Narodzić się na nowo

(194 - lipiec - sierpień 2013)

z cyklu "Na płytach"

Didn't It Rain

Jan Halbersztat

No i doczekaliśmy się drugiej studyjnej płyty Hugha Lauriego! Znakomity brytyjski aktor – najbardziej znany z roli charyzmatycznego doktora Gregory’ego House’a w znanym serialu telewizyjnym – od dawna amatorsko grał i śpiewał, a o swoim zamiłowaniu do nowoorleańskiego bluesa mówił w licznych wywiadach. Jednak kiedy dwa lata temu ukazała się jego pierwsze płyta „Let Them Talk”, większość komentatorów – choć sam album oceniała bardzo pozytywnie – sądziła, że mamy do czynienia z „chwilowym kaprysem” popularnego aktora. No cóż: wszystko wskazuje na to, że się mylili.

Nowa płyta „Didn’t It Rain” wyraźnie dowodzi, że Laurie ma coś do powiedzenia także w muzyce. Aktor (a może już muzyk?) kontynuuje to, co rozpoczął swoim pierwszym albumem: robi to równie swobodnie, równie lekko i żywiołowo – ale chyba jeszcze bardziej pewnie i zdecydowanie. Znajdziemy tu typowego bluesa z delty Missisipi (jak „Junkers Blues”, „Wild Honey”, „Vicksburg Blues”, niezwykle dynamiczna piosenka tytułowa czy kapitalne, typowo nowoorleańskie „Changes”), ale usłyszymy także rytmy tanga („Kiss of Fire”), balladę „Cereless Love”, bluesową wersję „One for My Baby” (piosenki śpiewanej niegdyś przez Freda Astaire’a, a spopularyzowanej przez Franka Sinatrę) czy słynne „Unchain My Heart” (choć zaśpiewane zupełnie inaczej, niż przyzwyczaili nas do tego Ray Charles czy Joe Cocker).

W porównaniu z pierwszą płytą Laurie więcej tu gra, a nieco mniej śpiewa: miejsce przed mikrofonem dzieli między innymi z Jean McClain i gwatemalską śpiewaczką Gaby Moreno, a w „Vicksburg Blues” słyszymy żywą legendę bluesa – samego Taj Mahala. W ogóle o samych muzykach którzy wzięli udział w stworzeniu tej płyty można by napisać sporą książkę…

Hugh Laurie nie jest zawodowym muzykiem. Można powiedzieć, że ten jego „brak profesjonalizmu” poniekąd na obu płytach słychać – tyle, że akurat jeśli chodzi o bluesa to nie zawsze jest wada. Ale kiedy słucha się tego albumu, co do jednej rzeczy nie ma się najmniejszych wątpliwości: zarówno Laurie, jak zaproszeni przez niego do współpracy muzycy grają muzykę którą kochają – i doskonale się przy tym bawią. A słuchacz razem z nimi…