Idźcie i głoście

(152 - lipiec - sierpień 2007)

Czas (świadectwo)

Bartek

Efekty tych rekolekcji były marne, a właściwie żadne. Można było dojść do wniosku, że zrobiliśmy coś nie tak, może nie da się zrobić dobrej ewangelizacji w 15 osób, może nie te tematy, nie ten język

Organizując ewangelizację w jakiejś parafii pragniemy, aby głoszone Słowo dotarło do zgromadzonych ludzi, by były tak zwane „efekty”. Chyba nie jest to tak do końca zła postawa, bo zakłada wiarę w to co robimy. Tak samo było w naszym przypadku.

Nasza wspólnota licząca w sumie kilka osób organizowała w jednej z parafii w Poznaniu rekolekcje ewangelizacyjne dla młodzieży. Wybraliśmy parafię, w której nie spotykały się żadne (nie tylko oazowe) grupy młodzieżowe. Od pomysłu do jego realizacji modliliśmy się - najpierw o przychylność księdza proboszcza, później o dobre przygotowanie rekolekcji. Modliliśmy się również poprzez wszystkie trzy dni, w czasie których trwały spotkania ewangelizacyjne.

Staraliśmy się przygotować rekolekcje w taki sposób, aby jak najlepiej dotrzeć do młodych. Poszukaliśmy księdza, który dobrze głosi rekolekcje, a jednocześnie ma dobry kontakt z młodzieżą. Razem z nim ustaliliśmy ogólny zarys ewangelizacji, a potem każdy zajął się już konkretnie tym za co był odpowiedzialny. Jedna osoba zajęła się koordynacją całości zadań (kon-takty z proboszczem, kościelnym, załatwianie salek, kluczy, itd.) Dwoje animatorów zostało poproszonych o danie świadectwa w czasie rekolekcji, dwójka innych przygotowywała rekolekcje pod kątem plastycznym, czyli robili różne „gadżety”, które kapłanowi były potrzebne w czasie tych trzech dni. Trzy osoby zajęły się oprawą muzyczną spotkań (ponieważ było nas niewielu, oprawa muzyczna wiązała się również dla tych osób z przygotowaniem śpiewników itp.).

 Troje z nas nastawiało się na to, że może potem prowadzić małe grupy. Wszyscy modliliśmy w intencji tych rekolekcji. A w czasie ich trwania stawiliśmy się na nich (w myśl naszej niepisanej zasady) prawie w stu procentach, by trwać tam we wspólnocie.

No i niby wszystko odbyło się tak „jak powinno być”. Na koniec uczestnicy zostali zaproszeni do kontynuowania spotkań w małych grupach. I... właśnie: na spotkanie nie przyszedł nikt.

Jakby popatrzeć tak po ludzku, to efekty tych rekolekcji były marne, a właściwie żadne. Można było dojść do wniosku, że zrobiliśmy coś nie tak, może nie da się zrobić dobrej ewangelizacji w 15 osób, może nie te tematy, nie ten język? Można było też sobie zacytować Mt 10,14: Gdyby was gdzie nie chciano przyjąć i nie chciano słuchać słów waszych, wychodząc z takiego domu albo miasta, strząśnijcie proch z nóg waszych! i stwierdzić, że w tej parafii i do tych ludzi nie warto. Ale przecież to nie o nas, o nasze odczucie porażki w tym wszystkim chodzi.

Ponieważ nie wiedzieliśmy, czy ci ludzie nie chcieli przyjąć Jezusa, czy to po prostu nie był to ten czas - spróbowaliśmy rok później znowu. I cały proces przebiegał praktycznie identycznie: modlitwa, ksiądz, ewangelizacja, świadectwa, propozycje formowania się w grupach. Właściwie jak patrzymy na tamte rekolekcje z perspektywy czasu, to uczestniczyli w nich w zasadzie ci sami ludzie, ponieważ znaczną część stanowiła grupa gimnazjalistów przygotowujących się do bierzmowania (a u nas w diecezji okres ten trwa trzy lata).

Owocem jednak tych rekolekcji była ośmioosobowa grupa. Część osób z tej grupy ukończyło całą formację młodzieżową i teraz jest animatorami. Jeden z uczestników powiedział kiedyś, że uczestniczył w jednych i drugich rekolekcjach, ale po pierwszych nie przyszedł, bo nie był przekonany. Dla nas wniosek jest prosty. Pan sam wybiera czas! Nam pozostaje zawsze z taką samą siłą, wiarą i ufnością głosić innym Jego Słowo - choć nawet czasami wydaje się nam, że to nie ma już sensu.