Praca

(170 - luty - marzec 2010)

z cyklu "Wieczernik Domowy"

Dziadek i babcia - nasi sprzymierzeńcy

Izabela Górnicka-Zdziech

Jestem przeciwniczką zostawienia dziecka w pierwszych jego latach życia z babcią, choć na pewno jest to mniejszym złem niż pozostawienie go z opiekunką. Wiele moich koleżanek stawia znak równości między byciem dziecka w ciągu dnia z mamą i byciem z babcią. Jednak powiedzmy otwarcie: babcia to nie to samo co mama. Oczywiście, zostawiając malucha z własną matką lub teściową, jesteśmy spokojniejsi, niż zdając się na obcą osobę, ale to rolą mamy jest stała opieka nad dzieckiem w pierwszych latach jego życia. Babcia i dziadek mają inne zadanie – mają stać się naszymi sprzymierzeńcami w wychowaniu maluchów.

Dziadkowie są dziecku bardzo potrzebni. Dają mu poczucie, choć nie do końca jeszcze świadome, ciągłości ro-dziny. Opowiadają o pradziadkach i jeszcze wcześniejszych pokoleniach, pokazują stare czarno-białe zdjęcia przedstawiające zabawnie ubrane postacie, mówią maluchom o korzeniach ich rodu. Wnuki pytają, kim jest ta pani z dziwnie upiętymi włosami lub nieznany pan podobny do ich mamy. Właśnie u dziadków odbywają się pierwsze lekcje rodzinnej historii.

Dziadkowie ofiarują dziecku inne uczucia niż rodzice. Są bardziej tolerancyjni na wybryki wnucząt. Patrzą na świat oczami starszego człowieka, zwracają uwagę na odmienne rzeczy i zjawiska niż młodzi rodzice. Są cierpliwsi, spokojniejsi, nie spieszą się. Życie w ich domu toczy się wolniej. Czas płynie inaczej. Pozwalają dzieciom na to, czego zabraniają rodzice. To u nich dziecko naje się do woli słodyczy, od których, jak twierdzi mama, psują się zęby. Posiedzi przed telewizorem dłużej niż w domu. Naciągnie dziadków na nową zabawkę. Będzie u nich jadło tylko swoje ulubione potrawy. Czy to źle? Absolutnie nie. Od tego są dziadkowie. Wolno im rozpuszczać malucha, tym bardziej, jeśli widują się z nim od czasu do czasu. Na co dzień, pod opieką najlepszej dla nich pod słońcem osoby, czyli mamy, czasem nie jest lekko, bowiem nieraz maluchowi wydaje się, że świat składa się wyłącznie z zakazów. Dziadkowie dają mu inną perspektywę.

Dobrze, jeśli dziecko spędza z dziadkami część wakacji lub jedzie do nich w ciągu roku na kilka dni, a nie widuje ich wyłącznie z okazji świąt Bożego Narodzenia. U dziadków poznaje zasady innego domu, staje się samodzielne, odrywa się od rodziców. Mój młodszy synek, który nie ma jeszcze żadnych obowiązków przedszkolnych ani szkolnych składa dziadkom, rodzicom mojego męża raz na dwa miesiące taką kilkudniową wizytę. Jest zaprzyjaźniony z ich sąsiadami, panią ze sklepu spożywczego i drugą z kiosku. Lubi pakować swój plecaczek i z radością wybywa, machając nam rączką w samochodzie. Kilka razy dziennie opowiada mi przez telefon, co robił przed południem, co po obiedzie oraz wieczorem. Dla mnie jego wyjazd stanowi wytchnienie, choć smutno mi bez niego. Potem wraca zadowolony i przywozi skarby: nowe gazetki, zabawki z jajek-niespodzianek oraz słodycze dla siebie i brata. Myślę, że te wizyty są mu potrzebne i bardzo korzystnie wpływają na jego rozwój. W lecie dziadków moi chłopcy odwiedzają razem. Spędzają u nich około tygodnia. Działka zamienia się w dżunglę porośniętą lia-nami. Staś z Antkiem biegają w żołnier-skich czapkach przez zrobione specjalnie przez dziadka tory przeszkód. Staś kąpie się w baseniku, a Antek robi zupy z trawy, używając niezliczonej liczby garnków i garnuszków. Piją kompoty, zajadają się kurczakami „do rączki” (ulubiona potrawa – udka lub skrzydełka do ogryzania) z kopytkami babcinej roboty, jedzą kisiele przyrządzone z działkowych owoców. Kto by im tak dogodził?

Wizyty u dziadków z mojej strony wyglądają zupełnie inaczej, gdyż chłopcy przyjeżdżają wtedy bardziej do wujków, czyli moich braci, niż do dziadków. Wujkowie zajmują się nimi od rana do wieczora, w kąpieli i usypianiu często pomagają ich dziewczyny, znane moim synom od kilku lat. Jest tak, jak w domu dziadków być powinno – dużo zabawy, fajne filmy, do południa można chodzić w pidżamie, a na śniadanie zjeść tosty, które tu smakują zupełnie inaczej niż w domu, zawsze też czekają ukochane „Delicje” lub jajko-niespodzianka.

Kiedy natomiast mój tata zawita do nas, jest rozrywany – chłopcy wieszają się na nim jak małpki, a ostatnio każdy uczepił się jednej nogi i ojciec ciągnął ich po podłodze przez cały parter. Dla wnuków jest łagodny, pozwala wyrywać sobie wąsy i udaje groźnego smoka, którego i tak żaden z moich synków się nie boi. Tata z łatwością potrafi też nakarmić Helenkę. Trzyma ją na rękach dokładnie tak, jak to opisują mądre ksiązki. Kto by pomyślał? Mój tata ma donośny głos i, szczególnie wychowując moich braci, dość często z niego korzystał. Podczas jednej z jego wizyt w naszym domu krzyknęłam zdenerwo-wana na chłopców: „Nie krzycz na nich” – usłyszałam stanowcze napomnienie. Ludzie zmieniają się z wiekiem oraz… przyjściem na świat wnucząt.

Dzieci powinny mieć kontakt z różnymi pokoleniami. Kiedyś żyło się w rodzinach wielopokoleniowych: z dziadkami a czasem nawet pradziadkami. Dziś rzadko się to zdarza i szkoda. W domach wielopokoleniowych lepiej, naturalniej przychodziło nauczyć się ról członków rodziny. Na co dzień okazywano szacunek starszym, troszczono się o nich, młodsi pomagali. Panował rytuał wspólnego jadania posiłków, poobiednich rodzinnych spacerów. Obecnie żyje się inaczej, wiele rytuałów zanikło lub się zmieniło.

Coraz częściej zdarza się, że dziadkowie w momencie narodzin wnuków są nadal aktywni zawodowo, pochłania ich praca. Wtedy kontakty rodzinne ograniczają się do weekendów. Niepracujący dziadkowie najczęściej chętnie poświęcają czas wnukom, gdyż jest to dla nich wdzięczne zajęcie. Warto zaangażować ich w różne działania, bo to sprzyja budowaniu rodzinnych więzi. Może czasem odwiozą dziecko na zajęcia, przyjdą na występy do przedszkola lub upieką z nim ciasteczka na Dzień Matki. Mój starszy synek bardzo lubi, gdy dziadek od czasu do czasu odbiera go w piątek ze szkoły, a potem jadą razem na ceramikę. Po drodze mają tyle tematów do omówienia. Zachęciłam też kiedyś rodziców mojego męża, żeby wybrali się z młodszym synem na zajęcia przygotowawcze do przedszkola i zobaczyli go, jak śpiewa piosenki z innymi dziećmi, maluje, układa garaże z klocków. Na tych zajęciach Antek zachowuje się inaczej niż w domu – jest bardzo rezolutny, śmiały, chętnie bierze udział we wszystkich zabawach.

Dzieci odwdzięczają się zawsze w najmilszy ze znanych mi sposobów – rzucają się na szyję na powitanie, przytulają się, opowiadają o tym, co je ostatnio spotkało, nie schodzą dziadkom z kolan. Czasem uhonorują dziadka i babcie rysunkiem, koszyczkiem z papieru lub ludzikiem z plasteliny. Ich miłość wyraża się bardzo bezpośrednio i jest najpiękniejszą odpowiedzią na starania dorosłych. Trudno jej się oprzeć.

Dziadkowie naprawiają czasem, przebywając z wnukami, błędy, które popełnili, wychowując ich rodziców. Jeśli nie okazywali uczuć własnym dzieciom, starają się okazać je wnuczętom, jeśli byli surowi, teraz staja się łagodni niczym baranki. Zdarza się, że obserwując własnych rodziców, bardzo się dziwimy. Psycholodzy twierdzą, że to zupełnie naturalne.

Dobrze, kiedy dziadkowie wspierają nas w wychowaniu dzieci na swój sposób, ponieważ dzieci oczekują od nich czegoś innego niż od rodziców – na ogół większej pobłażliwości, wyrozumiałości. Natomiast proporcja pomiędzy czasem spędzanym w dzieciństwie z rodzicami i z dziadkami powinna zostać zachowana. Model, w którym dzieci więcej czasu spędzają z babcią niż z mamą i tatą, będzie miał swoje konsekwencje w przyszłości. Znam dorosłych wychowywanych przez babcie, których niewiele łączy z rodzicami. Wszystkie miłe wspomnienia (jeśli nie wszystkie w ogóle) związane są z dziadkami, ich domem. Żal do rodziców nigdy do końca nie mija.

Nie zawsze stosunki z rodzicami czy teściami układają się tak, jakbyśmy tego oczekiwali, ale dla dobra dzieci warto wybaczyć sobie winy i przymknąć oko na przywary innych. Narodziny dziecka mogą stać się do tego dobrym przyczynkiem. Psycholog Barbara Smolińska twierdzi, że także ci, którzy nie byli dobrymi rodzicami, mogą być wspaniałymi dziadkami. Dlatego trzeba dać im szansę. Dla dzieci warto.