Chrześcijanin w społeczeństwie

(209 - marzec - kwiecień 2016)

Giętkość słowa

Agata Jankowiak

Bywam przerażona tym, co czytam, tym co udostępniają zdeklarowani katolicy, chrześcijanie, kapłani, oazowicze

Chodzi mi o to, aby język giętki

Powiedział wszystko, co pomyśli głowa:

A czasem był jak piorun jasny, prędki,

A czasem smutny jako pieśń stepowa,

A czasem jako skarga nimfy miętki,

A czasem piękny jak aniołów mowa...

Aby przeleciał wszystko ducha skrzydłem.

Strofa być winna taktem, nie wędzidłem.

Swego czasu ten wiersz Juliusza Słowackiego należał do obowiązkowo omawianych na lekcjach języka polskiego. Wskazywano nań jako wzniosły manifest poety (każdego poety) i nie tylko poety. Kunszt wiązania słów, nadawanie im odpowiednich znaczeń, dokładne i precyzyjne wyrażanie myśli i uczuć, zerwanie więzów pętających możliwość ich wyrażania – łatwo było osobom wrażliwym utożsamiać się z tymi pragnieniami i postulatami. Wiersz ten sygnalizuje również pewien problem, z którym boryka się człowiek – kłopot z odpowiednim przekazem myśli, właściwym ubieraniem ich w słowa.

Dziś – pozwolę sobie na truizm – świat nieco się zmienił. Wielokrotnie słyszymy (i widzimy), że społeczeństwa XXI wieku komunikują się obrazem w znacznie większym stopniu niż słowem. Doskonale też to widać, gdy prześledzimy rozwój szerszego komunikowania się przy pomocy Internetu: od list mailingowych przez fora internetowe po rozmaite portale społecznościowe, z Facebookiem na czele. Najpierw były słowa, potem dokładano coraz lepsze i bogatsze możliwości wstawiania obrazów. Dziś można zapewne mówić nie tylko o kulturze obrazkowej, ale i o całej pod-kulturze memów. To wszystko nie znaczy jednak, że słowa przestają być ważne.

Mądrzy teologowie mówią o chrześcijaństwie, że jest religią Słowa. Słowa, które stworzyło świat i które stało się ciałem, aby ten świat zbawić. Można by wynosić z tego, że słowa są (powinny być?) dla chrześcijan szczególnym narzędziem, które pozwala im głosić prawdę o miłości Boga. Nawet w kulturze obrazu i pod-kulturze memów. Bo to słowa nadają ostateczne znaczenie świadectwu życia, nadają znaczenie obrazom, wyjaśniają je i uzasadniają. Rodzi się zatem pytanie jak chrześcijanie korzystają z tego narzędzia w obecnych czasach. Albo: jak powinni korzystać.

Szukam wskazówek w Słowie Boga. Pismo Święte wiele mówi o używaniu słów, ale przede wszystkim wskazuje, że „z obfitości serca usta mówią” (Mt 12, 34). Z obfitości serca. Tu już chodzi nie tylko o odpowiedzialność za słowa. Moje słowa świadczą o tym, co mam w sercu. To daje do myślenia. Z jednej strony – znajduję w tym, co przekazują chrześcijanie katolicy (głównie w Internecie, nie da się ukryć) wiele, wiele dobra. Wiele pięknych świadectw, czynów, całych dzieł. Wiele dobra. Z drugiej strony – bywam przerażona tym, co czytam, tym co udostępniają zdeklarowani katolicy, chrześcijanie, kapłani, oazowicze. Z obfitości serca? (A może jednak tylko z głupoty? Oby!)

Z czasów już dla niektórych prehistorycznych, czyli z kilkuletniego okresu istnienia i prężnego działania ogólnopolskiego forum oazowego, pamiętam dyskusje o wolności słowa. Nieustające zderzenie między tym, co jest wolnością słowa a tym co jest kulturą i… Nową Kulturą. Naiwne (czy na pewno tylko naiwne?) pytania „Dlaczego to ten tekst ma być obraźliwy? Przecież nie użyłem żadnego wulgaryzmu!”. Jak daleko zaszliśmy w nieumiejętności posługiwania się słowem (i w braku kultury), gdy za niedopuszczalne uważamy jedynie wulgaryzmy, a i tu granice przesuwają się coraz bardziej. Jak bardzo upodabniamy się do świata (tego Janowego), któremu wszak mamy nieść Tego, który czyni wszystko nowe?

W rozmowach na temat świadectwa chrześcijan w mediach słyszę, że „trzeba przemawiać językiem zrozumiałym dla dzisiejszego świata”. Oczywiście zgadzam się z takim zdaniem, ale ono wymaga jednak doprecyzowania. Jaki bowiem ma być ten „język zrozumiały dla świata”? Z obfitości serca. Z pewnością jasny i przejrzysty. Prosty. Klarowny. Obrazowy. Prawdziwy i głoszący prawdę, unikający kłamstwa, obłudy. W Księdze Syracha czytamy między innymi (w kontekście kultury słowa): „nie chodź po każdej ścieżce” (Syr 5, 9) – co jest dla mnie wyraźną wskazówką, że nie każdy zestaw słów i znaczeń jest godny chrześcijanina. I dalej: „Twardo stój przy swym przekonaniu i jedno miej tylko słowo! Bądź skory do słuchania, a odpowiadaj po namyśle! Jeśli znasz się na rzeczy, odpowiedz bliźniemu, a jeśli nie, rękę twą połóż na ustach!” (Syr 5, 10-12). Odpowiadać po namyśle (czyli też po znalezieniu właściwych słów!), wiedzieć kiedy należy położyć rękę na ustach i umieć to zrobić – to naprawdę cenna umiejętność! I jeszcze dalej, niby oczywiste: „W mowie jest chwała i hańba człowieka, a język może sprowadzić jego upadek” (Syr 5, 15). I konkretna wskazówka: „nie czyń swym językiem zasadzek” (Syr 5, 14). Autor Księgi Syracha wskazuje również na wagę roztropności w używaniu słów; zaleca unikanie porywczości w słowach (9, 18); wyjaśnia jak upominać bliźnich i przestrzega przed wprowadzaniem sprawiedliwości przemocą (20, 1nn).

 W innym miejscu Biblia mówi, co ma być główną treścią wypowiadanych przez nas słów: „Błogosławcie Jego imię, z dnia na dzień głoście Jego zbawienie! Rozgłaszajcie Jego chwałę wśród narodów” (Ps 96, 2-3). Nasze słowa nie będą głoszeniem zbawienia, jeśli nie będzie go w naszym sercu. I jeżeli sercami naszymi nie będzie rządził pokój Chrystusowy, a Jego Słowo nie będzie przebywać w nich z całym swym bogactwem (por. Kol 3, 15 i 16). To nie jest tak, że powyższe słowa Pisma Świętego odnoszą się tylko do jakichś konkretnych sytuacji, a w innych możemy sobie pozwolić na dowolność. „Wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko [czyńcie] w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego” (Kol 5, 17). Nie ma takiej sytuacji, w której możemy sobie pozwolić na to, by nie być świadkami Jezusa! Nawet jeśli występujemy pod jakimś przemyślnym nickiem czy wypowiadamy się anonimowo. Nawet jeśli wypowiadamy się na temat czynów, dzieł, ustaw itp. radykalnie sprzeciwiających się etyce, prawu, sprawiedliwości, nauczaniu Kościoła, miłości bliźniego, szkalujących innych ludzi, kłamliwych. Pismo Święte bardzo wyraźnie uczy i przestrzega „…całe Prawo wypełnia się w tym jednym nakazie: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli (Gal 5, 15). „Kto twierdzi, że żyje w światłości, a nienawidzi brata swego, dotąd jeszcze jest w ciemności” (1 J 2, 9). W życiu chrześcijanina nie ma miejsca na chamstwo, brak kultury, złośliwość, małostkowość… „Nie szukajmy próżnej chwały, jedni drugich drażniąc i wzajemnie sobie zazdroszcząc” (Gal 5, 26). I nie jest usprawiedliwieniem, że „inni tak robią” – ja przynajmniej nie znajduję Biblii takiej wymówki. Czytam w niej natomiast „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12, 21). Czy sprowadzenie rozmów chrześcijan na poziom bliski rynsztokowi nie jest uleganiem złu?

Kiedy ktoś porusza w środowisku ludzi wierzących temat kultury publicznych (i prywatnych też) wypowiedzi osób przedstawiających się jako katolicy, może zwykle spotkać się z zarzutem, że chce „zagłaskiwać rzeczywistość” (albo wprost od razu przypisuje się go do jakiejś – zdaniem rozmówcy godnej potępienia – opcji politycznej), bo „przecież trzeba zwracać uwagę, piętnować zło etc.”. Że przecież Jezus też ostro mówił o faryzeuszach i wypędził kupców ze świątyni. I znowu: pełna zgoda. Nie wolno zagłaskiwać rzeczywistości, trzeba odważnie piętnować zło (najpierw jednak dostrzec belkę w swoim własnym oku) i trzeba naśladować Jezusa – w całości jego postawy i odnoszenia się do innych. Nie znalazłam jednak w ewangeliach sytuacji, w której Jezus wypowiada się z pogardą o jakimkolwiek człowieku, obrzuca go obelgami, drwi z niego, kpi z jego nazwiska i rodziny bądź pochodzenia, wyszydza i przeinacza jego słowa. A to wszystko znajdziemy w mediach – kierowane ku różnym osobom przez różnych ludzi. Niestety również przez katolików. Nawet pod własnym nazwiskiem. Tymczasem w ewangelii czytamy: „Z każdego bezużytecznego słowa, które wypowiedzą ludzie, zdadzą sprawę w dzień sądu. Bo na podstawie słów twoich będziesz uniewinniony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony” (Mt 12, 36-37).

Odpowiedzialność za słowa. Te wypowiadane publicznie, te kierowane do znajomych w sytuacjach mniej oficjalnych. Z całą pewnością można nieco zmodyfikować stare porzekadło: Jak cię słyszą (czytają), tak cię piszą. I nawet dalej: Jak cię słyszą (czytają) chrześcijaninie, katoliku, tak widzą Jezusa. Naprawdę. To tak działa. Bo prawdą jest, że „z obfitości serca usta mówią”. Trzeba piętnować zło. Mieć odwagę publicznie i otwarcie sprzeciwić się temu co niegodne. I trzeba robić to tak, by być w tym godnym świadkiem Jezusa.

Nie miał racji Słowacki. Albo inaczej: miał ją nie do końca. Bo nie wystarczy, by „język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. Ten brak wypełnia modlitwa zaczerpnięta z Księgi Mądrości, która powinna towarzyszyć nam zawsze, gdy chcemy coś powiedzieć (szczególnie publicznie): „Oby mi Bóg dał słowo odpowiednie do myśli i myślenie godne tego, co mi dano!” (Mdr 7, 15). AMEN.