Radość Ewangelii

(200 - czerwiec - sierpień 2014)

Dobra nowina

Jan Halbersztat

Czy jest możliwe, abyśmy głosili Ewangelię tak, aby była ona zrozumiała – i możliwa do przyjęcia – także dla ludzi zupełnie innych, niż my?

„Misja wpisująca się w ludzkie ograniczenia” – tak głosi tytuł jednego z rozdziałów adhortacji Evangelii Gaudium. Głosiciele Ewangelii są ludźmi – ze wszystkimi ludzkimi słabościami i niedoskonałościami, z całym bagażem kultury w której zostali wychowani i sposobem myślenia właściwym dla ich kręgu kulturowego. Tak samo – i z tymi samymi ograniczeniami – ludźmi są ci, do których Ewangelia ma trafić. Czy zatem w ogóle jest możliwe, aby przekaz Ewangelii – przekaz Dobrej Nowiny o Chrystusie – był uniwersalny, aby mógł trafić do każdego człowieka? Czy jest możliwe, abyśmy głosili Ewangelię tak, aby była ona zrozumiała – i możliwa do przyjęcia – także dla ludzi zupełnie innych, niż my?

Papież Franciszek podkreśla kilka aspektów, na które każdy ewangelizator – a więc każdy chrześcijanin – powinien zwrócić uwagę. Zastanówmy się nad trzema krótkimi fragmentami z IV rozdziału adhortacji, aby sobie te aspekty uświadomić.

1. Kościół, będąc uczniem-misjonarzem, musi wzrastać w swojej interpretacji objawionego Słowa i w swoim zrozumieniu prawdy (p. 40).

Czy zdajemy sobie sprawę, że głosząc Ewangelię zawsze ewangelizujemy także siebie? Że jeśli chcemy, aby nasi bracia przyjęli Dobrą Nowinę, musimy nie tylko nią żyć, ale także samemu nieustannie ją zgłębiać? Czy mamy świadomość tego, że Kościół – choć, jak wierzymy, nieomylny i posiadający klucze interpretacji Objawienia – także nieustannie „wzrasta w swojej interpretacji objawionego Słowa”? Że nieustannie stara się zrozumieć je na nowo, że wciąż nowe prawdy i nową głębię w tym Słowie odkrywa?

Mam wrażenie, że czasami – choćby tylko podświadomie – dajemy się ponieść iluzji, że wszystko już o Panu Bogu wiemy, a Ewangelia nie ma dla nas tajemnic. Jeśli czegoś nie rozumiemy – sięgamy po uczone książki, gdzie „mądrzy ludzie” wyjaśniają wszystko dokładnie, rzeczowo i bez wątpliwości. Bo przecież skoro istnieje Magisterium, skoro mamy Tradycję Kościoła – to chyba nie ma już żadnych wątpliwości co do interpretacji Ewangelii i zrozumienia Słowa?…

To nieprawda! Kościół się nie myli, Tradycja jest jednym ze źródeł objawienia, ale Kościół nieustannie się rozwija. Teologia nie jest jedynie historią dochodzenia do Prawdy – to żywa nauka, która nieustannie zgłębia objawienie i nieustannie odkrywa w nim nowe głębiny. Mało tego – jak mówi Franciszek,

…na inny sposób robią to również inne dyscypliny naukowe. Na przykład, mając na myśli nauki społeczne, Jan Paweł II powiedział, że Kościół zwraca uwagę na ich wkład, „aby zdobyć konkretne wskazówki pomagające mu pełnić swoją misję Magisterium”.

Jeśli głosimy Ewangelię, pamiętajmy, że nie głosimy statycznej, zamkniętej, ustalonej raz na zawsze prawdy (choć oczywiście podstawowe założenia naszej wiary są niezmienne). Nie próbujmy sugerować ludziom, do których jesteśmy posłani, że reprezentujemy „wiedzę absolutną”, że mamy odpowiedź na każde pytanie, że przynosimy proste rozwiązanie każdego problemu. Pokazujmy, że głosimy prawdę tak wielką, tak nieskończoną – że sami nieustannie musimy ją zgłębiać, że sami wciąż na nowo musimy ją poznawać. Jeśli zachorujemy na „syndrom eksperta” („Ekspert nie myśli – ekspert wie!”), nie tylko nie uda nam się przekazać Dobrej Nowiny innym, ale także sam będziemy z niej coraz mniej czerpać.

2. „Jednocześnie olbrzymie i szybkie zmiany kulturowe wymagają, abyśmy nieustannie zwracali uwagę na to, by starać się wyrażać odwieczne prawdy w języku pozwalającym dostrzec ich nieustanną nowość, ponieważ w depozycie nauki chrześcijańskiej „czym innym jest istota (…) a czym innym jest sposób jej wyrażania” (p. 41)

Jakim językiem głosimy Dobrą Nowinę? Jak mówimy ludziom o Chrystusie? Czy nasze przywiązanie do określonych form językowych i kulturowych nie przesłania nam treści tego, co mamy głosić?

Kiedyś już o tym pisałem: aby dwie osoby mogły się porozumieć, muszą mówić tym samym językiem. Łatwo zapominamy o tym, że „język” za pomocą którego głosimy Ewangelię – czy w ogóle wchodzimy w jakąkolwiek głębszą relację z drugim człowiekiem – to nie tylko słownik i regulujące jego użycie reguły gramatyczne, ale także znajomość szeroko pojętej kultury, literatury i sztuki, filozofii, sposobu myślenia i mentalności określonej grupy ludzi. Jeśli zatem zastanawiamy się jakim językiem głosić Ewangelię, zadajmy sobie najpierw zasadnicze pytanie: komu ją głosimy. Jeśli mamy głosić – jak podpowiada podtytuł adhortacji – „we współczesnym świecie”, powinniśmy mówić językiem współczesnego świata. Papież podkreśla, że „czym innym jest istota (…), a czym innym sposób jej wyrażania” (co ciekawe – cytuje tu słowa Jana XXIII, wygłoszone podczas otwarcia II Soboru Watykańskiego, czyli już ponad pół wieku temu!). Istota naszego głoszenia pozostaje niezmienna – ale język, którym głosimy, musi się zmieniać. Bo zmienia się język którego używają ludzie, bo zmieniają się czasy. Nie wystarczy „mówić prawdę” – nawet jeśli jest to „święta prawda”. Trzeba mówić tę prawdę tak, aby słuchacz mógł ją zrozumieć i przyjąć. To bardzo ważne: celem głoszenia Ewangelii nie jest jej „wygłoszenie”, ale umożliwienie czy ułatwienie drugiemu człowiekowi spotkania z Chrystusem! Teologia, jak każda nauka, potrzebuje własnego języka do zgłębiania i analizowania Objawienia – ale jeśli głosimy Dobrą Nowinę, jeśli ewangelizujemy, nie wahajmy się mówić zwykłym, prostym, współczesny językiem. Jezus mówił swoim uczniom o łacie ze świeżego sukna na starym płaszczu i o młodym winie w starych bukłakach (Mt 2,21–22). Jakże łatwo zapominamy o tym, że Chrystusowa Ewangelia jest wiecznie młoda, jest zawsze nowa. Że „bukłaki”, w które chcemy wlewać ten drogocenny napój, nawet jeśli były zupełnie nowe jeszcze 10 czy 20 lat  temu, dziś już się być może zastarzały… Zastanówmy się, czy nie powinniśmy – kapłani i świeccy, kaznodzieje i ewangelizatorzy – powiesić sobie nad łóżkami, dla pamięci, takiego fragmentu z papieskiej adhortacji:

"Niekiedy wierni, słuchając języka ściśle ortodoksyjnego, wynoszą coś całkowicie obcego autentycznej Ewangelii Jezusa Chrystusa, ze względu na język przez nich używany i rozumiany. Mając święty zamiar przekazania im prawdy o Bogu i człowieku, przekazujemy im w pewnych sytuacjach fałszywego boga lub ideał ludzki, który naprawdę nie jest chrześcijański. W ten sposób pozostajemy wierni jakiemuś sformułowaniu, ale nie przekazujemy istoty rzeczy."

I na koniec:

3. „W procesie nieustannego rozeznawania Kościół może także dojść do przekonania, że niektóre jego zwyczaje nie są bezpośrednio związane z sercem Ewangelii i – choć niektóre z nich bardzo zakorzeniły się w historii – dziś nie są interpretowane tak samo, a ich przesłanie zwykle nie jest właściwie odbierane. Mogą one być piękne, ale dzisiaj nie służą już właściwemu przekazowi Ewangelii. Nie bójmy się dokonać ich rewizji. Podobnie istnieją normy lub przykazania kościelne, które mogły być bardzo skuteczne w innych epokach, ale które nie mają już tej samej siły wychowawczej jako drogi życia.” (p. 43)

„Niektóre zwyczaje Kościoła nie są bezpośrednio związane z sercem Ewangelii. Nie bójmy się dokonać ich rewizji”. To nie apel jakichś samozwańczych reformatorów, lekceważących historię i Tradycję. To nie próba „rozmycia tożsamości Kościoła” i „odejścia od prawdziwej wiary w imię przypodobania się światu”. To słowa papieża, biskupa Rzymu, zawarte w adhortacji apostolskiej!

Tak jak Jan Paweł II nieustannie przypominał, że ważniejsze jest „być” niż „mieć”, tak Franciszek od pierwszych dni swojego pontyfikatu zdaje się przypominać nam stanowczo, że treść jest ważniejsza niż forma. A jeśli forma nie odpowiada treści – albo, co gorsza, jeśli tę treść zaciemnia, utrudnia jej zrozumienie i czyni mniej przystępną – to taką formę można (czy wręcz należy) zrewidować. Musimy zatem zadać sobie zasadnicze pytanie: co – i Kogo – głosimy.

Jesteśmy członkami Kościoła katolickiego – wspólnoty o wielkiej historii, wspólnoty która stworzyła ogromny gmach filozofii, wysokiej kultury, wybitnej sztuki, która stała się jednym z fundamentów cywilizacji europejskiej i (pośrednio) nie tylko. I dobrze, że tak jest – ale musimy pamiętać, że kiedy głosimy drugiemu człowiekowi Dobrą Nowinę, mamy mu przekazywać Ewangelię, a nie naszą filozofię, kulturę, sztukę i tradycję (choćby najwspanialszą i najbardziej czcigodną). Mamy głosić czystą Ewangelię – bo przecież Boże przesłanie skierowane jest do każdego człowieka, wychowanego w dowolnej tradycji, kulturze, filozofii.

„Bóg nie ma względu na osoby” – mówi Piotr w Dziejach apostolskich (Dz 10,34). Bóg przychodzi to każdego, niezależnie od języka, koloru skóry, kultury, narodowości, tradycji. Mamy naszą kulturę, sztukę, tradycję i filozofię? Wspaniale: czerpmy z tej skarbnicy, rozwijajmy ją, pielęgnujmy, bo być może pomaga nam żyć, pomaga być bardziej ludźmi, otwierać się na piękno, dobro, a więc także na Boga.

Ale kiedy głosimy Dobrą Nowinę – głośmy Ewangelię Jezusa, a nie zachwyt dla dwudziestu wieków kultury. Nie głośmy nic, co „nie służy właściwemu przekazowi Ewangelii”. Umiejmy ewangelizując oderwać się od wszystkiego tego, co „tylko nasze” na rzecz czystej, nieskażonej Dobrej Nowiny.