Dary Ducha Świętego

(201 - wrzesień - październik 2014)

z cyklu "Z Kopiej Górki"

Dla szaleńców

Magdalena Hajduk

Panu Bogu nie przeszkadzać i siebie nie zabić

Świadectwo z rocznej posługi w Centrum Ruchu Światło-Życie w Krościenku nad Dunajcem

Trudno jest powiedzieć, ba! napisać świadectwo z tak bogatego czasu, jakim był ostatni rok – rok posługi w Centrum Ruchu Światło-Życie w Krościenku nad Dunajcem. Bo był to po prostu czas niesamowitego działania Pana Boga w moim życiu. Cała przygoda, która rozpoczęła się przed rokiem podczas Centralnej Oazy Matki, w chwili gdy to piszę znajduje swój finał. I z jednej strony czuję w sobie wielką radość, że mogę kogoś tym świadectwem umocnić, może zachęcić do podobnej przygody, z drugiej jednak pojawia się smutek, że kończy się coś pięknego. 

Wielu osobom wydaje się, że we wspólnocie żyją idealni ludzie, bez wad, życie jest sielanką, brak tu sporów, nieporozumień. Przed rocznym wolontariatem bywałam dość często na Kopiej Górce, znałam to miejsce, ludzi, wiedziałam, na co się piszę ze wszystkimi tego konsekwencjami. Przyjeżdżając tu na rok byłam świadoma tego, że w wielu momentach nie będzie łatwo, że przyjdą trudności, że na własnej skórze przekonam się, co znaczy zdanie „nie musisz wszystkich lubić, ale masz wszystkich kochać”. Tak też się stało, ale przez te trudności Pan Bóg miał mi coś do powiedzenia – chciał mi powiedzieć, albo raczej pokazać moje słabości, moją grzeszność. „Czego nie zobaczysz w sumieniu to wyjdzie w doświadczeniu” – to sformułowanie w życiu wspólnotowym ma jak najbardziej zastosowanie. Jednak owo pokazanie mi moich słabości sprawiło, że każdego dnia mogłam i mogę jeszcze bardziej kochać. To jak ze św. Piotrem, który zaparł się Jezusa trzy razy, a później zmartwychwstały Pan zapytał go: „Czy miłujesz Mnie więcej?” Gdyby Piotr nie doświadczył swojej słabości, upadku, nie byłby w stanie kochać bezwarunkowo, bo to po upadku doświadczył prawdziwej miłości. Trudności i kryzysy świadczą o tym, że żyjemy i się rozwijamy, a ludzie, którzy nie doświadczają kryzysów są często głusi na głos Boga.

Życie codzienne w Centrum – nie ma co ukrywać – jest inną codziennością niż w świecie. Tutaj normą jest codzienna Eucharystia, wspólna Jutrznia, Nieszpory, Różaniec, wspólne posiłki. Dla mnie było to doświadczenie tego, że niezwykłość objawia się przez rzeczy zwykłe. Niezwykłość, jaką jest właśnie życie charyzmatem Światło-Życie na co dzień, w każdej sytuacji, w każdej chwili dnia. Wtedy, gdy idę na Namiot Spotkania i wtedy, gdy wykonuję swoją pracę, posługę w sposób uczciwy, najlepiej jak tylko potrafię. To właśnie w tym czasie zrozumiałam, co znaczy ‘świętość w codzienności’. Bo choć życie w Centrum z jednej strony jest inne niż w otaczającym nas świecie, to z drugiej jest w wielu momentach życiem jak w każdym domu, z takimi samymi obowiązkami i problemami. 

Posługa na Kopiej Górce to także czas odkrywania swoich darów i charyzmatów bardziej niż do tej pory. W wielu nieprzewidzianych sytuacjach było trzeba zrobić coś, co po ludzku, z mojej perspektywy, jest dla mnie nie do wykonania. Później okazywało się, że z Bożą pomocą wszystko się da, a ja sama nie zdaję sobie sprawy z tego, jak wiele mi Pan dał, abym mogła służyć. Ale tu zaczynają się właśnie teraz schody – bo skoro dał, to znaczy, że mam to pomnażać. „Komu wiele dano…”

„Panu Bogu nie przeszkadzać i siebie nie zabić” – tak bym chciała zatytułować to świadectwo. Dlaczego właśnie taki tytuł? Z bardzo prostego powodu. W swoim życiu (i pewnie większość z nas tak ma), mam niezwykłą zdolność do przeszkadzania Panu Bogu we wprowadzaniu Jego planu w moje życie. Staram się to popsuć i rozwalić na wszelkie możliwe sposoby. Ten rok był nauką tego, jak Jezusowi nie przeszkadzać, jak mu ufać, jak oddawać każdy dzień i każdą nieprzewidzianą sytuację, która mnie spotyka. Bo jeśli brak ufności, to i o zabicie siebie bardzo łatwo. Najprościej siebie zabić udając – że wszystko jest w porządku, że nie mam prawa do błędu, że nie mam słabości… Okazało się, że wysiłek udawania jest cięższy niż jakakolwiek praca czy brak snu.

Może zawiodłeś się, drogi Czytelniku, że nie pisałam w tym świadectwie o ilości wyprasowanych alb, puryfikaterzy (w czasie wolontariatu zajmowałam się głównie zakrystią), o setkach kilometrów przejechanych naszym Peugeotem w drodze na rekolekcje czy inne spotkania, o praniu, zamiataniu, przyjmowaniu gości.. Chciałam podzielić się tym, czego Duch Święty dokonał w moim sercu, głównie oczywiście przez te zajęcia, ale to nie one są sednem sprawy, a ich Sprawca. 

Gdy mówiłam moim znajomym przed rokiem o decyzji wyjazdu, wielu mówiło: „jesteś szalona”. Teraz rozumiem, że ludzie często nazywają kogoś szaleńcem tylko dlatego, że robi coś, na co im nie starcza odwagi czy determinacji. 

Pisząc to świadectwo siedzę na Małołączniaku w Tatrach Zachodnich (2096 m n.p.m), korzystając z ostatniego oddechu przed zbliżającym się COMem. Życie zatoczyło krąg – przygoda rozpoczęła się podczas Zesłania Ducha Świętego i w tym samym czasie zmierza ku końcowi. Patrzę z góry na oddalone nieco Zakopane, które zostało pod chmurami,  na odległy świat, który został kilkaset metrów niżej, daleko ode mnie. Nie tyle fizycznie, bo tylko 3h drogi, ale duchowo. W górach wszystkie troski i problemy codzienności czy nieznanej przyszłości wyglądają inaczej. Tutaj liczy się ta chwila, ten moment, w którym mam właściwie zrobić krok do przodu z uwagą, bo jeden niewłaściwy ruch może mnie tak wiele kosztować. Doskonały obraz naszego życia. I ten ostatni rok był takim ryzykownym postawieniem kroku, ale kroku do przodu, dzięki któremu pokonałam ogromnie daleką drogę przez przepaść – drogę w głąb siebie. Każdy koniec rodzi nowy początek – pewnie tak samo będzie i tym razem. Roczny wolontariat to nie opcja dla ludzi doskonałych, bo takich nie ma. To propozycja dla szaleńców, którzy chcą zaryzykować krok do przodu w swoim rozwoju, w swojej duchowości, w poznawaniu siebie. To szansa dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak wiele posiadają. To zaproszenie zarówno dla tych, którym charyzmat naszego Założyciela, Sługi Bożego ks. Franciszka jest drogą do świętości, jak też dla tych, którzy chcą głębiej poznać Ruch i go pokochać. To zaproszenie dla każdego, kto nie boi się wyzwań. To decyzja dla szaleńców. Bo w życiu liczy się tylko to, co szalone, ale pod jednym warunkiem – trzeba to szaleństwo przeżyć. Ja mam jedno z tych szaleństw, które się nazywa „Roczny wolontariat w Centrum”, za sobą. Teraz Twoja kolej.