Życie konsekrowane

(193 - maj - czerwiec 2013)

Droga

s. Wirginia, niepokalanka

Przeżywanie powołania na różnych etapach życia

Przyszłam do klasztoru jako osiemnastoletnia dziewczyna pełna ideałów i lęków zarazem. Może wyidealizowanego wyobrażenia o sobie i o innych… i lęku, czy dorówna tym ideałom… Pan Jezus wydawał się taki bliski, na wyciągnięcie ręki. Słowa jakby prosto wchodziły do serca i przynaglały do odpowiadania miłością. Charyzmat zgromadzenia poznawany z dnia na dzień potwierdzał wybór, bo był zwerbalizowanymi moimi pragnieniami. Życie w czystości, by serce nie należało do żadnej osoby, a wyłącznie do Niego i do każdego człowieka przez Niego. Ubóstwo, by nie mieć nic dla siebie tylko wolność serca, która cieszy się z tego, co otrzymuje i oddaje to, co może innym pomóc. A posłuszeństwo przecież jest otrzymywaniem woli Pana i tylko pozostaje wypełniać ją, by być coraz bliżej. Serce gorące, ale ręce nieporadne czyniące po swojemu śmieszną wymyślną gorliwością. Mówili „przejdzie Ci ta pierwsza gorliwość jak pierwsze zakochanie”. Nie chciałam się z tym pogodzić. Mówiłam sobie, że nie chcę kochać mniej, słabiej. Jak w pięknym małżeństwie miłość zmienia formę wyrazu, ale nie słabnie. 

Bywał także lęk: „Panie czy mi się nie wydaje?” Kiedy widziałam swoje odbicie w szybie w welonie nowicjackim, nie dowierzałam, że to ja… czasem śniło mi się, że chodzę w dżinsach i w welonie ;-) Koleżanki ze szkoły mówiły: co ci się stało, przecież byłaś taką normalną dziewczyną. No właśnie… a czasami wydawało mi się, że muszę być teraz kimś innym. Moje siostry, które znały mnie przed wstąpieniem do klasztoru mówiły: co się z tobą dzieje, gdzie jest Twoja naturalna wesołość i spontaniczność… Moje ideały pokazywały mi, że muszę być kimś innym… Musiał mnie Pan Jezus uczyć, że chce mnie taką, jaką jestem… 

Początki życia ślubami to jak miodowe miesiące. Nie dlatego, że zawsze przyjemnie, ale dlatego, że wszystko skupione na Oblubieńcu i wybieraniu Jego we wszystkim, ponad wszystko i pomimo wszystko. Z czasem stawało się widoczne, jak wiele nas jeszcze dzieli, jak nie całe jeszcze serce jest dla Niego. Ale On sam to pokazuje, troszcząc się o coraz większą bliskość i rozpala serce skruchą:

Stoisz w kolejce po moje serce

Odeszli pierwsi

Poszli ostatni

Ty jeszcze za nimi

Cierpliwy, pokorny, wręcz niepozorny

Wisisz na krzyżu

Wyciągasz ręce

I tęskniąc patrzysz

Czemu nie hukniesz, nie walniesz pięścią

Żem wciąż dla Ciebie tak tylko częścią?!

Trochę dla tego

Trochę od tego

A Ty wciąż czekasz – sam– potajemnie

Wreszcie mnie zabierz!

Tak jak przez grabież

Boski Złodzieju

Niespodziewany

Chciany, kochany, wyczekiwany…

 

Czasem Pan się ukrywa i wtedy zwłaszcza Matka Boża jest szczególną pośredniczką:

Bądź mi oliwą w kaganku czuwania

Gdy zasnę w progu czekając na gody

Ciemno, choć świta i z mgieł się wyłania

Do siebie zaprasza Najmilszy, Pan młody

 

Wraz z wiekiem miłość oblubieńcza potrzebuje znaku owocu. Wraca z intensywnością, czasem bolesną, pragnienie macierzyństwa. Moja praca w szkole z dziećmi i młodzieżą daje możliwość duchowego macierzyństwa i czasem praktycznej matczynej troski o nich. Twórczym choć trudnym doświadczeniem było stanięcie oko w oko ze swoimi potrzebami i przemienienie ich w sercu. A jak to się dokonało?

Mój kochany synu o ciemnych oczach i silnych barkach.

Szukam cię w twarzach do mnie posłanych, tęsknię za tobą,

czekam aż zrodzisz się we mnie z mej duszy,

z uczuć, z mojej tęsknoty,

mojej kobiecości, z mojego macierzyństwa.

Synku kochany o ciemnych oczach i mocnych dłoniach

zapatrzony w Ojca, niosący powiew nadziei w bezradność dnia i mroczność nocy.

Chcę cię karmić piersią własną, tulić i pieścić,

czuwać nocami, całować twoje stópki maleńkie…

Synku najdroższy, jeden i wielu…

Łono ciała mego puste a tęskniące, gotowe.

Minęły burzliwe, bolesne emocje,

strach niemiłosierny gorzkiej niepłodności,

czekanie na twoje potłuczone kolana,

podarte spodnie i twoje pierwsze porażki wypłakane w moją poduszkę.

Mój synu jedyny, którego oddaję za perłę bezcenną,

za skarb w roli ukryty, za Krew i Ciało,

za Jego samotność odrzuconą przez bliskich, przeze mnie,

by ból swój malutki oddać tym, które łono krwią synka splamiły

i płakać już łez nie mają …

I wiem, że nie próżno moje serce płonie miłością,

czułością pełne po brzegi.

I wiem, że ten kwiat, którym Bóg mą kobiecą duszę uczynił owoc przyniesie jedyny.

Śluby są moją płodnością konsekrowaną.

Syn mój jedyny Panem i Oblubieńcem zarazem.

Odnajdę Go w twarzach sióstr mych i braci.

W sercach skurczonych, spragnionych miłości.

I łono napełnię wiarą pokorną, że Duch Płodności, Stworzyciel

złoży w nie łaskę… i źródło wytryśnie ku życiu wiecznemu.

On tak obiecał tym, którzy przyjdą do Niego zaczerpnąć.

O, stać się powietrzem, które Ty poruszasz

i chłodzisz spocone skronie jak dobra dłoń matki w południe.

Zamilknąć, ukryć się w Tobie

Ze zgodą, by rodzić

umierając dla siebie,

Synku…

 

Nie przeżyłam jeszcze jesieni życia zakonnego, choć nikt z nas nie wie, kiedy Pan zapyta o owoce. Patrząc na przyrodę, już się do tego przygotowuję, bo myślę, że jest to najważniejsze „teraz” w naszym życiu, jak uczy nas Pozdrowienie anielskie. I tak wtedy się modlę:

W ciszy zasypiającej przyrody

W dojrzałości owoców czekających na nowe

W pośpiechu dostojnym ptaków odlatujących

Bądź uwielbiony

W trudzie odkrywania, co się Tobie podoba

W radości przyjmowania Twego miłosierdzia

W jesieni życia – odchodzeniu owoców niepewnym

Bądź uwielbiony

 

Zapewne każdy trochę inaczej przeżywa drogę dla Jezusa w życiu konsekrowanym. To jest kawałek mojego serca przelany na papier, może trafi do twojego serca.