Przekazywanie wiary

(214 - styczeń - marzec 2017)

Entuzjazm Ewangelii

Agnieszka Zawisza

Jeśli dzieci zobaczą, że rodzice są nie tylko wierzącymi, ale i fajnymi ludźmi, z którymi dobrze się spędza czas, być może będą chciały dotrzeć do źródła ich radości, siły i pokoju, a wtedy mają szansę dotrzeć do Boga

Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy? – pyta przyszłych małżonków ksiądz w czasie liturgii sakramentu małżeństwa. Odpowiedź „chcemy”, której zgodnie udzielają oznacza konkretne zobowiązanie do wychowania dzieci do wiary. Jak je wypełnić? Jaka powinna być rodzina, by wiarę przekazała? 

Mury obronne 

Jestem zwolenniczką świadomego wychowania. Uważam, że wiele prawdy jest w stwierdzeniu: Jesteś tym, co czytasz, oglądasz, czego słuchasz. Jeśli wciąż nasiąkam treściami niemającymi nic wspólnego z chrześcijańskim światopoglądem, wiara w mym sercu na dłużej nie zagości, nawet jeśli kiedyś zakiełkowała. Dlatego warto chronić duszę własną i swoich dzieci przed zaśmiecaniem i duchowymi zagrożeniami.

 Jeśli jednak będziemy próbować ochronić swoje dzieci przed całym światem, jako siedliskiem wszelkiego zła, szanse na sukces mamy mizerne. „Ucieczka od świata to jak ucieczka od własnej skóry”– twierdzi Michael Pearl, prekursor edukacji domowej w Stanach Zjednoczonych. Autor książki „Skok za burtę” przestrzega rodziców chcących za wszelką cenę chronić swe dzieci przed wszelkimi zewnętrznymi zagrożeniami. Absolutne odseparowanie dziecka od złego świata, poprzez ścisłą kontrolę sygnałów z zewnątrz, cenzurę filmów, książek, nie tylko nie jest realnie możliwe, ale nie ma większego sensu, bo „czyż Adam i Ewa żyjąc w raju, otoczeni przez samą dobroć, nie wybrali zła”? Zło nie przychodzi do nas wyłącznie od zewnątrz, jest także w nas. Dlatego, jak pisze Pearl: "Nie koncentruj swojej energii na wznoszeniu wokół swego domu murów, które miałyby chronić twoją rodzinę przed siłami ciemności. Zamiast tego powinieneś tak ukształtować okna swego domu, aby wpuszczały one mnóstwo niebiańskiego światła."

Nie zamykaj swych dzieci w getcie, nie trop jedynie czyhających na nie niebezpieczeństw, ale raczej otaczaj waszą rodzinę ciekawymi, atrakcyjnymi ludźmi, którzy podzielają Twój światopogląd. Zadawaj się jak najczęściej z przyjaciółmi, którzy są również do tańca, a nie tylko do różańca, proponuj dziecku rówieśników stanowiących atrakcyjne towarzystwo nie tylko pod względem duchowym, ale i… rozrywkowym, szukaj kontaktu z kapłanami, którzy są nie tylko dobrymi duchownymi, ale i fajnymi, ciekawymi ludźmi. 

Nie da się wiary budować na strachu. Kiedyś koleżanka ze studiów poprosiła: napisz o zagrożeniach, trzeba o tym mówić, ostrzegać. Byłyśmy właśnie po kilkunastogodzinnym wykładzie na ten temat. Bite dwa dni o mangach, monster high, Hello Kitty, Harrym Potterze, konwentach, grach komputerowych itp. itd. Pamiętam, że gdy po zażyciu takiej piguły strachu wróciłam do domu, na widok własnych dzieci grających w jakieś strzelanki (a nie zdarzało im się to często) dostałam histerii i rozpłakałam się, oskarżając męża o przyzwolenie na ich demoralizację, jak również brak wsparcia moich wysiłków ochrony ich wrażliwych serc i dusz przed zakusami zła. Cel osiągnęłam, granie zakończyło się w mig, ale rodzina przez kilka dni czujnie wypatrywała u mnie dalszych symptomów nawiedzenia. Ochłonięcie chwilę mi zajęło. Kiedy jednak już doszłam do siebie wiedziałam, że… nie napiszę o zagrożeniach. Mam wrażenie, że ze zbytnim upodobaniem się nimi w różnych katolickich środowiskach karmimy, zbyt dużo powodów do obaw sączymy w serca swoje i naszych dzieci. A przecież najczęstszym wezwaniem Chrystusa w Ewangelii było „Nie lękajcie się”. Nie chcę żyć w strachu, nie chcę trwożyć siebie i dzieci wizjami piekła na ziemi. Chcę pokazać, że Bóg jest mocniejszy (bo przecież jest!), a życie piękne, mimo że są na tym świecie także pokusy i zło. Nie chcę się jednak koncentrować na tych ostatnich. Chcę by moje dzieci wzrastały w przekonaniu, że nasz Bóg jest większy niż władca ciemności, że mocniejsza od niego jest Maryja, zwykła izraelska dziewczyna, która zgniotła mu głowę mocą swej pokory.  Nie musimy się bać, bo za nas, po naszej stronie będzie walczył Bóg. Nie straszmy naszych dzieci zagrożeniami, choć warto je na nie rzeczowo przygotować. Nie żyjmy w oblężonej twierdzy. Wojna jest od dawna wygrana, a my jesteśmy po stronie Zwycięzcy. Mówmy o tym naszym dzieciom. Bo któż jak Bóg! 

Entuzjazm Ewangelii

Wiara to osobiste poznanie Boga, dlatego sama ochrona przed zagrożeniami, czy pusta religijność nie wystarczy. Przekaz wiary nie odbywa się automatycznie. Nie ma chrześcijan w drugim pokoleniu. „Nikt się nie rodzi chrześcijaninem – jak mawiał Tertulian – lecz nim się staje”, nie tylko w skutek tego czym od dzieciństwa nasiąka, ale i w wyniku własnych wyborów. 

Oczywiście nie oznacza to, że mamy nic nie robić. Trzeba dziecku Boga pokazać – przede wszystkim jako Tego, który działa w tobie i poprzez ciebie. A to oznacza, że musisz być dokładnie takim chrześcijaninem, na jakiego chcesz wychować twoje dziecko. Autentycznie! Twoim zadaniem jest sprawić, by rozumiało wartości, które mu wpajasz i pokazać, że Ty również nimi żyjesz. Masz przekazywać mu wiedzę o dobru i złu tak, by chciało wybierać dobro, widząc, że ty także codziennie je wybierasz.  Przed wszystkim go nie ochronisz, ale możesz przygotować na pokusy tego świata, pokazując jak sam sobie z nimi radzisz. Musisz dać dzieciom konkretną wiedzę jak unikać zagrożeń, a gdy to niemożliwe – jak z nimi walczyć, nie niszcząc przy tym ich niewinności. 

Kiedy to robić? Przy okazji wydarzeń życia codziennego, wyprzedzając fakty i zewnętrznych informatorów. Jak? Nade wszystko z entuzjazmem. Musisz zaprezentować swoje spojrzenie na życie jako najlepszą z dostępnych możliwości – pamiętając, że konkurencja jest duża. W sposób aktywny, przekonujący, ale przede wszystkim pełen zapału i radości. Jeśli przeżywasz swoją wiarę na smutno i wydajesz się nią obciążony, dziecko będzie od niej uciekać. Życie „dobre”, moralne, w którym nie ma pasji, nie pociąga. Nastolatków przyciągają ludzie atrakcyjni, pełni entuzjazmu i prawdziwi. Jeśli ich rodzice tacy nie są, będą szukać gdzie indziej. Jeśli w rodzicach nie znajdą radości, pójdą za tymi, którzy im ją zaoferują, nawet, jeśli będzie to tania rozrywka i pusty śmiech. Kiedy jednak dziecko zobaczy, że dzięki wierze umiesz cieszyć się darem życia, potrafisz patrzeć z miłością i wyrozumiałością na swego, od lat tego samego współmałżonka, przebaczać bliźnim i przyznawać się do własnych błędów, nie oceniać, czy pouczać, lecz słuchać – być może będzie chciało pójść wskazaną przez ciebie drogą. Bądź mu na niej towarzyszem. Jeśli dzieci zobaczą, że rodzice są nie tylko wierzącymi, ale i fajnymi ludźmi, z którymi dobrze się spędza czas, być może będą chciały dotrzeć do źródła ich radości, siły i pokoju, a wtedy mają szansę dotrzeć do Boga.

Faryzeizm

Mam wrażenie, że jedną z największych krzywd jakie możemy wyrządzić wierze naszych dzieci jest nasza fasadowość i hipokryzja. Schizofreniczną mentalność: wiara wiarą, praktyki praktykami, a życie życiem, dzieci wyczuwają (prędzej czy później) lepiej niż myśliwski pies zwierzynę i naśladują nasze postępowanie, które widzą, a nie wypełniają nakazy, które słyszą. Dlatego ważne by dzieci widziały, że rozmaite praktyki religijne, które podejmujemy, rekolekcje, w których uczestniczymy, przynoszą owoce w życiu codziennym. 

Dzieci nie słyszą mądrych sentencji, które wypowiadamy na spotkaniach kręgu, nie widzą prezentacji, które przedstawiamy na rekolekcjach, widzą jednak jak się do nich i do siebie odnosimy w domu. Miłość do Boga musi przekładać się na miłość do ludzi. Jeśli nie jesteś w stanie kochać człowieka, którego masz obok siebie (żony, męża, dziecka), to jak będziesz mógł kochać Boga, który wydaje się taki odległy. Cóż z tego, że dzieci widzą nas przy modlitwie, cóż z tego, że prowadzimy je do kościoła, cóż z tego, że chodzimy na spotkania kręgu, jeśli w domu panuje skisła atmosfera, a dzieci i związane z ich wychowaniem wyzwania traktujemy jako przeszkodę na naszej drodze do świętości. Nie omieszkując im zresztą tego co chwila wypomnieć. „Po co ludzie mają dzieci? Przecież to same problemy” – dziwią się wtedy dzieci jednocześnie kategorycznie wykreślając z własnych planów na przyszłość jakiekolwiek potomstwo. A przecież nasze codzienne obowiązki, dzieci, rodzina, mają być nasza małą droga do świętości – jak pisała św. Teresa z Lisieux. 

Dobrze wiemy, że naszym dzieciom potrzeba świadków nie nauczycieli. Zwykle jednak łatwiej nam wejść w rolę nauczyciela. Jakie zobowiązanie DK wychodzi nam najlepiej? Jakiego staramy się nigdy nie zaniedbać? W naszym kręgu – modlitwy rodzinnej, zwłaszcza, gdy dzieci są małe. Wszystko inne może nie wychodzić. Pocieszamy się, że Pan Bóg deficyt modlitwy wybaczy, współmałżonek brak dialogu jakoś zrozumie, a wspólnota nieobecności na rekolekcjach nie zauważy; jednak przed dziećmi trzeba trzymać fason. Nawet jeśli sam się nie modlę, przy dzieciach dzielnie chwytam za różaniec. Chcę być dobrym przykładem. Kogo jednak próbuję oszukać? Jeśli na relację z Panem Bogiem nie mam czasu, to dzieci szybko to odczują, bo nie będę miał czasu, sił i cierpliwości także dla nich, jeśli zabraknie w naszym małżeństwie stawania przed Bogiem w prawdzie i czerpania ze źródła Miłości, wkrótce nasza relacja małżeńska wyschnie i stanie się cierpka, a dzieci modlić się będą głównie o to, by rodzice przestali się wreszcie kłócić. A jeśli i to zawiedzie zaczną rodzinne modły traktować jak uciążliwy, nic nie wnoszący rytuał, na który dwoje faryzeuszy zwołuje je, jedynie po to, by uspokoić własne sumienie. 

Kryzys odczarowany

Ewangelia mówi: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie”. Niech świadomość bycia we wspólnocie nie uśpi naszej czujności, niech praktyki religijne, którym się oddajemy, rekolekcje na które jeździmy, nie wpędzą nas w rozkoszne samozadowolenie, że robimy wszystko co należy, że to wystarczy, by zarówno nas, jak i nasze dzieci pociągnąć do Boga. Nasze serce musi iść za działaniem, a nawet je wyprzedzać. Mamy działać z miłości, a nie z obowiązku, z wewnętrznego przynaglenia, a nie na pokaz. No chyba, że przeżywamy kryzys wiary i wytrwałość w praktykach jest jedynym co nam pozostało. 

A co wtedy? Nie udawajmy, że wszystko jest ok. Nie grajmy bogobojnych, gdy w duszy pustynia czy czarna noc. Stosownie do ich wieku, powiedzmy dzieciom o swoim kryzysie, pokażmy, że takie rzeczy nawet najgorliwszym się zdarzają (a może głównie takim?), że każdy może mieć wątpliwości. Pokażmy, jak można sobie z nimi radzić, gdzie szukać odpowiedzi, pomocy. Tak, na naszym pomniku pojawią się wówczas rysy, ale dzieciom nie są potrzebni rodzice nieskażeni wątpliwościami, ale rodzice autentyczni; świadkowie żywej wiary, ale przecież także zwykli ludzie przeżywający swoje trudności. Każdemu może zdarzyć się potknięcie czy upadek, chodzi jedynie o to, by z Bożą i ludzką pomocą jak najszybciej wstać. Nie wstyd jest zgrzeszyć, wstydem jest w grzechu trwać. Nie wstydźmy się przyznać, że nam też czasem się nie chce pomodlić czy pójść na mszę. Pokażmy, jak sobie z takim brakiem chęci radzimy. Przecież w życiu duchowym naszych dzieci także pojawią się kryzysy. I dobrze, bo będzie to znaczyło, że ich wiara jest żywa i dążą do jej rozwoju, głębszego zrozumienia, nie zadowalając się jedynie dbałością o zewnętrzną formę. Każdy kryzys może być okazją do rozwoju. A gdy dotknie nasze dzieci, być może przypomną sobie jak my rodzice się borykaliśmy się z naszymi ciemnościami i nie będzie to dla nich powodem strachu czy odejścia, ale kolejnym etapem na drodze wiary. 

Błędy

W naszym życiu będą też zdarzać się chwile bolesnego zderzenia z naszymi ułomnościami. Mieliśmy świecić przykładem, jak stołowa lampa co to miała być na świeczniku, a ileż razy zdarzy nam się ulec złości, zachować się głupio, popełnić błąd, nie wysłuchać do końca, źle ocenić, skrzyczeć bez powodu, stracić cierpliwość, dać się ponieść emocjom. Ile złych, niepotrzebnych, raniących słów miotają czasem nasze usta. 

Mimo, że wyrzuty sumienia nie dają o sobie zapomnieć nie wolno nam się tym załamywać. Nie wolno jednak pod żadnym pozorem przechodzić nad tym do porządku dziennego. Koniecznie trzeba przeprosić, przyznać się do słabości, do własnego błędu, nauczyć się z siebie śmiać. Dziecko nie potrzebuje rodziców ze spiżu czy brązu, lecz krwi i kości. Nie ma sensu udawać, że jesteśmy nieomylni, że nigdy nie puszczają nam nerwy, czy zrzucać winę za nasze słabości na dzieci. 

Dostrzeżenie własnego błędu i przyznanie się do niego przed dzieckiem to akt wymagający olbrzymiej odwagi, a przede wszystkim pokory. A czy nie jest ona największą cnotą chrześcijanina? Przeproszenie, wyjaśnienie, zapewnienie na powrót o swojej miłości może być trudne, lecz konieczne, by odbudować więź, które została zachwiana lub zburzona. Rany, które zadaliśmy nie znikną, ale po co mają w nich nadal tkwić trujące strzały gniewu czy niechęci. Jeśli naszą skruchą usuniemy drzewce, rany będą mogły zacząć się zabliźniać.