Idźcie i głoście

(152 - lipiec - sierpień 2007)

z cyklu "Wieczernik dla Ciebie"

Czy istnieje przeznaczenie

Kasia i Tomek Jarosz

Czy istnieje przeznaczenie w miłości? Czy jest na tym świecie jeden, jedyny człowiek wskazany nam przez Boga i żaden inny? Czy tylko z tym jednym będziemy szczęśliwi? Jak rozeznać, że to już „ten”?

Zdecydowanie nie ma przeznaczenia w ścisłym tego słowa znaczeniu. Człowiek ma rozum i wolną wolę, po to by rozeznawać i podejmować decyzje. Człowiek nie jest zdeterminowany przez okoliczności zewnętrzne, siłę wyższą czy wewnętrzny imperatyw pchający go do określonego działania, określonych wyborów. To nie jest tak, że Bóg określa szczegółowo naszą ścieżkę życia, planując z góry co będziemy robić i jakich wyborów dokonamy. Gdyby tak było to nie byłoby przestępców – Bóg przecież dla żadnego człowieka nie zaprogramował drogi zbrodni. To nawet nie jest tak, że Bóg wybiera jedną, jedyną, konkretną osobę na naszego partnera życiowego (i tu już słyszymy głosy sprzeciwu – zaraz to wyjaśnimy). Owszem, mówi się potocznie, że to „ten”, „druga połówka”, „jedyny” itp. I owszem – to ten, jedyny, wybrany przez nas w takich okolicznościach, w jakich dane nam było się znaleźć. 

Ale przecież często słyszymy, że ludzie są sobie przeznaczeni, że się znaleźli, że „takie było ich przeznaczenie”. Czy to oznacza, że ci ludzie musieli związać się właśnie ze sobą? Że gdyby się nie spotkali, to byliby samotni?

Otóż wyobraźmy sobie, że z jakichś względów emigrujemy do Australii. Powiedzmy, że świetnie nauczyliśmy się języka, dostaliśmy tam pracę, jednym słowem – zasymilowaliśmy się z miejscowymi. I nagle ktoś się nami interesuje. Z wzajemnością. Czy mamy mu odmówić tylko dlatego, że (jak nam się wydaje) w kraju ojczystym jest zapewne ten, którego mi Bóg przeznaczył? Czy może ten jedyny to właśnie ów Australijczyk, a gdybyśmy zostali w kraju to nie mielibyśmy szansy go spotkać? A gdybyśmy jednak do tej Australii nie wyjechali, tylko rozważając taką możliwość, dokonując rozrachunku plusów i minusów wyjazdu ostatecznie zostali w kraju. I też nam się ktoś podoba. Czy to ten? Niektórzy powiedzą – zapewne ten. To samo środowisko, kultura itp. Ale wtedy nie poznamy owego Australijczyka, którego poznalibyśmy wyjeżdżając… A gdyby trzeba było mieszkając w kraju przenieść się powiedzmy do Szczecina? To co, mamy nie wyjść za mąż, bo mój „jedyny” zapewne jest gdzieś w miejscowości lub okolicach, z których pochodzę?

To nie jest tak, że jest jedna, jedyna droga w życiu każdego człowieka. Jest ich bardzo wiele i (uwaga!) wiele z nich jest zgodnych z wolą Bożą. Bóg nie określa jedynej właściwej, tak jak nie określa, że z tym a tym człowiekiem o tej i o tej godzinie tego roku w tym kościele mamy się związać sakramentem małżeństwa. Po co by nam wtedy była ta wolna wola? A jak trudno byłoby w nią „trafić”! Toż to by była udręka – przez całe życie tak się zastanawiać, czy ja robię to, co Bóg dla mnie zaplanował czy nie?

Bóg widzi naprzód, widzi nasze życie i widzi konsekwencje wyboru każdej drogi, każdej podjętej przez nas decyzji. Tych możliwości przed nami kładzie wiele, bardzo wiele, może nawet nieskończenie wiele??? (to już materia dla teologów). I nawet jeśli nam daje powołanie, jakieś określone powołanie to wcale nie znaczy, że jesteśmy tym tak zdeterminowani, że nie wolno nam wybrać nic innego (przeważnie jednak wtedy tak jest, że sami chcemy je wybrać, ale z przymusem to nie ma nic wspólnego). Jednak to tylko jedna z wielu dróg, którą Bóg przed nami kładzie – to jego zaproszenie i od nas zależy czy z niego skorzystamy czy nie. Mało tego, nawet wtedy gdybyśmy je rozeznali i najpierw chcieli je realizować, ale potem z jakichś względów je odrzucili, to też nic się nie dzieje. Może będziemy niespełnieni – tylko tyle. Ale nie mamy grzechu ani nie powinniśmy żyć w przeświadczeniu, że Bóg nas ukarze za nieposłuszeństwo. A takie przeświadczenie ma niestety czasami miejsce. Bo bywa nieraz, że kobieta w małżeństwie, z kilkorgiem dzieci cierpi niepotrzebnie, bo kiedyś tam po maturze odczuła pociąg do karmelitanek, no ale później poznała Marka i wyszła za niego za mąż. Niby jest szczęśliwa, ale w głębi duszy czuje wyrzuty sumienia, bo może jednak powinna pójść do zakonu. I dręczy się tą myślą i dręczy, a to całe jej nieszczęście z tego dręczenia wynika, nie z tego, że z Markiem jej źle, tylko, że ona już zgorzkniała i sztuczne wyrzuty sumienia ją zjadają. Albo dziewczyna wyszła za mąż, ale cały czas się zastanawia czy z poprzednim chłopakiem nie byłoby jej lepiej? Czy tamten nie był jej „przeznaczeniem”? Ano byłoby lepiej albo i nie było, a teraz ma męża i nie czas na takie dywagacje.

Wszystko dobrze, ale jednak wokół nas na pewno są ludzie, o których możemy powiedzieć, że Bóg zetknął ich ze sobą.

Tak naprawdę Bóg zawsze to czyni. Jednakże nie narzuca swojej woli. Daje możliwość, okoliczności, czasem faktycznie tych znaków daje więcej (i wtedy ludzie mówią: „o, tak, to przeznaczenie”), nieraz bardzo mało. Na pewno jest tak, że Bóg powoduje zetknięcie się ze sobą ludzi, których możemy wybrać na małżonka. No bo gdyby tego nie zrobił, to jak możliwy byłby wybór? Owszem, może ktoś powiedzieć, że przecież niektórzy rozeznają źle lub wiążą się np. z człowiekiem żonatym – i co, Bóg tak chciał? Przecież ich ze sobą zetknął. A tak, zetknął, tak jak to czyni z setkami osób w naszym życiu. Czy to oznacza, że każdy z nich jest potencjalnym kandydatem na małżonka? Na pewno nie. Jednak jeszcze raz powtórzymy – nie jest tak, że wśród osób, których Bóg nam daje poznać jest jeden właściwy i jeśli zgadniemy który – to będziemy szczęśliwi, a jak nie to pudło i mamy pecha na całe życie. No i świadomość, że jak się pomylimy to ta druga połówka od „prawdziwej miłości” będzie gdzieś istnieć bez nas. Bóg nie jest złośliwy. I dlatego dziękujmy Mu, że nie ma „jedynej słusznej” miłości.

Jak w takim razie rozeznać?

Ano właśnie Bóg nam po to dał rozum i wolną wolę, żebyśmy określili: czy ten ktoś nam się podoba? Czy jego sytuacja osobista pozwala na związanie się z nim? Czy jego światopogląd nam odpowiada? Czy odnajduję w nim cechy, które mi odpowiadają? Czy wyobrażam go sobie jako ojca moich dzieci? Czy widzę siebie jako jego żonę? I mnóstwo innych pytań. To są nasze drogowskazy. I na tej podstawie decydujemy się lub nie.

I teraz: jeśli spośród tych wielu osób decydujemy się na tę jedną i kochamy ją tak, że pragniemy jej dobra, to dzięki rozeznaniu (rozum) i decyzji (wolna wola) wybieramy ją na małżonka. A jak już wybierzemy to ślubujemy jej miłość, wierność i uczciwość... to nie zastanawiamy się czy gdzieś ktoś byłby lepszy, bo my już mamy męża. Nie myślimy czy wystarczająco pragniemy tego dobra i czy nie będzie w życiu sytuacji, że byśmy dla kogoś tego dobra zapragnęli jeszcze bardziej. Wtedy nawet nie przychodzi nam do głowy, żeby się zastanawiać czy gdzieś indziej jest jeszcze jakaś miłość. Po prostu nas to nie obchodzi.

A jeśli nawet się nie zdecydujemy związać z daną osobą a po latach widzimy, że może jednak trzeba było, to absolutnie nie należy rozpaczać i twierdzić, że swoją szansę się przegapiło czy straciło. Bóg nie jest okrutny i widzi, że wtedy nie byliśmy w stanie (z jakichś względów) podjąć decyzji. A zatem tworzy nam nowe szanse.

Dlatego jeszcze raz powtórzymy: nie ma czegoś takiego jak „przeznaczenie”, nie ma ludzi sobie „przeznaczonych”. Człowiek ma prawo wyboru i decydując się być z konkretną osobą czyni tak, ponieważ tego chce. Dlatego nie należy ufać żadnemu „przeznaczeniu”. Ufać Bogu. Ufać, że On przygotował dla nas wiele wspaniałych możliwości. Modlić się o rozeznanie, o światło Ducha Św. która z nich byłaby dla nas najlepsza. Modlić się o dobrego męża lub żonę. I ufać, że Bóg w decydującej chwili da nam takie światło, że będziemy mogli podjąć świadomą, dobrą decyzję.