Wokół początków życia

(219 - styczeń - luty 2018)

Dla chorych na grzech

ks. Mariusz Pohl

Chorzy potrzebują lekarza, ranni polowego szpitala, grzeszni przebaczenia i nadziei 

Mam na myśli to, że wśród ochrzczonych jest coraz więcej ludzi niewierzących, niepraktykujących, obojętnych na sprawy wiary, walczących z Kościołem, zrażonych do księży, odrzucających nauczanie Kościoła na tematy moralne i praktycznie kontestujących moralność chrześcijańską. Tacy ludzie jednak nie ustawią się w kolejce do konfesjonału. Potrzebują najpierw ewangelizacji. 

Ale w Kościele są i tacy, którzy również nie ustawią się w kolejce do konfesjonału ani nie podejdą do księdza, żeby porozmawiać, bo nie widzą dla siebie możliwości przebaczenia, pojednania i przemiany. Tym potrzebny jest właśnie „szpital polowy”, takie duszpasterskie „pogotowie ratunkowe”, które szybko dojedzie do nich na miejsce ich życiowych dramatów ze słowem nadziei, pociechy i umocnienia. 

Te dramaty są zwykle związane z grzechem, którego ci nieszczęśliwi ludzie są bardzo głęboko świadomi i boleśnie go doświadczają, ale nie widzą dla siebie perspektyw wyjścia i ratunku. To mogą być grzechy nałogowe, które mimo spowiedzi i niezliczonych postanowień poprawy od lat się powtarzają. To mogą być trwałe „stany grzechu” związane np. z życiem w związku niesakramentalnym, z których najczęściej nie ma realnie dostępnego wyjścia. Mogą to być głęboko raniące i upokarzające grzechy, których nie da się przezwyciężyć bez specjalnej łaski i bardzo kosztownego wysiłku, na który większości ludzi nie stać. Wreszcie mogą to być ciężkie grzechy z zamierzchłej przeszłości, np. aborcja, która pozostawiła tak trwałe ślady i głębokie rany, że do dziś ktoś nie potrafi się z nimi uporać. Czy tacy ludzie mieliby być skazani na rozpacz?

Nie każdy jest zdolny do heroicznego powstawania z upadków, w które popadł, nieraz bez własnej złej woli; bardziej z nieostrożności czy podstępnego działania świata wrogiego Bogu. Tacy ludzie przeżywają wielkie cierpienie i potrzebują pomocy, ale często nie widzą, skąd ta pomoc miałaby przyjść. A my, ludzie dobrze zakorzenieni w Kościele – tylko dzięki Bożej łasce, która uchroniła nas od zboczenia na manowce – nie bardzo widzimy, jak moglibyśmy im pomóc. Albo też zwalniamy się od tej pomocy, ograniczając się tylko do bezlitosnego stwierdzenia faktu: „sami są sobie winni”, że „trzeba było słuchać Kościoła”, że ich przecież przestrzegaliśmy itp. Być może jest to nawet prawda, ale to nie wnosi nic pozytywnego do ich sytuacji, a nieraz pogrąża ich jeszcze bardziej w beznadziei. 

Każdy człowiek ma swoją własną odporność na pokusy, tempo dojrzewania, swój zasób sił, swoją historię i uwarunkowania. Dlatego trzeba być bardzo wrażliwym i ostrożnym w wydawaniu osądów, o ile w ogóle mamy do nich prawo. Człowiek ma prawo do popełniania błędów i zwykle sam płaci za nie cenę. Nie musimy go za to dodatkowo potępiać i gnębić, natomiast powinniśmy pomóc w uniknięciu przykrych konsekwencji. We wszelkich ocenach mamy zawsze kierować się prawdą i miłością. Prawda o ludzkiej historii jest nieraz bardzo przykra i nie da się jej zmienić, bo nie zmieni się faktów z przeszłości; można je co najwyżej przebaczyć. Ale jeśli na tę historię i na człowieka, który ją przeżył, spojrzymy z miłością, tak jak patrzy Bóg, to damy temu człowiekowi siłę do zmiany siebie: fakty i historia pozostaną, ale on będzie już inny, bo Bóg mu przebaczył. Czyż więc i my nie powinniśmy przebaczyć, a przynajmniej nie potępiać? 

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym "Wieczerniku".