Dziecko - dar i wezwanie

(141 - styczeń 2006)

Dlaczego ja? (świadectwo)

Mama

Bóg podarował nam nasze dziecko i przywrócił czas, który wydawał się zmarnowany

Dlaczego ja? Dlaczego to nam się nie udaje? Dlaczego nie możemy począć dziec­ka, chociaż tak bardzo chcemy? Takie pytania rodziły się na początku naszego małżeństwa... Nie chcieliśmy odkładać na później dzieci. Znaliśmy się dobrze, nie byliśmy już bardzo młodzi, mieliśmy wspólne cele, przekonanie, że rodzina to piękna i dobra droga obdarowywania się miłością, budowania czegoś wartościowego, podziele­nia się tym wszystkim, co Bóg nam dał. Próbowaliśmy przekazać życie... począć maleń­stwo i od samego początku troskliwie się nim zająć... a tu nic...

Tak wiele było prób, rozpaczliwych oczekiwań...tak wiele trudnych rozczarowań, na­pięć i łez w sprawdzaniu, czy tym razem się udało, nadziei, że może tester się pomylił, że może wynik będzie pozytywny... tak wiele bólu, żalu i zrezygno­wania w kolejnych niepowodzeniach... Ten pro­blem całkowicie mnie przerósł (może jak każda pró­ba).

Okazało się, że moja wiara jest za słaba, moje oddanie Bogu, poddanie się Jego prowadzeniu nieprawdziwe. Okazało się, że bardzo mocno przywiązana jestem do moich planów, wyobrażeń, tak przecież dobrych, szlachetnych. Znikła deklarowana chęć rezyg-nacji z siebie, gotowość służby... Pojawiły się bunt, gniew, bezsilność i... kompletny brak alternatywy... Co robić, czym się zająć, jak wykorzystać ten prze-ciekający przez palce czas, to bezradne, bezsensow- ne czekanie? Czego ten Bóg ode mnie, od nas chce?

     Zabraliśmy się za rozwiązywanie problemu niemożności poczęcia dziecka. Zaczęliśmy od badania płodności męża, plemniki były żywotne, zwarte i, przeszliśmy więc do szukania przy­czyn we mnie. Osobiste, szczegółowe obserwacje organi­zmu, liczne wizyty u lekarzy, wspomagania farma­kologiczne i wciąż nieudane próby, potem in­wazyjne badania laparoskopowe i... znalezienie przyczyny niepłodności - endometriozy - przero­stu, rozrostu tkanki wyścielającej macicę, w której zagnieżdża się i rozwija zapłodniona komórka (czy to nie absurd?). Należało poddać się leczeniu... Trzeba było na pół roku odłożyć starania o dziecko, kuracja polegała na podawaniu środków antykoncepcyjnych (to też wydawało się absurdalne!). Potem następowały kolejne zmagania medyczne z moją kapryśną naturą, które nie były złe, ale utwierdzały mnie w przekonaniu, że nic tą drogą nie zyskam...

Dzięki Bogu razem z mężem wyznaczyliśmy pewne granice medycynie. Wykluczyli­śmy metodę in vitro, a po wielu rozmowach, poszukiwaniach, rozważaniach zrezygno­waliśmy też z inseminacji. W końcu zgłosiliśmy się do ośrodka mediacyjno-adopcyjnego Pro Familia. Od początku kłopotów z poczęciem, a nawet od początku naszej znajomo­ści, braliśmy pod uwagę możliwość adopcji. Mieliśmy szczęście w tej sprawie prezento­wać podobne przekonanie. A jednak odkładaliśmy zgłoszenie... Kiedy już dotarliśmy do ośrodka, przeżyliśmy kolejne rozczarowanie. Oczekiwanie na sześciotygodniowe maleń­stwo miało trwać około 3 lat! Czy nie dość się naczekaliśmy? Znowu fala niezrozumienia, zniecierpliwienia, rozżalenia i buntu uderzyła w nas mocno, a może bardziej we mnie... Ale nie było innego wyjścia... tylko czekać.

Teraz wiem, że ten czas był bardzo potrzebny. Jego uwieńczeniem okazała się piel­grzymka, na którą postanowiliśmy się wybrać w intencji naszego dziecka. Nie należymy do miłośników tej formy przeżyć religijnych, zdecydowaliśmy się więc na Grupę Ciszy w pielgrzymce dominikańskiej z Krakowa (była krótka!). Doświadczaliśmy na niej niezwy­kłych rzeczy, przede wszystkim bliskości i opieki Boga. A najpiękniejsze było to, że pod­czas niej poczęło się nasze dziecko! Ma innych biologicznych rodziców, ale jest nasze, najukochańsze, najcudowniejsze, najwspanialsze... Bóg podarował nam je i przywrócił czas, który wydawał się zmarnowany. Zabrał wszystkie żale, rozczarowania, bunty. Dał ogromną radość i wielkie szczęście!