Rozeznanie

(215 - kwiecień - maj 2017)

z cyklu "Szkoła modlitwy"

Czas dla Boga

s. Rita od Chrystusa Sługi WNO

Czy modlitwa nie jest ucieczką przed rzeczywistością?

Kto się modli, nie ucieka przed rzeczywistością, ale o wiele lepiej dostrzega złożoność realiów. Od samego wszechmogącego Boga otrzymuje moc, by stawić czoło rzeczywistości. 

Modlenie się jest jak czerpanie ze źródła energii potrzebnej, by wyruszyć w długą podróż i móc sprostać najśmielszym wyzwaniom. Modlitwa nie alienuje od rzeczywistości, lecz głębiej w nią wprowadza. Nie okrada z czasu, lecz podwaja pozostały czas, napełnia go wewnętrznym sensem [Youcat 509].

***

Być może znana jest nam taka historyjka: kilkuletni chłopiec próbuje ściągnąć z szafy ulubiony samochód. Próbuje różnych sposobów: sięga parasolem taty, wchodzi na małe plastikowe krzesełko, ale okazuje się ono za małe; sprawdza, czy nie da się trafić klockami Lego, żeby samochodzik sam spadł; wchodzi na fotel i stamtąd znów używa parasola… wszystko na nic. Z sąsiedniego pokoju od któregoś momentu obserwuje go tata. Po dłuższym czasie chłopiec rozżalony wpada do pokoju i woła: „Tato, nie da się! Próbowałem wszystkiego!”. „Nieprawda, synku – mówi tata – jeszcze nie prosiłeś mnie o pomoc”.

Ta historia dobrze pokazuje, dlaczego modlitwa „wydłuża czas” lub „podwaja pozostały czas”, jak mówi Youcat. Wiele naszych życiowych spraw ciągnie się długo i nie znajduje rozwiązania, ponieważ uparcie próbujemy znaleźć je sami. Łatwo nam ulec temu złudzeniu, że Bóg ocenia nas jak surowy nauczyciel: masz sobie poradzić z problemem i pokazać Mu rozwiązanie, On tylko wstawi ocenę. Ale Bóg jest Ojcem! On pragnie nam pomóc, i to w sposób, który nie pozbawia nas ani wolności, ani własnej inicjatywy. On jest  Tym, który zna rozwiązanie i dysponuje mocą zdolną uczynić je faktem, jeśli tylko zechcemy życie prowadzić z Nim razem – czyli jeśli zdecydujemy się zaprosić Go w swoją przestrzeń i czas nie jako chwilowego gościa, i również nie jako inspektora nadzoru, ale jako Ojca, jako Domownika i Przyjaciela.

Księga Psalmów tę prawdę wyraża jasno – i od wielu wieków mówi nam o tym:

Jeżeli Pan domu nie zbuduje, 

na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą. 

Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże, strażnik czuwa daremnie.

Daremnym jest dla was wstawać przed świtem, 

wysiadywać do późna w nocy,

– dla was, którzy jecie chleb zapracowany ciężko; 

A Pan tyle daje i we śnie tym, których miłuje.

(Ps 127,1-2)

Te słowa nie mówią o ucieczce od rzeczywistości, wręcz przeciwnie: pokazują ludzi, którzy się trudzą, strzegą powierzonego im dobra, pracują na chleb. Nie jest to też zachęta do lenistwa, ani to tego, by modlitwą zastąpić wszystko i nie pracować – to jest wezwanie by nie pracować samemu, ale z Bogiem! Samowystarczalność wyklucza Boga z naszego życia, bo nie zostawia Mu miejsca. Praca otwarta na modlitwę czyni z nas współpracowników Boga w Jego dziele zbawienia świata. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy zajmujemy się pracą pozornie nie mającą nic wspólnego z wartościami duchowymi, bo wartość nadaje jej właśnie otwarcie na obecność Boga, czyli intencja. 

A kiedy czas przeznaczony na pracę się skończy i zaczyna się czas na odpoczynek, w którym jest także czas dla rodziny i czas na modlitwę, Słowo podpowiada nam, by nie pracować ponad miarę, nawet, gdy robota wydaje się daleka od zakończenia – ale by resztę zostawić Bogu. Jego wolą jest nasza praca, ale nie nasz pracoholizm. Pracując naśladujemy Boga, który stwarzał świat, ale zapatrzeni mamy być w Boga, a nie w pracę. A Bóg siódmego dnia odpoczął. Wtedy, gdy my podejmujemy odpoczynek, On wypełnia nasze dzieła sensem, a nasze serca – Sobą samym. Można powiedzieć, patrząc ekonomicznie: „czysty zysk”. 

W ten sposób zaczynamy widzieć, że modlitwa i oddanie Bogu właściwego czasu, chroni nas zarówno od pracoholizmu i  przesadnego aktywizmu jak i od lenistwa i alienacji. Pracoholizm i alienacja są próbami ucieczki od rzeczywistości, której ktoś nie może unieść. Tymczasem modlitwa wymaga i mobilizuje do tego, aby się zatrzymać, potem uzdalnia do tego, by stanąć z rzeczywistością „oko w oko” i podjąć jej wyzwania, a następnie daje odkryć w Słowie Boga światło i siły do przemieniania jej na lepsze,  wokół siebie i wewnątrz siebie. 

Ważne jest, byśmy mieli w świadomości ten fakt: modlitwa nie działa jako pewna praktyka, rytuał czy zabieg. Modlitwa nas przemienia, bo spotykamy się w niej z przemieniającą Osobą. Jeśli z modlitwą na ustach jestem w stanie stawić czoła rzeczywistości trudnej i przerastającej siły, to nie dlatego, że praktykuję jakieś np. ćwiczenia umysłu, lecz dlatego, że trzymam za rękę Ojca lub (jeśli ten obraz będzie komuś z nas bliższy) że mam Jego wspierającą Obecność za plecami. 

Jak bardzo świadomość Obecności Boga miłującego leczy nasz niepokój, nerwowy pospiech, pełne napięcia zabieganie! Jak często warto przypominać sobie, że nie jesteśmy sami, że Komuś na nas naprawdę zależy, że – nawet będąc dorosłymi i odpowiedzialnymi rodzicami, pracownikami itp. – nie musimy ze wszystkim poradzić sobie sami, bo mamy Ojca! Ile razy Bóg mógłby nam powiedzieć z cierpliwym i kochającym uśmiechem: „Zmęczyłeś się? Nie, jeszcze nie próbowałeś wszystkiego. Jeszcze nie próbowałeś prosić mnie o pomoc!”