Dary Ducha Świętego

(201 - wrzesień - październik 2014)

z cyklu "Pamięć świadków"

Dojrzał do świadectwa

Maria Różycka, Julia Beutel

15 lipca 1976 r. Stanisław Beutel przybył z małżonką i synem na oazę rekolekcyjną do Krościenka. Napisał później o tym w ankiecie: „Przyjechałem, aby przeżyć urlop po chrześcijańsku… Spełnienie moich marzeń przeszło jednak moje najbardziej optymistyczne oczekiwania. Przeżywanie chrześcijaństwa we wspólnocie oazowej przekroczyło moje wyobrażenia”.

Wszyscy uczestnicy tamtej oazy zauważyli, jak bardzo głęboko przeżył ten czas. Jego młodzieńczy zapał, entuzjazm, udzielały się innym. Opisał te doświadczenia następująco: 

„Z niczym – największym i najwspanialszym, nie da się porównać wspólnotowego przeżycia Eucharystii. Ofiara Eucharystyczna na oazie to wspólnota sióstr i braci, to wspólnota Ludu Bożego, ożywiona jednym duchem, analogicznie do Kościoła pierwotnego. 

Piętnastodniowe rekolekcje, oparte na trzech częściach różańca, zgodnie z rokiem liturgicznym Kościoła, pozwoliły mi zrozumieć, przeżyć i ukochać naszą wiarę, i Tego, który nam ją dał.

Dojrzałem do dania świadectwa mojej wiary. Poznałem działanie małych wspólnot, zrozumiałem znaczenie i wartość Domowego Kościoła, jako koniecznego środka prowadzącego do uświęcenia się i jako drogi prowadzącej do uświęcenia całej rodziny. Tzw. dialog małżeński, o którym nas pouczono, nie był dla nas rzeczą nową. Ale dopiero wczoraj po raz pierwszy, przeprowadziliśmy go z żoną 'po Bożemu', rozpoczynając i kończąc modlitwą ożywioną wiarą, że Chrystus i Duch Święty są wśród nas. Spełniły się słowa Pisma Świętego: «Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia».

Dziękuję Ci Boże, że jestem członkiem Kościoła, dziękuję Ci Chryste za Twój dar – codzienny Chleb Żywota i tak wspaniałe życie, za daną mi obietnicę wiecznej szczęśliwości w wewnętrznym życiu Boga w Trójcy Jedynego”.

Wyjechał z rekolekcji z mocnym postanowieniem założenia Kręgu Wspólnot Rodzinnych Ruchu Światło-Życie we Wrocławiu. To, co Stanisław napisał – wykonał w całej pełni. Okazał się rzeczywiście dojrzałym do dania świadectwa swojej wiary.

W rok po pierwszej oazie wakacyjnej przyjechał znów Stanisław z żoną do Krościenka. Pełnili tu funkcje pary animatorskiej. Po bardzo ofiarnej i owocnej pracy, pod koniec turnusu wyraził podczas modlitwy prośbę, aby Duch Święty udzielił im światła, w jaki sposób mają spędzić pozostałe dwa tygodnie urlopu. Ostatecznie pozostali wraz z żoną w Krościenku, znów jako animatorzy. Tym razem w oazie dorosłych, pomagając jednocześnie w prowadzeniu rozmów ewangelicznych w Oazie Rodzin. Na prośbę księży gorzowskich Staszek i Lusia (żona) posługiwali jako animatorzy w Tylmanowej. Była to pierwsza tego typu oaza gorzowska.

Staszek był człowiekiem czynu ale – co najbardziej zwracało uwagę – także modlitwy. Ileż to razy zastawaliśmy go w pustej kaplicy rozmodlonego i jakby nie widzącego, co się wokół niego dzieje. Jakże głęboko i autentycznie włączał się przy różnych okazjach w modlitwę spontaniczną albo sam ją inicjował. (…) To właśnie głębokie życie modlitwy było motorem jego działalności, zapału i gorliwości. 

Dwa pełne lata, które minęły od tej chwili, były czasem całkowitego oddania się sprawie Ruchu, pogłębienia osobistej formacji, oraz udzielania się na zewnątrz – mimo pracy zawodowej (był pracownikiem naukowym na Politechnice Wrocławskiej). Uczestniczył w Oazach Modlitwy, należał do charyzmatycznej grupy modlitewnej, brał udział w czterodniowych Rekolekcjach dla Animatorów Rodzin oraz Oazach Ewangelizacyjnych. Przewodniczył wraz z żoną Kręgowi Rodzin w swojej parafii, starał się nieustannie o powstawanie takich kręgów w innych parafiach Wrocławia. np. na Psim Polu i innych.

W czasie ostatnich rekolekcji w Krościenku (…) Staszek z żoną wraz z kilkoma małżeństwami z Ruchu, złożyli w czasie Mszy Św. oficjalne przyrzeczenie życia według ducha i wytycznych wspólnot rodzinnych Ruchu Światło-Życie. 

10 sierpnia tegoż roku Stanisław Beutel zginął w Tatrach. 

 

Z homilii ks. prof. F. Blachnickiego, wygłoszonej podczas Mszy Św. pogrzebowej w kaplicy Dobrego Pasterza w Krościenku n/ Dunajcem(fragmenty).

Bracie Stanisławie, (…) możemy sobie dzisiaj wyobrazić jak wyglądają szczątki twego ciała, które stoczyły się w skalistą przepaść z wysokości osiemdziesięciu metrów, a później spadła jeszcze na nie lawina ciężkich głazów. (…) 

Przed naszym nabożeństwem żałobnym rozmawiałem krótko z księdzem Stanisławem [Babiczem], który był towarzyszem (…) i prawie świadkiem tego, co się stało. (…)

Kiedy ksiądz Stanisław i drugi Stanisław przechodzili obok przepaści, tak sobie żartowali: gdybyś stąd spadł, nie było by co zbierać.

Ale zdążył bym najpierw dać ci rozgrzeszenie. A Stanisław [Beutel] powiedział wtedy żartobliwie: lepiej z dobrem w dół, niż ze złem do góry. – I tak właśnie było….. (…) A to dobro, które miał w duszy, to ni mniej ni więcej, tylko Duch Święty! (…)

Nie to tajemnicą – znamy Stanisława, wielu tu obecnych zna go bliżej, że był to człowiek napełniony Duchem Świętym; otrzymał wiele darów – charyzmatów Ducha Świętego. Duch Święty działał w nim tak, że rzucało się to w oczy wszystkim, którzy się z nim spotykali. Widoczne były (…) owoce Ducha Świętego, a zwłaszcza radość. I znów świadectwo księdza Stanisława (…): zdarzyło się, że mógł być po raz drugi na Mszy św. z jakąś grupą. Wielka radość! Jeszcze raz mogę uczestniczyć w Eucharystii, jeszcze raz mogę przyjąć Pana Jezusa! I ta radość z oglądania wspaniałej przyrody, podczas ostatniej wędrówki. (…)

Dlatego Stanisławie żegnamy cię z wiarą – nie w rozpaczy (…); wierzymy, że jesteś w światłości wiekuistej, że Duch Święty ukazał ci już w pełni to Światło, które przez wiarę oglądałeś w swoim życiu (…). Ufamy, że będziesz się wstawiał za dziełem Żywego Kościoła, za Ruchem Światło-Życie, który tak umiłowałeś, za grupami modlitewnymi, z którymi byłeś złączony (…). 

Ufamy, że kiedyś spotkamy się wszyscy w tym wspaniałym dniu Zmartwychwstania".

 

Tadeusz Różycki z Wrocławia. Wspomnienie o przyjacielu (fragmenty).

Pierwszy raz zobaczyłem Staszka Beutela na lekcji chemii (…). Pamiętam go z tego czasu, jako szybko poruszającego się, uśmiechniętego, nieco nerwowego nauczyciela (…). Następne [spotkanie] miało miejsce już w mojej pierwszej pracy. Powitałem go z radością, już bez strachu, bo trzeba powiedzieć, że w szkole trochę się go bałem. I znowu Staszek był mi nauczycielem. Już nie belfrem, ale nauczycielem. A może to ja byłem ciągle jego uczniem? Z perspektywy 30 lat widzę to inaczej. Wtedy nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego tak chętnie odwiedzam jego pracownię (często pod pretekstem spraw służbowych. Staszek dyskretnie czuwał nade mną. A kiedy był czymś zaniepokojony, po prostu mówił mi o tym: panie Tadeuszu, doszły mnie słuchy, że dość często popija pan z panem X. Martwię się tym. Jest pan młody, tak łatwo wpaść w szpony nałogu; proszę, żeby się pan zastanowił…Te słowa pamiętam do dziś i pewnie dlatego od 16 lat jestem członkiem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Bóg jeden wie, jakie byłyby moje dalsze losy, gdyby nie ta opieka Staszka. Był mi coraz bardziej powiernikiem. (…)

Któregoś dnia po urlopie, Staszek podekscytowany powiedział do mnie: wiesz, wróciłem z oazy! Okazało się, że to rekolekcje, ale inne…

Opowiedział mi, jak ludzie się modlą, jak można odmawiać różaniec (chodziło o dopowiedzenia), że z Lusią zakładają Krąg Rodzin. To był mój pierwszy kontakt z Ruchem Światło-Życie. A potem były ewangelizacje i spotkania modlitewne, na które Staszek mnie zapraszał. Ciągle jednak byłem poza Ruchem.(…) Do Kościoła Domowego wstąpiliśmy z Kasią w 10 lat po jego śmierci. (…)

Miejscem, z którego spadł Staszek były Kozie Czuby. W te noc postanowiłem sobie, ze pójdę tam kiedyś z ks. Babiczem. Czułem, że jestem to jakoś Staszkowi winien. Nie wiedziałem wtedy, że dane mi będzie spełnić to postanowienie dopiero po 20 latach, niemal dokładnie w dniu, w którym zginął. (…)

Pogrzeb [jego] we Wrocławiu był niesamowity. Takiego radosnego nastroju na pogrzebie nie widziałem nigdy przedtem ani potem.

Były pieśni chwały intonowane przez Lusię. Alleluja powtarzało się co chwila. Przyznam, że nie byłem przygotowany na taką radość. Mnie było po prostu żal. Teraz wiem, że było mi żal siebie, bo straciłem powiernika. Ale życie pokazało, że go nie straciłem, że Staszek wstawia się za mną i naszą rodziną.

Często zwracam się do niego jak dawniej, zarówno wtedy, kiedy jest mi źle, jak i w radości. 

W 10 lat po jego śmierci wstąpiliśmy z Kasią [żoną] do Kościoła Domowego, a 5 lat później Marysia pojechała na swoją oazę I stopnia. A to, że teraz służy ruchowi, to też niewątpliwie Staszka wstawiennictwo, chociaż to jej decyzja. Bo myśli moje nie są myślami waszymi, a wasze drogi moimi drogami. (Iz 55,8). 

Wybór tekstów i opracowanie K. Sz. 

 

Stanisław Beutel był – i jest… moim chrzestnym Ojcem. I choć nie poznałam Go osobiście, jest mi bardzo bliski. Był nauczycielem mojego Taty, a potem jego przyjacielem i duchowym przewodnikiem. Dlatego, po moim urodzeniu został poproszony przez moich Rodziców, aby był moim chrzestnym. Najpierw nie chciał się zgodzić – bo był przekonany, że… nie dożyje nawet mojej I Komunii św. (co wydawało się wówczas absurdalne – czemuż zdrowy, wysportowany człowiek miałby nie przeżyć kolejnych kilku lat…), ale w końcu uległ prośbom i wraz z przyjaciółką mojej Mamy stanęli przy mnie w chwili mojego chrztu. 

To było w maju 1978 r. Niecałe trzy miesiące później Wujek Staszek (tak o nim mówili mi Rodzice i tak o Nim myślałam) zginął w Tatrach, na Kozich Czubach… Mało że nie dożył mojej I Komunii św., to nawet I rocznicy urodzin i chrztu… 

Znam go z opowiadań Rodziców i jego żony – Cioci Lusi; ze zdjęć (dostałam dwa: jedno eleganckiego pana, w kapeluszu – profesora, nauczyciela…, a drugie – zapalonego taternika na skalnej ścianie), a także z homilii ks. Franciszka Blachnickiego z Mszy św. sprawowanej w Krościenku po jego śmierci. Mimo że fizycznie nie ma go w moim życiu, to mocno odczuwam Jego opiekę i wstawiennictwo z nieba. Wiem, że czuwał nade mną na drodze mojej wiary, był przy ważnych życiowych decyzjach i cały czas opiekuje się mną – jako chrzestny Ojciec.