Cierpienie

(149 - luty - marzec 2007)

Dar miłości

Dorota Późniecka

Często nie mamy śmiałości modlić się o wielkie rzeczy. Czy brakuje nam wiary w to, że Jezus żyje i że może objawiać swoją moc, tak samo jak objawiał ją 2000 lat temu?

Bóg moje młode życie kształtował poprzez wspólnotę młodzieżową Ruchu Światło-Życie. Co tydzień cała wspólnota zbierała się na Eucharystii, po której odbywało się spotkanie modlitewne. Coraz więcej osób pojawiało się na spotkaniach i coraz więcej osób składało świadectwo, jak Bóg zaczynał brać w swoje ręce ich życie. Wielbiliśmy Boga, a Duch Święty obdarowywał nas różnorakimi darami. Najcenniejszym wśród tych darów był dar miłości. Zaczęliśmy dostrzegać siebie i swoje problemy. Zaczęliśmy się modlić bardzo konkretnie za siebie nawzajem. Ośmieleni, modliliśmy się także o uzdrowienia fizyczne.

Kiedyś na spotkaniu pojawiła się pewna para małżonków. Byli po raz pierwszy na modlitwie, ja jednak znałam ich i wiedziałam, że od kilku lat są małżeństwem i że mają problem z poczęciem dziecka. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy Pan włożył w moje serce pragnienie modlitwy za nich o uzdrowienie. Po spotkaniu wraz z odpowiedzialnymi modliliśmy się nad nimi wstawienniczo. Słowo, które to małżeństwo otrzymało w proroctwie było bardzo obiecujące, choć dla modlących się była to prawdziwa próba wiary: „potomstwo twoje będzie jak gwiazdy na niebie”. Po roku urodziło im się pierwsze dziecko, po 20 miesiącach od pierwszego drugie, a po 14 od drugiego trzecie.

     Pan Bóg często odpowiada na nasze prośby zanoszone w atmosferze ufnej dziecięcej wiary. Niekoniecznie osoba, nad którą się modlimy, musi mieć żarliwą wiarę, ale raczej te osoby, które się wstawiają za nią. Wspomniane małżeństwo dopiero po tej modlitwie weszło na drogę ufnego zawierzenia Bogu.

Często nie mamy śmiałości modlić się o wielkie rzeczy. Czy brakuje nam wiary w to, że Jezus żyje i że może objawiać swoją moc, tak samo jak objawiał ją 2000 lat temu? A może przychodzimy do Boga z pełnym scenariuszem tego, w jaki sposób ma rozwiązać nasze problemy i nie widzimy tego, ze zaczyna On już po swojemu wchodzić w nasze sprawy? A może po prostu nie chcemy się modlić, bo boimy się, że będziemy prosić niezgodnie z wolą Boga?

Brak wiary zarzucał swoim apostołom już sam Jezus. A oni byli w lepszej sytuacji niż my. Przecież słuchali Go nieustannie, chodzili za Nim i widzieli na własne oczy cuda, których dokonywał.

Wiara nasza wzrasta, kiedy widzimy działanie Boga w życiu innych, ale jeszcze bardziej gdy dostrzegam je w swoim życiu. Zacznijmy prosić o modlitwę w swoich konkretnych sprawach i obserwujmy działanie Boga. Bądźmy wytrwali, nie zniechęcajmy się zbyt szybko. Zacznijmy się też modlić konkretnie w swoich wspólnotach, także tych rodzinnych. Często rodzice, gdy mają chore dziecko, potrafią pojechać do lekarza na drugi kraniec Polski, co jest oczywiście zrozumiałe. Gdy nie znajdują pomocy, szukają, o zgrozo, różnych uzdrowicieli, szarlatanów, bioenergoterapeutów. Jednak spróbujcie zapytać, ile razy modlili się wspólnie z wyciągnięciem rąk nad chorym dzieckiem. Myślę, że odpowiedź nie będzie zbyt budująca. Zacznijmy umacniać swoją wiarę w małych wspólnotach. Jedno szczególnie chcę podkreślić: wiara rodzi się we wspólnocie, nie w pojedynkę. Nie uciekajmy od wspólnoty, ale to w niej umacniajmy swoją wiarę. Kiedy masz jakiś problem, nie próbuj rozwiązywać go sam. Proś innych o modlitwę. Wielką moc ma modlitwa innych, zwłaszcza dzieci.

Moja znajoma poprosiła mnie kiedyś, przy okazji jakiegoś przypadkowego spotkania, abym modliła się za nią. Miała 40 lat i tylko jedno dwunastoletnie dziecko. Chciała mieć jeszcze dzieci, ale one nie mogły się począć, a ona stawała się coraz starsza. Ja troszeczkę zbagatelizowałam jej prośbę, poprosiłam jedynie moje dzieci, aby one westchnęły czasami do Boga za tę panią. Dzieci natomiast bardzo gorliwie podeszły do tej modlitwy, choć nigdy na oczy nie widziały mojej koleżanki. Mijały kolejne miesiące, a one codziennie na wspólnej modlitwie rodzinnej polecały Bogu panią Agnieszkę. Mniej więcej po roku spotkałam inną naszą wspólną znajomą, którą zapytałam, co słychać u Agnieszki. W odpowiedzi usłyszałam: „Jak to, nie wiesz? Urodziła bliźniaki!” Gdy opowiedziałam o tym w domu, nie tylko moja wiara była umocniona, ale także wiara mojej całej rodziny, a tego dnia wychwalaliśmy Boga, który swą moc okazał.

Czasami jednak modlimy się gorliwie, a nie otrzymujemy. Różne są tego przyczyny. Może myślimy, że jedna modlitwa powinna załatwić wszystko i po krótkim czasie przestajemy się już o to modlić. Pamiętajmy, że modląc się o uzdrowienie jakiegoś człowieka, stawiamy go przed Jezusem. Jezus inaczej widzi niż my. My widzimy tylko objawy jakiejś choroby. Jezus patrząc na człowieka widzi jego ciało, ducha i duszę. Kiedy zaczyna leczyć człowieka zajmuje się nim całym. Uzdrowienie jest procesem. Jezus sięga do głębi człowieka. Czasami trzeba pojednania, przebaczenia sobie i drugiemu człowiekowi, zobaczenia grzechu, który trawi moją duszę, a na to trzeba czasu.

Kilkanaście lat temu modliliśmy się o uzdrowienie dziewczyny z dziecięcym porażeniem mózgowym. Jej schorzenie polegało na tym, że miała przykurcze pod kolanami i nie mogła chodzić normalnie. Gdy miała pokonać pieszo jakąś odległość, zawsze musiała to robić w towarzystwie innej osoby, a i tak sprawiało jej to ogromną trudność i bardzo ją męczyło. Modlący się, a także sama zainteresowana stanęli przed Bogiem z ogromną wiarą i ufnością. Niemal pewni byliśmy, że następnego dnia, a najdalej za kilka dni, ta osoba będzie chodzić samodzielnie. Rzeczywistość była jednak inna. Nic się nie zmieniło.

Zewnętrznie nic, ale w środku we wnętrzu tej dziewczyny rozpoczęła się prawdziwa rewolucja. Najpierw tak się ułożyła sytuacja, że Bóg zabrał jej wspólnotę. Podporę fizyczną, duchową i emocjonalną i powiedział: spróbuj sobie radzić. Tutaj nastąpił pierwszy cud.

Radziła sobie świetnie. Podjęła decyzję, że zamieszka samodzielnie oddzielając się od nadopiekuńczych rodziców, którzy widzieli w niej słabą, niepełnosprawną, malutką córeczkę.

Zaczęła otwierać się na ludzi w najbliższym otoczeniu, których musiała prosić o drobne przysługi. Przestała tym samym panicznie bać się ludzi. Zmierzyła się z problemem samodzielnego prowadzenia gospodarstwa domowego. Podjęła pracę zawodową. Zaczęła nawiązywać nowe znajomości i przyjaźni. Pokochała i zaakceptowała siebie. Duchowo stanęła na własnych nogach, ale nie o własnych siłach. W tych wszystkich trudnych sprawach musiała całą swoją mocą oprzeć się na Bogu. Wziąć Go pod rękę i kroczyć razem z nim. Niedawno powiedziała mi, że nawet cieszy się, że nie została wtedy uzdrowiona fizycznie. Bo obawia się, że gdyby była zdrowa, mogłaby nie odkryć tej Opoki, którą jest dla niej Bóg.

Na koniec sprawa woli Boga. Nie jestem teologiem, ale wydaje mi się, że kiedy się modlimy o uzdrowienie, zawsze czynimy to zgodnie z wolą Boga. Mało tego -możemy być pewni, że On wysłuchuje naszego błagania. Możemy oczekiwać też owoców naszej modlitwy.

Jednakże miejmy szeroko otwarte oczy i patrzmy, jak Bóg działa w polecanych Mu sprawach. Prosząc z wiarą o cud, uzdrowienie, trzeba zostawić Bogu wolność, w jaki sposób pragnie nam pomagać, a może nasze cierpienie pragnie włączyć do planów zbawienia.

W maju uczestniczyłam w rekolekcjach o Duchu Świętym. Misjonarze z Brazylii przez cztery dni świadczyli o działaniu Ducha Świętego we współczesnym świecie. Modlili się także o uzdrowienia. Opowiadali wtedy historię dwóch dziesięcioletnich dziewczynek. Obie miały w zaawansowanym stanie chorobę nowotworową. Misjonarze modlili się o uzdrowienie obu. Pierwsza opowiadała, że w czasie modlitwy widziała Jezusa, który przekonał ją, że będzie zdrowa. Tak się stało. Druga po modlitwie zachwycona powiedziała, że widziała Niebo. Po kilku dniach jej stan bardzo się pogorszył. Rodzice jeszcze raz poprosili misjonarzy o modlitwę, ale teraz ta dziewczynka nie chciała prosić o uzdrowienie. Była przygotowana na spotkanie z Bogiem i tęskniła za Nim. Umarła. Modlitwa o uzdrowienie przygotowała ją i jej rodzinę na ten moment.

Jezuita Robert Degrandis w książce „Posługa uzdrawiania” napisał: „Raz po raz słyszę od ludzi, że «Bóg chce, abym cierpiał». Oczywiście, w wyniku takiego przekonania jesteśmy pewni, że nie powinniśmy szukać uzdrowienia... Jeśli rzeczywiście żywisz takie przekonanie, to konsekwentnie nie pójdziesz do lekarza ani nie zażyjesz przepisanych ci przez niego lekarstw”.

Módlmy się o uzdrowienie zostawiając Bogu ocenę, czy uzdrowienie jest zgodne z Jego wolą. Jeśli nasza modlitwa chociażby pomoże choremu nieść jego chorobę, to w ten sposób odpowiemy na wezwanie świętego Pawła: „Jeden drugiego brzemiona noście”.