Misje

(186 - maj - czerwiec 2012)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Ewangelia dla Kresów - Białoruś

ks. Aleksander Suchocki

W naszym Ruchu borykamy się często z problemem ciągłego zaczynania od nowa. Pewne dzieła „umierają” z powodu braku następców i niedostatecznej koordynacji różnych inicjatyw. Zazwyczaj kolejne próby mają większe szanse powodzenia niż pionierskie działania – pod warunkiem, że następcy zaczerpną z bogatego skarbca zwycięstw i porażek poprzedników. 

Poniższy artykuł jest czymś więcej niż wspominaniem wydarzeń sprzed dwudziestu lat. To inspiracja i wezwanie, by poważnie przemyśleć zadanie ewangelizowania nie tylko Dalekiego, ale i bliższego nam Wschodu (Agnieszka Salamucha)

 

Moja historia zaczyna się niewinnie i banalnie, od książek. Wychowałem się na Sienkiewiczu, Słowackim, Kraszewskim i Rodziewiczównie. W IV klasie szkoły podstawowej przeczytałem „Potop” – niewiele z niego zrozumiałem, ale wciągnęło mnie potężnie! Nigdy jednak nie sądziłem, że mogę przekroczyć wschodnią granicę i na własne oczy zobaczyć miejsca, o których czytałem. Pamiętałem granicę z lat osiemdziesiątych – pilnie strzeżoną, mieliśmy oazy w Becejłach pod radziecką granicą, gdzie reflektory wędrowały każdej nocy po niebie. Kiedy WOP-iści (Wojsko Ochrony Pogranicza) wchodzili do wioski, cała grupa chowała się nad jeziorem.

Kajakiem przez granicę

Uzyskanie paszportu za czasów istnienia PRL-u i ZSRR wydawało się bardzo trudne, wręcz niemożliwe. Dlatego pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po 1989 roku, było wyrobienie sobie paszportu. Zresztą szybko okazał się być potrzebny. Kiedy pierwszy raz przekraczałem granicę, jadąc pociągiem do Grodna, stałem w oknie i patrzyłem na świat oddzielony dotychczas nieprzekraczalną granicą.

W sierpniu 1990 roku trafiłem do kurii łomżyńskiej jako duszpasterz służby liturgicznej, a jesienią tego roku przyjechał do nas ks. Józef, który pracował na Białorusi, pod Grodnem, w parafii Sylwanowce. (Tereny te przynależały kiedyś do diecezji łomżyńskiej, aż do reformy administracji kościelnej dokonanej przez Jana Pawła II, kiedy powstały samodzielne diecezje na Białorusi). Opowiedziałem mu o ewangelizacji, na którą wtedy się szykowaliśmy, a on na to: „co tam ewangelizacja w Polsce! Na Białorusi trzeba ewangelizować! Wy sobie wygodnych rzeczy szukacie, a tam jest dopiero prawdziwa robota. Przyjeżdżajcie do nas na Wielki Post”. To przedsięwzięcie wydawało mi się nierealne: kto wygospodaruje kilka wolnych dni na taki wyjazd w środku roku szkolnego? Ale Józek nie ustępował. Przyznaję, troszkę wjechał mi na ambicję, a że byłem dość młody, to się dałem wpuścić :) O dziwo, ludzie się znaleźli – ktoś miał akurat wolne, ktoś nie pracował, ktoś wziął urlop. Wyruszyliśmy do Sylwanowiec w marcu 1991 roku.

To były rekolekcje ewangelizacyjne z filmem „Jezus”, wyświetlanym w kościele na telewizorze kolorowym marki Rubin. Nigdzie nie widziałem tylu ludzi tak głęboko i otwarcie przeżywających ten film – dorośli mężczyźni płakali jak dzieci. W lipcu 1991 roku odbyła się w Sylwanowcach oaza stopnia podstawowego. Uczestnicy byli w różnym wieku i nie mieszkali razem na miejscu, tylko dochodzili na zajęcia. Zorientowaliśmy się, że to nie jest dobry sposób na przeżywanie rekolekcji. Dlatego w następnym roku chcieliśmy zorganizować oazę wielką, złożoną z kilku oaz średnich: dzieci Bożych, oazy stopnia podstawowego… Ale wtedy ks. Józka już nie było w Sylwanowcach, a ci, którzy pozostali, nie byli w stanie niczego przygotować. Przyjechaliśmy, a właściwie przypłynęliśmy kajakami i robiliśmy, co mogliśmy: chodziliśmy po wsiach z Mszą świętą, stawialiśmy krzyże przydrożne… Ale czuliśmy, że to nie to. Trzeba się z jakąś parafią związać na stałe. Na spotkaniu z Aleksandrem Kaszkiewiczem, biskupem Grodna, prosiliśmy, żeby nam znalazł taką parafię. 

To jest także niezwykłe, w roku 1992 przekroczyliśmy granicę z Białorusią płynąc kajakami kanałem Augustowskim do Niemna. (Droga lądowa była bardziej uciążliwa niż wodna, poza tym narażała nas na różne nieprzyjemności, na przykład kontrole osobiste). Pierwszy raz po wojnie ktoś przepłynął granicę na Kanale Augustowskim i byli to oazowicze! Niestety, w następnych latach okazało się, że nie ma już na to zgody białoruskiej strony.

To tylko początek artykułu - całość w drukowanym "Wieczerniku"