Europa

(158 - maj - czerwiec 2008)

Czy Europy trzeba się bać?

Jan Halbersztat

Tak często powtarzany w Polsce obraz Zachodu jako „pustyni bez Boga” wynika z nieznajomości realiów i faktów oraz ze zbytniego zaufania do statystyk

Kiedy kilka lat temu decydowała się kwestia akcesji Polski do Unii Europejskiej, wielu przeciwników tego kroku sięgało po argumenty bazujące na opinii, że Europa Zachodnia to świat skrajnie zlaicyzowany, odchodzący coraz bardziej od wiary, odrzucający podstawowe wartości moralne, niechętny chrześcijaństwu - a zwłaszcza Kościołowi katolickiemu. Sam wielokrotnie słyszałem ludzi opisujących w czarnych obrazach skrajnie świecką rzeczywistość Francji, Niemiec, krajów Beneluksu: opustoszałe kościoły, martwe parafie, ludzi odchodzących od Kościoła lub traktujących swoją wiarę wybiórczo i instrumentalnie. I zawsze przeciwstawiano tej wizji bardzo optymistyczny obraz polskiego Kościoła: tłumy na mszach, znakomitą większość społeczeństwa deklarującą przynależność do Kościoła, szacunek dla kapłanów, wyraźnie słyszalny głos biskupów...

Czy więc warto i czy to rozsądne - argumentowano - pakować się w towarzystwo mocno zsekularyzowane, w świat który wiarę i Chrystusa lekceważy, a Jego Kościół - odrzuca? Czy i my za kilka (...naście) lat nie staniemy się tacy sami? Czy troska o własną wiarę i Kościół nie powinna skłaniać nas do odrzucenia członkostwa w UE?

Słuchałem tej dyskusji (sam wielokrotnie się w nią włączałem) i niezależnie od samej kwestii członkostwa w Unii i tego, czy przytoczone tezy rzeczywiście można traktować jako argumenty „przeciw”, zawsze zastanawiałem się z czego wynika tak często powtarzany w Polsce obraz Zachodu jako „pustyni bez Boga”. Dziś myślę, że przede wszystkim z dwóch rzeczy: z nieznajomości realiów i faktów oraz ze zbytniego zaufania do statystyk.

Jak to wygląda

Nie prowadziłem badań, nie jestem socjologiem. Pozwolę sobie na przedstawienie kilku obrazków, które mnie - subiektywnie - kojarzą się z Kościołem na Zachodzie.

Obrazek pierwszy. Kiedy w sobotę późnym wieczorem przybyliśmy - zmęczeni po całym dniu jazdy autostopem z Lyonu - do niewielkiej wioski w Pirenejach, nie zdołaliśmy już dowiedzieć się, gdzie w okolicy można by jutro pójść na mszę. W niedzielę rano zaczęliśmy szukać. W lokalnym punkcie informacji turystycznej (przypominam, byliśmy w niewielkiej wiosce, a nie w luksusowym kurorcie) dostaliśmy gotową mapkę okolicy, na której zaznaczony był lokalny kościół (czy raczej niewielka kaplica), łącznie z godzinami sprawowania Eucharystii w niedzielę i wybrane dni tygodnia. Kiedy dotarliśmy do kaplicy, do rozpoczęcia mszy był jeszcze dobry kwadrans. Mimo to wierni siedzieli już w ławkach i... ćwiczyli śpiewy pod okiem sympatycznego młodzieńca, który podawał numery stron w śpiewnikach i ćwiczył kolejne strofy. Później inny młody człowiek prosił kilka osób, żeby zajęły się konkretnymi posługami - i nikt się nie wykręcał, każdy w naturalny sposób przyjął zaproponowaną mu funkcję. Kiedy pojawił się ksiądz (jak się okazało - dojeżdżający do filialnej kaplicy z pobliskiego miasteczka) wszystko było już przygotowane, ustawione, zorganizowane, każdy wiedział co ma robić, wszyscy wiedzieli co będą śpiewać. I nie była to - jak się później dowiedzieliśmy - jakaś lokalna wspólnota charyzmatyczna czy grupa ruchu odnowy. To byli po prostu członkowie miejscowej wspólnoty parafialnej, zaangażowani w swoją parafię, w życie lokalnego Kościoła.

Rzeczywiście - było ich mniej, niż pojawiłoby się na niedzielnej mszy w podobnej wielkości wsi w Polsce: w sumie około dwudziestu osób miejscowych i kilkoro turystów. Ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że każdy z tych ludzi wiedział, po co tu przyszedł. Że każdy z nich rzeczywiście uczestniczył w Eucharystii, a nie tylko „był” w kościele. Że ich obecność na tej mszy była świadoma, pełna i zaangażowana.

Obrazek drugi. Zwiedzając Paryż trafiliśmy kiedyś zupełnie przypadkiem do niewielkiego, zabytkowego kościółka pod wezwaniem św. Jana Ewangelisty, gdzieś w okolicach Monmartre'u. W przedsionku kościoła wisiały tablice ogłoszeń, na których pełno było informacji o najrozmaitszych wydarzeniach mających miejsce w tej parafii. Godziny spotkań poszczególnych grup i wspólnot parafialnych, dni skupienia dla narzeczonych, ale także zaproszenia na parafialną herbatkę, wieczorek taneczny, festyn dla seniorów, loterię fantową na cele charytatywne, konkursy dla dzieci... Ogłoszeń i propozycji było tyle, że zaczęliśmy się z żoną zastanawiać, ilu księży posługuje w tej parafii, skoro potrafią zorganizować tyle różnych spraw i wydarzeń. I wtedy, nieco z boku, dostrzegliśmy oszkloną gablotę, zatytułowaną „Zespół duszpasterski naszej parafii”. Na tablicy były imiona, nazwiska, funkcje i zdjęcia osób, które odpowiadały za poszczególne sprawy parafii. Przy każdej z nich podane były także telefony kontaktowe i godziny, w których można daną osobę zastać w kancelarii parafialnej. Wśród niemal trzydziestki (!) osób wymienionych na tablicy był... jeden kapłan - proboszcz - i jeden świecki diakon. Całą resztę stanowił laikat. Warto dodać, że poza osobami sprawującymi typowe funkcje liturgiczno-katechetyczne (prefekt ministrantów, kantor, katecheci) byli tam wymienieni także m. in. ekonom parafii, jej prawnik, a także osoba odpowiedzialna za całą stronę techniczną i konserwację budynku kościoła. Podobne rady duszpasterskie - w mniejszym lub większym wymiarze - spotykałem także w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii.

A u nas? W Polsce wciąż jest przecież całe mnóstwo parafii, w których - mimo zaleceń soborowych - rada parafialna nie istnieje (o radzie ekonomicznej nawet nie wspominam). Jeszcze więcej jest takich, w których istnieje i... na tym się jej rola kończy. Jakże często świeccy, którzy próbują zaangażować się w życie parafii, są przez swoich duszpasterzy (najczęściej zresztą nieświadomie) skutecznie zniechęcani? Jak wielu księży narzekając na brak zaangażowania świeckich, jednocześnie ucina w zarodku każdą poważniejszą próbę zmiany tej sytuacji?

Obrazek trzeci. Dziewięć lat temu, w czasie podróży po Wielkiej Brytanii, miałem okazję rozmawiać z abp. Mario Contim, katolickim ordynariuszem diecezji Aberdeen (nota bene - poznaliśmy go, kiedy zabrał nas autostopem z Wick do Aberdeen, tak po prostu; nie miał kierowcy, jechał przeciętnym samochodem, a o tym, że jest biskupem, dowiedzieliśmy się z rozmowy...). Kiedy rozmawialiśmy o laicyzacji, która dotyka Kościoły świata zachodniego, powiedział: „A może to nie tak? Może po prostu okazuje się, ilu nas, chrześcijan jest naprawdę? Może to wspaniały czas oczyszczenia Kościoła?”

Zaskoczył mnie wtedy ten punkt widzenia. Jednak kiedy zacząłem uważniej przyglądać się wspólnotom kościelnym na Zachodzie, wielokrotnie dochodziłem do wniosku, że abp Conti przynajmniej w części miał rację.

Warto zauważyć, że wprawdzie na Zachodzie z jednej strony widać pustawe kościoły i setki problemów, z drugiej jednak Europa przeżywa ogromny rozkwit działania nowych ruchów i wspólnot kościelnych, tak katolickich, jak ewangelickich i ekumenicznych - wystarczy wspomnieć tysiące młodzieży (i nie tylko) przybywające co roku do Taizé, aby modlić się i rozważać słowo Boże - w ciszy, skupieniu, w niemal klasztornych warunkach. Nowe ruchy odnowy, nowe zgromadzenia zakonne (choćby Wspólnoty Jerozolimskie), wzrost liczby powołań do zamkniętych zakonów o najsurowszej regule - i to wszystko tylko we Francji, wielokrotnie przecież przedstawianej jako modelowy przykład laicyzacji. Więc może nie jest tak źle? Może to, co obserwujemy w Europie, to nie tyle „odpływ” ludzi z Kościoła, co powolna tego Kościoła ewolucja, od administracyjnych struktur do wspólnot na wzór pierwszych chrześcijan, od instytucji do duchowości?

Pytanie tylko, czy polski Kościół jest gotowy na taką ewolucję...

A co na to statystyki?

Nasze dobre samopoczucie często wynika ze statystyk. Jeśli chodzi o odsetek osób, które przyznają się do wiary (jakiejkolwiek), Polska zajmuje trzecie miejsce w Europie - za Rumunią i Grecją, a przed Irlandią (4. miejsce) czy Włochami (dopiero 13.). Jeszcze lepiej przedstawia się sprawa udziału w praktykach religijnych - tu Polska jest pierwsza (dane według badań European Values Study z 2003 r., nie wiem, czy od tego czasu nie zaszły jakieś niewielkie zmiany). W tym kontekście można zrozumieć niepokój wielu ludzi, że w przyszłości liczba praktykujących spadnie, że przestaniemy być „wyspą wiary w morzu laicyzacji.”

     Czy jednak rzeczywiście jesteśmy tą „wyspą wiary”? Czy statystyki mówią wszystko? Wiemy, ile ludzi w Polsce „chodzi do Kościoła” czy uznaje się za jego członków. Te statystyki jednak niewiele mówią nam o rzeczywistym stanie wiary, duchowości, więzi z Chrystusem i z Kościołem. Bazowanie na nich wydaje się być problematyczne - zwłaszcza w obliczu innych statystyk, które pokazują, że bardzo duża liczba Polaków wierzy w reinkarnację, nie uznaje istnienia piekła czy czyśćca i selektywnie odrzuca sporą część praw wiary i nauki Kościoła.

Anegdota, którą przytaczał w swoich pismach ojciec Franciszek Blachnicki, głosi że w czasie spotkania biskupów w Rzymie - przed wojną - hierarchowie z Europy Zachodniej zapytali kardynała Sapiehę jak Kościół w Polsce osiąga to, że tylu ludzi przychodzi na niedzielną mszę. Kardynał odpowiedział - podobno z lekkim zdziwieniem - że to bardzo proste. „Otóż, w każdej parafii, w każdą niedzielę i święta pół godziny przed Mszą świętą bijemy w dzwony... i ludzie przychodzą”.

No właśnie - na razie jeszcze przychodzą (choć już nie tak chętnie, jak niegdyś) - czy jednak można to uznać za świadectwo poziomu wiary w Polsce? Albo - mówiąc wprost i może nieco prowokacyjnie - co jest lepsze: pełny kościół „letnich” ludzi przychodzących z przyzwyczajenia (...na dźwięk dzwonów...), czy dwadzieścia osób świadomych i zaangażowanych w życie Kościoła? Czyli - cytując Ojca Franciszka - „sympatycy czy chrześcijanie”?

A zatem - „czy Europy trzeba się bać”? Z punktu widzenia człowieka wierzącego - na pewno nie. Europa Zachodnia jest tak samo dobrym miejscem do życia wiarą i głoszenia Chrystusa jak każde inne miejsce na świecie. Kościół w Europie ma swoje specyficzne, lokalne problemy (nie przeczę, są wśród nich problemy naprawdę poważne...) - ale ma także swoje mocne strony i wielkie plusy. My, wychodzący z nieco odmiennej rzeczywistości Kościoła w Polsce, możemy oczywiście Kościołowi w Europie wiele dać i bardzo go wzbogacić - ale możemy także wiele się od niego nauczyć i wiele zyskać na kontakcie z nim.