w przeciwieństwie do wielu innych odpowiedzialności, jakie spoczywają na moich barkach, tej nie boję się nosić. To dlatego, że czuję przy tym wielką Bożą pomoc i obecność Boga w moim życiu przez to, że są obok mnie moje dzieci.

Przeżywałem (i dotąd przeżywam) bardzo wiele chwil lęku o to, czy zachowam swoje zatrudnienie, czy będę miał za co utrzymać rodzinę, czy spłacę kredyty i czy będziemy mieli gdzie mieszkać i wtedy zostając po godzinach w pracy ta odpowiedzialność staje się dla mnie wielkim ciężarem, ale gdy wracam do domu i słyszę od wejścia entuzjastyczne wołanie: „tatuś wrócił”, połączone ze zmasowanym atakiem na korytarz całej mojej Trójki, jestem szczęśliwy.

Moja Żona, zgodnie z resztą z naukami J. Pulikowskiego, nigdy nie wyłączała mnie z najmniejszych nawet obowiązków pielęgnacyjnych i opiekuńczych przy naszych Maluchach. Jestem jej bardzo wdzięczny za to, że to ja mogłem je kąpać, gdy miały po kilka dni, zawijać ich beciki, zmieniać im pieluszki w najmniejszym z rozmiarów, pielęgnować malutkie pępki, sprawdzać temperaturę mleka w butelce i usmarowywać się kaszką przy ich karmieniu. Jestem wdzięczny Mojej Żonie też za to, że nie tylko Ona wstawała z łóżka, gdy nasze dzieci budziły się po 12 razy w nocy. Dziękuję Jej również za to, że pewnie pomimo wielu obaw o to, czy sobie poradzę, pozwalała mi zostawać na dłużej w domu sam na sam z całą naszą trójką. Wiem, jak to jest i choć nie było łatwo (oj, nie !!!), to nie oddałbym tych chwil za żadne skarby świata, bo moje ojcostwo to także wielkie ogosławieństwo – przez nie, uczę się dzielić sobą, wręcz zapominać o sobie, kiedy np. zasypiam wyczerpany wraz z dziećmi po przeczytaniu im bajki na dobranoc i udzieleniu wielu odpowiedzi na filozoficzne pytania zadawane przez tulące się już do poduszek moje Maluchy.

Wiele razy doświadczyłem tego, że choć to niby ja mam je prowadzić, to One przywracają mnie na właściwą drogę. Często dzieje się tak podczas naszej rodzinnej modlitwy, kiedy w ich bezpośredniej i szczerej relacji z Bogiem – ich wydawałoby się śmiesznych wezwaniach modlitwy spontanicznej, doświadczam Bożego napomnienia – nie komplikuj spraw, myśl jak one – prosto, stań w prawdzie…

 Kiedy po tegorocznych rekolekcjach II stopnia w Tenczynie, pozostaliśmy jeszcze na kilka dni w domu rekolekcyjnym sami z naszymi dziećmi, chcąc już turystycznie tylko spędzić czas w okolicy, postanowiliśmy „zrekompensować” naszym pociechom (które przeżyły równolegle swoje rekolekcje Dzieci Bożych) ten wymagający czas wypełniony licznymi zajęciami, sądząc, że w wakacje muszą mieć przede wszystkim więcej atrakcji – w znaczeniu zabaw, gadżetów i innych tym podobnych szaleństw. Pojechaliśmy więc z nimi na cały dzień do parku ruchomych dinozaurów. Zabawa i szaleństwo rzeczywiście były, ale gdy wieczorem poszliśmy razem na modlitwę do kaplicy domu rekolekcyjnego, nasze dzieci w swych modlitwach (zwykle szczegółowo podsumowujących wszystkie wydarzenia dnia) nawet nie wspomniały o wesołym miasteczku – zupełnie bez naszej podpowiedzi, czy zachęty podziękowały Bogu, za to, że mogły być w Teczynie na rekolekcjach – blisko Niego. Kilka chwil później ja sam przeżyłem w tej kaplicy chyba najgłębsze spotkanie z Moim Panem na modlitwie.

Często, jako ojcu, przypominają mi się fragmenty z Księgi Wyjścia mówiące o przebiegu wieczerzy paschalnej, kiedy to najmłodszy z domowników ma pytać o historię wybawienia Izraela z niewoli Egipskiej. Moje dzieci, zwłaszcza podczas jazdy samochodem, zadają setki pytań. Staram się żadnego nie lekceważyć i nie zbywać ich – wiem, że to właśnie czas, gdy mogę im mówić o Bogu i Bogu jestem wdzięczny, za to, że jak na razie, one wciąż pytają i wciąż uważnie słuchają tego, co im mówię.

Dwa lata temu usłyszałem na rekolekcjach I stopnia w Mrzeżynie, że dzieci to nie nasza własność – mamy je tylko w dzierżawie. Wciąż modlę się o to, żebym moim dzieciom przekazał właściwy obraz Boga – a może raczej, żebym im tego obrazu nie zniekształcił. Temat naszych dzieci pojawia się chyba najczęściej podczas dialogu małżeńskiego z moją żoną. One zdecydowanie są dla nas, poza oczywiście naszą najważniejszą – małżeńską relacją, najlepszymi Sposobami szukania drogi do Nieba. Choć absolutnie bezcenne są dla mnie chwile, kiedy ktoś przejmuje od nas choćby na trochę opiekę nad naszymi dziećmi, to jednocześnie już po krótkim czasie myślami podążam za nimi i tęsknię, chyba nawet szybciej niż one.

Boże, dziękuję Ci za każde z moich dzieci.

Tomasz

 

Konkret

Co dla mnie znaczy być ojcem ?

Po pierwsze „być” – bez tego nie ma dalszego ciągu J

Konkret: nie podejmuję dodatkowej pracy, po godzinach.

Po drugie „mieć bliską relację z Bogiem” – modlitwa i lektura słowa Bożego nadają właściwą perspektywę mojemu ojcowskiemu powołaniu.

Konkret: codzienny Namiot Spotkania + roczna rozpiska czytania Biblii.

Po trzecie „być dobrym mężem” – jest to priorytetowy kierunek wychowania moich dzieci.

Konkret: cotygodniowa randka małżeńska.

Po czwarte „być sobą” – mój autentyzm i konsekwencja dają poczucie bezpieczeństwa pozostałym domownikom.

Konkret: nie udaję kogoś kim nie jestem, pracuję nad swoimi wadami.

Po piąte „bardziej czyny, mniej słowa” – typowe dla mężczyzny – patrz pkt czwarty.

Konkret: co tu dużo gadać J

Po szóste - pociągający przykład – „dzieci są jak makaron – trzeba go ciągnąć, a nie pchać”.

Konkret: modlitwa rodzinna, wspólne gry sportowe i planszowe, korzystanie z mediów.

Po siódme – „tracić” czas dla każdego z dzieci z osobna.

Konkret: wyjścia na Mszę Św. w tygodniu, tankowanie samochodu, myjnia bezdotykowa, oglądanie bajek, czytanie książek itp.

Waldek

 

Na wzór Chrystusa Sługi

Moje ojcostwo? Jak je przeżywam? Co dla mnie oznacza?

Ta historia rozpoczyna się dawno – wtedy, gdy narodziło się moje „synostwo”. Dziecko potrafi pilnie obserwować i rejestruje, przetwarza wszystko, co się wokół niego dzieje – nawet, gdy wydaje się, że jest bardzo zajęte swoim małym światem. Nie byłem inny – postać ojca, który był dla mnie nieco odległy, niedostępny (albo pracował, albo odpoczywał – spał) ukształtowała , choć w przewrotny sposób i moje ojcostwo. Chciałem, by własne dzieci postrzegały mnie inaczej.

Stąd też przygotowując się do roli męża, podczas nauki na Studium Rodziny przy Papieskim Wydziale Teologicznym w pracy dyplomowej podjąłem temat związany z miejscem mężczyzny w procesie wychowawczym. Owe teoretyczne przedbiegi ukształtowały mnie bardziej niż, być może chciałbym się do tego przyznać. Przeglądając to, co wówczas (minęło ponad 20 lat), nie mając żadnych doświadczeń napisałem obecnie niejednokrotnie odnajduję w sytuacjach, które przeżywałem bądź nadal przeżywam.

Pamiętając własne dzieciństwo przede wszystkim staram się być zawsze dostępny dla „pociech” powierzonych mi przez Pana. Niejednokrotnie wiele mnie to kosztuje – trzeba czasem przełamać zmęczenie, przerwać ważną pracę, odpuścić sobie wyczekany odpoczynek. Trudno jest też w taki sposób okazywać swą gotowość, by jednocześnie nauczyć dzieci, że mogą istnieć sprawy, czy sytuacje, w których muszą ustąpić, zaczekać na swoją kolej.

Jednak najbardziej obciążająca jest świadomość, że jestem pod ciągłą (bardzo krytyczną) obserwacją i to, w jaki sposób postąpię, czy zareaguję kształtuje moich „obserwatorów”.

Wzorcem, z którego staram się czerpać siły i inspiracje jest dla mnie Chrystus Sługa, który będąc Nauczycielem jest jednocześnie Sługą – umywa uczniom nogi i wychowuje ich do tego samego, do stawania się sługami w miłości.

Cieszę się, że mam tak wspaniałe dzieci, właściwie to już bardziej stojący u progu dorosłości ludzie. Teraz, gdy potrafią nazywać swoje uczucia, pragnienia i oczekiwania są dla mnie zwierciadłem, w którym mogę dostrzec kim naprawdę jestem. Wiele wysiłku wkładają w to, by mnie wychować, ukształtować i „ulepszyć”. Gdy o mnie mówią – pilnie słucham i pomaga mi to poznać lepiej samego siebie.

Kiedyś córka podarowała mi karteczkę wyrwaną z notesu, na której napisała: „Każdy może zostać ojcem, ale tylko ktoś wyjątkowy zostaje Tatą”. Teraz, każdego dnia zerkam na to krótkie zdanie i jest ono dla mnie zarówno drogowskazem jak i pociechą, że chyba jednak nie zmarnowałem tego wspaniałego czasu, tego niezwykłego daru jakim jest ojcostwo.

Wojtek