Miłosierdzie

(192 - kwiecień 2013)

Czternaście nakazów

ks. Krzysztof Mierzejewski

Wolimy nakarmić sumienie wrzuceniem paru złotówek do eleganckiej puszki charytatywnej organizacji, nie kryjąc odrazy, czy politowania, jakie budzi w nas potrzebujący, często pijany i niedomyty człowiek

Wydawać by się mogło, że pisanie o uczynkach miłosierdzia z góry skazane jest na niepowodzenie. Przecież te czternaście sformułowań poznawaliśmy w dzieciństwie, żadne z nich od dawien dawna nie wzbudziło najmniejszej kontrowersji, nikt przy zdrowych zmysłach nie postanowił sprzeciwić się treści tego katechizmowego passusu. Raczej wszyscy przyjmują uczynki miłosierdzia jako swoistą oczywistość, tak prostą, że aż przestarzałą. Uznano – przedwcześnie – że uczynki miłosierdzia tak weszły w krew współczesnych chrześcijan, że w ogóle nie warto o nich mówić, czy pisać. Do milczenia na temat uczynków miłosierdzia przyczyniło się także kaznodziejstwo, które koncentrując się wyłącznie na liturgii słowa w dużym stopniu odeszło od przytaczania katechizmowych treści. Czy zatem warto dzisiaj wracać do tych mało estetycznych, nacechowanych dużą ilością bezokoliczników sformułowań?

Nie czas i nie miejsce na szczegółowe omawianie każdego z czternastu uczynków miłosierdzia. Warto zobaczyć pewną ich cechę wspólną: każdy z nich zawiera w sobie wezwanie do ofiary. Do dania czegoś z siebie drugiemu. Czasami nawet wbrew temu, co ta druga osoba myśli, czego chce. Szczególnie jaskrawo widać to w przypadku uczynków miłosierdzia względem duszy – o czym za chwilę. 

Nakaz, jakim są uczynki miłosierdzia wbija się wyrzutem w nasze ugrzecznione, uśpione sumienia. Przyzwyczailiśmy się z jednej strony do kapitalistycznej konsumpcji, która zajęta kontemplacją własnego egoizmu zapomina o innych mówiąc: „To nie moja sprawa”. Z drugiej zaś strony – wolimy nakarmić sumienie wrzuceniem paru złotówek do eleganckiej puszki charytatywnej organizacji, nie kryjąc odrazy, czy politowania, jakie budzi w nas potrzebujący, często pijany i niedomyty człowiek. 

Owszem, czasy się zmieniły. Inaczej wygląda dzisiejsza dobroczynność. Absolutnie nie jest moją intencją deprecjonowanie działalności organizacji dobroczynnych. Sam wolę wesprzeć jedną z nich niż dać jakiś grosz do ręki człowiekowi, który o niego prosi. Tłumaczę się przy tym, że nie wiem, co ten człowiek zrobi z moimi pieniędzmi. Czy zamiast na obiecaną bułkę czy rzekomo konieczny kolejowy bilet nie przeznaczy ich na alkohol? Jeden z wielkich profesorów przemyskiego seminarium, śp. ks. Stanisław Potocki mawiał: „Nie chwal się jegomościu, żeś nigdy nie dał się oszukać potrzebującemu. Bo i nie ma się czym chwalić”. Rzeczywiście, na jego pogrzebie, oprócz księży, kleryków i zakonnic było wielu kloszardów. Pewnie wiele razy oszukali Profesora, potrafili jednak przynajmniej przez swoją obecność na pogrzebie odwdzięczyć się dobroczyńcy.

Wiele światła na ten problem rzucił serial „Głęboka woda” (TVP, 2011), doceniany na wielu festiwalach. Opowiada o pracownikach ośrodka pomocy społecznej i ich podopiecznych. Ukazuje obraz nieprzejaskrawiony: wiele w nim ludzkiej nędzy, nie tylko materialnej, ale i moralnej czy duchowej, ale też sporo momentów, w których pełna poświęceń praca głównych bohaterów poprawia jakość życia poszczególnych osób. Serial daje odpowiedź na dylemat współczesnego człowieka. Bo może i nie da się zmienić świata dobroczynnością. Ale można poprzez miłosierdzie zmienić świat konkretnej istoty ludzkiej. A to niemało. 

Wróćmy jednak do tezy postawionej na początku tego tekstu. Idea ofiary obecna w czynieniu miłosierdzia wymaga odwagi, narażenia się drugiemu. Nie jest łatwo przebić się przez ambicję bliźniego, nawet jeśli bardzo potrzebuje pomocy. Czasem pewnie trudniej pomoc przyjąć niż jej udzielić. Dlatego trzeba to robić delikatnie i dyskretnie. Niech nie wie lewica, co czyni prawica. Niełatwo jest kogoś nakarmić, napoić, przyodziać nie odbierając mu jednocześnie poczucia godności, nie stawiając się ponad nim, nie wywołując wrażenia powstającego właśnie długu. 

Uczynki miłosierdzia każą nam pójść dalej – do rezygnacji z wygodnego życia. Zauważmy, że katechizm nie rozróżnia, kto ma czynić miłosierdzie, a kto nie. Nikt nie jest zwolniony z tego obowiązku. A zatem wszystkie te uczynki dotyczą wszystkich bez wyjątku uczniów Chrystusa. Rzecz jasna – odpowiednio do ich możliwości. Pamiętam sytuację, którą opowiadał mi pewien ksiądz. Byli wówczas z grupką przyjaciół na wakacyjnej wyprawie w Rosji. Któregoś dnia nie udało im się zorganizować noclegu. Zapukali do drzwi miejscowego prawosławnego księdza. Przybysz przedstawił się jako katolicki kapłan, przedstawił swoich towarzyszy. Zostali przyjęci po królewsku. Bez żadnych gwarancji, zapewnień, dokumentów potwierdzających tożsamość. W tym dniu gospodarze spali na podłodze w kuchni. Goście dowiedzieli się o tym dopiero po nocy przespanej w świeżej pościeli, na wygodnych łóżkach. 

Dlaczego przytaczam przykład ze wschodu? Na przekór temu, co kiedyś mówiło się o tradycyjnej polskiej gościnności, a co dzisiaj coraz rzadziej znajduje odbicie w rzeczywistości. Bo jak to tak – bez umówienia, wcześniejszych ustaleń, zwrotnych telefonów i potwierdzeń?

Warto zauważyć, że uczynki miłosierdzia nie mają nic wspólnego z osądzaniem. Nie ma w nich warunku, nawet zapytania o przyczynę, dla której potrzebujący człowiek znalazł się w takim, a nie innym położeniu. Dlaczego jest głodny, nagi, itd.? Dlaczego jest w więzieniu? 

Zasada, którą widać w takim ujęciu uczynków miłosierdzia pokazuje coś głęboko chrześcijańskiego: oddzielenie grzechu od grzesznika, dostrzeżenie w upodlonym, często przez samego siebie człowieku – Bożego dziecka i brata. Zwłaszcza ten uczynek mówiący o pocieszaniu więźniów brzmi jasno i kategorycznie. Nie ma w nim pytania o przyczynę odsiadki. Każdy więzień, i ten osadzony za przekonania i ten, który dobrze wie, za co siedzi – zasługuje na pocieszenie, na nową dawkę nadziei. Bo każdy jest człowiekiem. I tego człowieka trzeba w nim dostrzec. Myślę, że ten aspekt można spokojnie rozciągnąć na wszystkich potrzebujących. Dostrzeżenie w potrzebującym człowieka, takiego jak ja, uczy nas pomagać, a nie upokarzać. Dawać z siebie bez nuty osądzenia. 

O ile jeszcze uczynki miłosierdzia względem ciała są jakby wspólną domeną Kościoła i organizacji charytatywnych niezwiązanych bezpośrednio z ideą chrześcijańskiej dobroczynności, o tyle uczynki miłosierdzia względem duszy znacznie wykraczają poza obszar świeckiej działalności charytatywnej. Co więcej, wydają się być znacznie mniej oczywiste. I w przeciwieństwie do tych pierwszych – mogą – zwłaszcza w dzisiejszym kontekście społecznym budzi

 kontrowersje. Wystarczy przyglądnąć się pierwszemu z nich, żeby zobaczyć, co mam na myśli. 

Grzeszących upominać. W dobie dogmatu współczesności jakim stała się mylnie rozumiana tolerancja ten katechizmowy nakaz jawi się jako coś nie do przyjęcia. Przecież każdy ma prawo robić, co mu się podoba. Przypomina mi się przypadek protestanckiego pastora, który miał sprawę w sądzie tylko dlatego, że na kazaniu stwierdził, iż czyny homoseksualne są grzechem. Tolerancja posunięta do absurdu. Rozumiana jako obojętność wobec tego, co robi drugi. Idea uczynków miłosierdzia względem duszy wynika wprost z przekonania, że człowiek potrzebuje nie tylko dóbr fizycznych, ale i duchowych, więcej, że często te drugie są ważniejsze, bo mają wpływ na osiągnięcie wartości nadrzędnej, jaką jest zbawienie. 

Z tej perspektywy widać wyraźnie, że upominanie grzeszących powinno wynikać z troski o nich samych, z pragnienia dla nich nieba. I jeszcze wyraźniej widać w tym kontekście, jak bardzo trzeba się narazić, żeby uczynek miłosierdzia spełnić. Ma tutaj zastosowanie zasada braterskiego upomnienia: najpierw w cztery oczy, potem przy świadku, w końcu doniesienie Kościołowi. A przecież łatwiej jest nie wtrącać się, zamieść sprawę pod dywan, zająć się własnymi problemami. Pozwolić grzesznikowi grzeszyć w nadziei, że może komuś innemu nie zabraknie odwagi, bo przecież czemu akurat ja mam się narażać? Uwydatnia się tu zeświecczenie naszej mentalności, skoro Ewangelię bez trudu zamieniamy na tzw. święty spokój. 

Wśród uczynków miłosierdzia względem duszy znajdziemy też inne, które w jawny sposób sprzeciwiają się naszym ludzkim odruchom. Bo żeby pouczyć nieumiejętnych i poradzić wątpiącym też można się narazić na zarzut wścibstwa i moralizatorstwa. Pocieszyć strapionych to pokonać lęk przed dramatem, w którym uczestniczą, a nawet wziąć na siebie jego część. Znosić cierpliwie krzywdy w świecie, w którym za każde słowo grozi sądowy pozew lub przynajmniej odbicie piłeczki – to też nie lada wyczyn. I kolejny – może najbardziej wymagający, który streszcza się w słowie – przebaczenie. 

Zobaczmy, jak głęboko chrześcijańskie są nakazy, które odkrywamy w postaci prostych uczynków miłosierdzia. Można powiedzieć, że stanowią streszczenie moralnego przesłania Ewangelii. W każdym z nich chrześcijanin odnajdzie osobę Chrystusa, który jako Boski Samarytanin wielokrotnie wypełniał i uczył wypełniać wszystkie uczynki miłosierdzia. To właśnie relacja z Nim samym jest najgłębszym motywem wierności owym czternastu nakazom. One pomagają nam dostrzec Chrystusa w potrzebujących, ale też naśladować Go w udzielanej im pomocy. Św. Paweł przypomina: miłość Chrystusa przynagla nas (2 Kor 5, 14). A zatem dopóki mamy czas, czyńmy dobrze wszystkim (Ga 6,1), czyńmy miłosierdzie.