W chorobie

(168 - listopad - grudzień 2009)

Diakonia Miłosierdzia

Mikołaj Topicha-Dolny

Kiedy dzieliliśmy się tym, czego nam brakowało, zawsze otrzymywaliśmy coś „w zamian”

Dawajcie, a będzie wam dane; miara dobrą, ubitą, utrzęsioną i wypełnioną ponad brzegi wsypią w zanadrze wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie (Łk 6,38-39). Te słowa od kilku dni mocno brzmią w moim sercu. Czemu? Bo w nawale pracy, obowiązków, podejmowanej służby zdążyłem o nich prawie zapomnieć. W zabieganiu o środki na prowadzenie ośrodka Fundacji Światło-Życie w Warszawie, Diakonii Miłosierdzia, pracy zawodowej itd., zacząłem się koncentrować na „sprawach” i „tematach” na docieraniu do ludzi „z możliwościami”. A przecież nie tylko o to chodzi! A właściwie w ogóle nie o to!

Dawajcie, a będzie wam dane

Nie raz przyglądałem się dnu w portfelu, przesłoniętym ostatnimi pieniędzmi. Takimi na czarną godzinę. Nie raz żyło się „za bankowe” czy kredyt u przyjaciół. Ale jak mówiła Matka Teresa, trzeba patrzyć czy ktoś obok nie ma gorzej. I po 18 latach małżeństwa mogę powiedzieć że takie patrzenie się opłaca. Kiedy dzieliliśmy się tym, czego nam brakowało, zawsze otrzymywaliśmy coś „w zamian”. A to przyszedł zwrot z jakiegoś urzędu, a to w zimowej kurtce czy letniej koszuli znalazł się kawałek „zapomnianej” pensji, a to pojawiła się jakaś dodatkowa praca… I choć nigdy na to nie liczyliśmy, z dzisiejszej perspektywy widzę prawdziwość słów, jakie Jezus wypowiadał do swoich uczniów. I ze wstydem przyznam się, że kiedy za bardzo zależało mi na zatrzymaniu czegoś wyłącznie dla siebie, działało to również w drugą stronę, ciężko było coś odłożyć czy osiągnąć jakiś cel.

 Kilka miesięcy temu bliscy przyjaciele opowiadali historię pokaźnej sumy, jaką kiedyś zgromadzili na czarną godzinę. Od kilku lat te ich pieniądze krążą od jednych do drugich znajomych, i kiedy tylko maja być zwrócone, nagle, zupełnie niespodziewanie, okazuje się że ktoś bardzo ich potrzebuje. Dziś z uśmiechem mówią, że gdy tylko dostają je z powrotem, nawet nie myślą o jakiej inwestycji. Takich i podobnych historii jest pewnie wiele i każdy z nas, mógłby coś tu opowiedzieć.

Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie

Fajnie jest wiedzieć, że dzięki pieniądzom udało się komuś pomóc. Czy to przy zakupie książek do szkoły, opłaceniu rachunku za prąd czy wyjazdu na prawdziwe wakacje. Ale to tylko jedna strona medalu, drugą jest właśnie to o czym pisze św. Łukasz: dając – otrzymujemy! I dziś widzę że najbardziej obdarowywani to ci, którzy dają. Dzięki „instytucji” Diakonii Miłosierdzia nikt nie wie, skąd pochodzą pieniądze, które otrzymał i mało kto wie, gdzie trafiły te, które ofiarował. Nie ma jak się pochwalić przed znajomymi swoim darem, chyba że wieszając druczek przelewu na lodówce:) Nie ma też jak za nie bezpośrednio podziękować, jak pokazać że się naprawdę przydały.

Dla tych, którzy otrzymali jest jednak droga. W diakonii żartobliwie nazywana „spłatą odsetek”. Każdy, kto otrzymuje, proszony jest o modlitwę za tych, dzięki którym otrzymał. W tym kontekście to obdarowujący gromadzi niezniszczalny skarb w niebie. To zarówno ofiarującym jak i tym, którzy otrzymują, pozwala na okazanie miłości miłosiernej i spełnianie bezinteresownego dobra. I to tak naprawdę w tym całym dziele jest ważne. Kształtowanie postawy człowieka, który kroczy za Chrystusem.

Jak to się wszystko zaczęło

Na początku było dostrzeżenie, że nie wszyscy w naszym domowokościołowym środowisku maja łatwość radzenia sobie z problemami finansowymi. I pragnienie żeby coś z tym zrobić. Dziś pomysłem powołania do życia Diakonii Miłosierdzia „obciążyłbym” Ewę Dawidziuk (razem z Adamem – mężem – przez 7 lat byli odpowiedzialni za diakonię). Bez dwóch zdań – było potrzebne wrażliwe kobiece serce, aby cały pomysł ruszył z miejsca, a diakonia zaczęła działać. Sensem bowiem działania nie jest gromadzenie ale dawanie, a z tym kobiety radzą sobie znacznie łatwiej. Także osobiste doświadczenie osób zamieszanych w powstawanie diakonii, trudności z jakimi musiały sobie radzić, stawania przed poważnymi zmianami w życiu rodzinnym i zawodowym, spowodowało taki a nie inny charakter diakonii. No i to że wszyscy jesteśmy związani od lat z Ruchem też naznaczyło nasze działania zwróceniem się ku uczestnikom Ruchu. To wszak w dużej mierze środowisko, w którym żyjemy, znamy się i to, w którym łatwiej nam znaleźć chętnych do pomocy.

Od samego początku było co robić i o dziwo było za co. Nie zabrakło tych, którzy chcieli się dzielić owocami swojej pracy. Widzieli sens w wpłacaniu nawet drobnych kwot, i w tym, że czasem 100 zł rozwiązuje czyjś problem. Niezwykłym fenomenem jest to że w siedmioletniej historii w zasadzie nigdy nie zabrakło pieniędzy na doraźną pomoc. A przez kilka lat udawało się wygospodarować również środki na fundusz rekolekcyjny czy diakonię wychowawczą. Od jakiegoś czasu są to już niezależne, i w innym miejscu gromadzone środki.

Pieniądze to nie wszystko!

Diakonia Miłosierdzia to jednak nie same pieniądze. I choć to najbardziej widoczna i konieczna część jej posługi, to nie najważniejsza. Wiele problemów pojawiających się wśród potrzebujących rodzin trzeba rozwiązywać inaczej. Niejednokrotnie brak pieniędzy jest skutkiem jakichś życiowych zawirowań. I ich pojawienie się tylko na jakiś czas odsuwa konieczność zmian w życiu. Czasem potrzeba znaleźć pracę, pomoc prawną, psychologiczną. Czasem po prostu pogadać, i po przyjacielsku wesprzeć.

Jak to działa

W bezpośrednia pracę diakonii zaangażowanych jest zaledwie kilka osób. Albo kilkaset:) Wynika to z przyjętego sposobu działania, sposobu jaki próbujemy od lat przekazać i który od lat dobrze się sprawdza. Pierwszą „instancją” pomocy są rodzime kręgi, bądź wspólnoty, następnie rejony a dopiero na końcu diakonia diecezjalna.

Taki układ pozwala drobniejsze kłopoty rozwiązywać na płaszczyźnie „lokalnej”, kiedy potrzeba działać szybko czy nie potrzeba znacznych kwot. W trudniejszych sytuacjach ciężar pomocy spada na rejon. I tu często zaczyna się współpraca z ośrodkiem Fundacji Światło-Życie, łatwiej i szybciej pozwala to gromadzić środki, a także wykorzystywać je na „zakładkę”.

I dopiero na końcu jest działanie tych kilku osób służących w diakonii. To tu są rozwiązywane najtrudniejsze sytuacje. Kiedy pomoc musi być udzielana przez kilka miesięcy czy też jej natura jest niezwykle delikatna. Tutaj też trafiają często prośby dotyczące pomocy dla osób spoza naszego Ruchu. I choć nasza służba jest nastawiona przede wszystkim na członków Ruchu, to nie zamykamy się na pomoc wszędzie tam, gdzie jest potrzebna. Szczególnie że przychodzące prośby dotyczą osób przewlekle chorych, wymagających specjalistycznego leczenia, rehabilitacji czy sprzętu medycznego. Takich próśb jest szczególnie dużo w tym roku. To że możemy im, przynajmniej częściowo, sprostać wynika (poza Bożą Łaską, która do każdego takiego dzieła jest potrzebna) pewnie i z tego że „dorastamy” do większej odpowiedzialności, że coraz więcej serc i już nie tylko związanych z Ruchem, angażuje się w szerzenie miłości miłosiernej.

Epilog

 

Dzieła miłosierdzia w które byli zaangażowani członkowie naszej diecezjalnej wspólnoty Ruchu maja o wiele dłuższą historię niż 7 lat. Zawsze był ktoś, kto w szczególny sposób czuł się powołany do takiej służby. O wielu z tych działań nikt dziś nie pamięta, niektóre w ciszy toczą się dalej. Każdemu kto kiedykolwiek przykładał do nich ręki z głębi serca „Bóg zapłać!”.