Być mężczyzną

(137 - maj - czerwiec 2005)

Głowa rodziny

Ola, Izabela, Ania

Dla nas nie ma podziału obowiązków na damskie i męskie. Kiedy równocześnie wracamy z pracy każdy z nas wykonuje prace z danego dnia, tak by jak najwcześniej je skończyć, by móc jak najwięcej czasu spędzić ze sobą, by jak najwięcej czasu spędzić z dziećmi
Mój mąż głową rodziny. To brzmi bardzo wzniośle, ale muszę się przyznać, że tak naprawdę, zanim zaczęłam pisać, długo się zastanawiałam, czy on rzeczy­wiście jest głową rodziny. Bo co to w ogóle znaczy „być głową rodziny”? I kto faktycznie nią jest? Może ta „głowa” powinna zapewniać odpowiedni poziom materialny rodzinie? Z tym próbujemy sobie radzić razem. Więc może za­tem nasza rodzina ma po prostu dwie głowy? Przecież wszyst­kie ważniejsze problemy roz­ważamy wspólnie i nawzajem wspieramy się w trudnych chwi­lach.

 Przeanalizowałam dwudziestoletnią historię naszej ro­dziny i powoli zaczęłam rozumieć jaka jest rola głowy w na­szej rodzi­nie. Cofnęłam się pamięcią do początków naszego małżeń­stwa, do okresu tak zwanego „docierania się”, kiedy to z upo­rem wal­czyłam o przywództwo (ależ byłam niemą­dra...). Łu­dziłam się w swojej pysze, że podołam ciężarowi odpowiedzial­ności. Jak to zwykle bywa samo życie nauczy­ło mnie pokory. Gdy pojawiły się dzieci (a Bóg był dla nas bardzo hojny, mamy ich czworo), przyniosły nam dużo rado­ści, ale też niepokoju - jak sobie po­radzimy? Ciągłe obawy o bezpieczeństwo dzieci, o ich przy­szłość, o materialne za­bezpieczenie rodziny były dla mnie trudne do uniesienia. Jeszcze długo próbowałam się z tym zmagać sa­ma zapomi­nając, że Bóg dał mi męża, abym mogła się na nim wes­przeć. Dopiero, gdy wstąpiliśmy do Ruchu Świa­tło-Życie (jesteśmy w nim od 10 lat) i przyjęliśmy Pana Jezusa do swo­ich serc, oddając mu nasze życie i rodzinę, On powolut­ku porządko­wał nasze małżeństwo i ustawiał nasze role w rodzi­nie po swoje­mu, czyli najlepiej jak to możliwe.

Pewnego razu zauważyłam, że nie zamartwiam się już tak bardzo o sprawy domu, bo uwierzyłam, że z pomocą Jezusa mąż wszystko rozwiąże, a mój niepokój nic tu nie zmieni, a tylko je­dynie przeszkadza. Zrozumiałam także, że nie wszyst­ko musi być tak jak ja sobie wymyślę, bo często plan Boży dla naszej rodziny jest zupełnie inny. Spojrzałam na męża in­nymi oczami i odtąd już wiedziałam, że można na nim polegać i zaufałam mu. Okazało się też, że to właśnie on dodaje mi sił i odwagi do podejmowania wyzwań (np. motywo­wać mnie do podejmo­wania kolejnych studiów podyplomowych). Zauważyłam również, że dzieci też znajdują w nim oparcie i pomoc w problemach i mogą na niego liczyć.

Teraz jeszcze tylko czasami zastanawiam się, że może to trochę zbyt egoistyczne z mojej strony zrzucenie na barki (albo głowę) męża tych wszystkich problemów (i tysiąca innych, jak np. rachunki, podatki...). Ale wiem też, że jako mężczyzna najlepiej wywiąże się ze swoich zadań, jeśli będę go wspierać radą i modlitwą, a nie przejmowaniem jego obowiązków.

Ola

Mąż jako głowa rodziny... patrzę dziś na swą rodzinkę i zastanawiam się, ile zo­stało z wzorców, w których wzrastałam. Czyli mąż głowa rodziny pracuje, żo­na pozostaje w domu i zajmuje się wychowaniem gromadki dzieci. Żona wy­chowuje, mąż wprowadza w świat. Tak było w mym rodzinnym domu, tato pracował, od świtu do nocy, właściwie w domu był gościem, a mama zajmowała się naszą czwórką. O sprawach wychowawczych decydowała mama, o losach rodziny tato.

A dziś co zostało w mojej rodzince z tego? Jak się okazało to ja więcej pracuję zawo­dowo niż małżonek, a on więcej czasu poświęca dzieciom, więcej czasu niż ja przeznacza na robienie porządków w domu, czy zakupów. Jak kiedyś nasz spowiednik sam powie­dział, ze zamieniliśmy się rolami, ale nie był to nasz wybór, lecz bardziej zmusiła nas do tego sytuacja ekonomiczna. Pozornie być może i ja pełnie rolę wiodąca w domu... Ale tak naprawdę myślę, że to jest tak, że podjęliśmy kiedyś wybór, ponieważ przede mną otworzyły się perspektywy większego udziału w utrzymaniu rodziny, Damian świadomie przyjął rolę bycia dla mnie wsparciem i przejęcia za mnie części obowiązków domo­wych... Dla nas nie ma podziału obowiązków na damskie i męskie. Kiedy równocześnie wracamy z pracy każdy z nas wykonuje prace z danego dnia, tak by jak najwcześniej je skończyć, by móc jak najwięcej czasu spędzić ze sobą, by jak najwięcej czasu spędzić z dziećmi. I choć nie ma prac mę­skich, czy damskich, to są oczywiście prace, które bar­dziej lu­bimy, bądź nie.

 Ale w życiu naszej rodzinki jedno jest dla mnie ważne, niezależnie od trudności, czy to w domu, czy w pracy, mąż zawsze był i jest dla mnie wsparciem. Uczy mnie też bar­dzo konkretnego podejścia do życia, on od­czytuje fakty ta­kimi ja­kie one są w istocie, a nie kieruje się emocjami, czy uczu­cia­mi. Niejednokrotnie musiałam się tego od niego uczyć. Jest czasem doradcą i nauczy­cielem.

Kiedy jest nieobecny, to czuję jakby rodzina była nie­kom­pletna, trudno się nam funk­cjonuje - nawet jeśli jest to bardzo krótka nieobecność.

A kiedy go poznałam, zachwycił mnie jego stosunek do jego mamy, szacunek i troska jaką ją otaczał, dziś i ja tego niejednokrotnie doświadczam.

I wielkość jego oceniam jeszcze po jednym fakcie, zawsze mnie szanuje, nigdy nie po­dejmuje decyzji za mnie, lecz wspólnie ze mną.

To on mnie uczył filozofii życia opartej na metodach naturalnych i otwarciu się na ży­cie i działanie Boga w naszej rodzinie.

I to on wprowadza dzieci w świat, on interesuje się polityką, geografią, historią, spor­tem i tę wiedzę przekazuje dzieciom, czasem wskazując na konkretna książkę, czasem oglądając wspólnie film przyrodniczy, czy relację z wydarzeń sportowych itd. itd..

A ja to nasze życie rodzinne staram się otoczyć modlitwą...

I choć pozornie zamieniliśmy się rolami, to jednak w domu, w naszej rodzince on po­zostaje głową rodziny.

Izabela

Żony bądźcie poddane mężom...” - te słowa wywoływały we mnie oburzenie... Miałam przed oczami obraz rodziny, w której wyrosłam, która definitywnie rozpa­dła się po 15 latach rozpadania. Miałam w pamięci moją mamę, która starała się być dobrą, katolicką żoną, służyła mężowi, widziała w nim głowę rodziny. Jednak mój oj­ciec nie sprostał zadaniu, przyjął rolę „Pana i Władcy”, traktował swoją żonę jak służącą.

Zapamiętałam taki obrazek z mojego domu - rodzice przychodzą z pracy o tej samej porze, mama szybko gotuje obiad, tata siada w fotelu i czyta gazetę, nie zapyta czy coś pomóc, a przy posiłku wszystko krytykuje. Ta jedna scenka może niewiele znaczy, ale w relacji moich rodziców po prostu nie było miłości, szacunku, wzajemnej służby i zaufa­nia - tych najważniejszych wyznaczników biblijnego wzoru rodziny. On nie jest skompli­kowany i trudny, ale niełatwo się go nauczyć i realizować, jeśli nie odczuło się tego wszystkiego, co oddaje jedno słowo - miłość, jeśli nie miało się przykładu dobrego funk­cjonowania żony i męża.

Kiedy ma się przed oczami pewną rzeczywistość i słyszy jednocześnie co na temat ro­dziny mówi Biblia, odczuwa się sprzeczność. Postrzega się wszystko przez pryzmat do­świadczenia. Słowa „żony bądźcie poddane, posłuszne” mi kojarzyły się jednoznacznie z upokorzeniem, a „mąż jako głowa rodziny” przerażał mnie. Byłam osobą wierzącą, wie­działam że słowa Pisma Świętego są ważne i trzeba ich słuchać, ale czegoś brakowa­ło... Podobały mi się pojęcia „równouprawnienia”, „stosunki partnerskie”... Raczej ku nim się przychylałam.

Długo trwało, zanim dotarło do mnie, że Miłość wszystko porządkuje, że ona jest służ­bą i w niej „bycie głową” i „bycie posłusznym” mają jednakową wartość. W tym odkryciu nie ma żadnych moich zasług.

Najpierw Bóg mnie uzdrowił, pozwolił mi poznać, jak bardzo mnie ukochał. Zrozu­miałam, że On zrezygnował ze wszystkiego, co miał, kim był, że poniżył się całkowicie oddając się w moje ręce, że za mnie zginął, że chce mi służyć każdego dnia. To było wstrząsające przeżycie, pozwoliło mi doświadczyć, że miłość jest ofiarowaniem do końca, jest całkowitym poddaniem...

Odkryłam, że w tym tkwi sens życia i bardzo zapragnęłam prawdziwie kogoś poko­chać. Nie brakuje w koło ludzi, ale prosiłam o tego jednego...Ważne było to, że nie chciałam „go mieć”, ale naprawdę całkowicie się oddać nie bojąc się, że ktoś to wyko­rzysta (to może wskazówka dla modlących się o męża). Nagle „otworzyły mi się oczy”, dostrzegłam, że człowiek, którego pragnę, o którego się modlę, jest blisko... Poznałam w nim wspaniałego, dobrego, odpowiedzialnego człowieka, który w dodatku mnie ko­cha... Chciałam „być mu poddaną i posłuszną”, by on był „głową naszej rodziny”. Wie­działam, że to jest naturalny porządek, naturalny podział zadań w rodzinie. Chciałam, by ukochany miał w wahaniach decydu­jący głos, bo miał i ma do tego naturalne predyspo­zycje i bło­gosławieństwo Boga. Rzeczywiście, nie zawiodłam się. Mój mąż nie stał się ani władcą ani tyranem.

Teraz, kilka lat po ślubie, problemem okazało się co innego. Tempo życia, natłok zajęć, brak świeżości, moja nieuległa na­tura czy zwykły egoizm powodują, że wiele razy zraniłam moje­go męża, przejmując jego rolę w małżeństwie. Wiem, że bar­dzo ważne jest starać się nie psuć tego porządku. Modlę się, bym potrafiła w codzienności rezygnować z siebie, być gotową do posłuszeństwa, nawet jeśli nie mam na to ochoty. Dzięki Bogu mam dobrego, cierpliwego męża, który już wiele razy mi przebaczał i wierzę, że jeszcze nie raz przebaczy, bo mnie ko­cha.

Ania