Kapłaństwo

(127 - styczeń 2004)

Ideał kapłana

Ks. Ryszard Nowak

Słowa Pana Jezusa o Synu Człowieczym, który przyszedł służyć, a nie władać, są wypowiedziane w kontekście sprzeczki apostołów o przełożeństwo we wspólnocie

WJezusie Chrystusie jest najdoskonalszy wzorzec sługi. On będąc w pełni świadomy swego obdarowania dobrowolnie oddał się do dyspozycji dla innych, a uczynił to po to, aby spełnić wolę swego Ojca. Warto może tu podkreślić, że „oddał” to coś więcej niż tylko „dał”…

To, co stanowi zadanie dla każdego chrześcijanina, tym bardziej powinno zobowiązywać księdza — tego, który na mocy wezwania Pana Boga jest zaproszony do kapłaństwa ministerialnego, służebnego. Jeśli zatem Chrystus „nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służyć i życie swoje dać na okup za wielu”, to chodzi o owo „więcej”, stanowiące dominantę życia kapłana. Nie chcę pisać o teorii, cechach, czy tym bardziej konkurować z ojcem Franciszkiem w wypowiadaniu teologii Chrystusa Sługi. Chcę raczej podzielić się świadomością, co to znaczy dla mnie być kapłanem na wzór Chrystusa – Diakona.

Ciekawym wydaje mi się fakt, że słowa Pana Jezusa o Synu Człowieczym, który przyszedł służyć a nie władać, są wypowiedziane w kontekście sprzeczki apostołów o przełożeństwo we wspólnocie (Mt 20,20–28). Odwołując się do wzburzenia apostołów, jakie wywołała prośba matki synów Zebedeusza o przydział miejsc po prawicy i lewicy Jezusa, Ten wypowiada program myślenia i życia, jaki przewiduje dla odpowiedzialnych w Kościele: „kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym miedzy wami, niech będzie niewolnikiem waszym, na wzór Syna Człowieczego”. Jakie to bliskie jest temu co uczynił potem, pokazując życiem swoją całkowitą zależność od Ojca i miłość wobec swoich sług, którym na moment przed szczytem umiłowania, obmywa nogi… To oddaje też, nasz niejako programowy, fragment Słowa o Chrystusie Słudze z listu św. Pawła do Filipian (Flp 2,5–11).

Pan Jezus mówiąc swoim uczniom o bliskim odejściu, raz na zawsze przekazuje im zasadę życia mówiąc: „Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto miłuje swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za mną, a gdzie ja jestem, tam będzie i mój sługa”.

Przed paru dniami „połknąłem” książkę Jana Grzegorczyka „Adieu — przypadki księdza Grosera”. Uważam, że autor przychylnie i choć wyraziście, z przerysowaniem, to jednak ukazał prawdziwie charakterystykę podstawowych „modelów kapłaństwa polskiego” (zresztą może i nie tylko polskiego). Jakoś w myśleniu chyba najbliżej mi do Grosera, który choć najprawdopodobniej nie znał teologii Chrystusa Sługi lansowanego przez Sługę Bożego ks. Blachnickiego, to swoją postawą chyba dość wiernie ją wyrażał…

Jedna z postaci tej książki, biskup Stefan, natychmiast skojarzył mi się z autentycznym (tu nawet mógłbym napisać: „autentycznie autentycznym”) Biskupem, który zrobił kiedyś na mnie wielkie wrażenie. W białym tygodniu Roku Jubileuszowego, miałem szczęście brać udział w rekolekcjach dla Kapłanów Chrystusa Sługi w Krościenku, które razem z nami odprawiał biskup Edward Dajczak. Miały one i mają nadal istotny wpływ ma moje widzenie kapłaństwa. Jego głos stał się dla mnie głosem proroka. Zaraz po zakończeniu konferencji wstępnej zanotowałem słowa: „O Jezu! Wierzący biskup!!! Chwała Panu”, a potem trochę dalej: „O Jezu! Dzięki Ci — Spotkałem świadka!!!”

Dziś dumając nad tematem „Chrystus Sługa — ideałem kapłana”, już nie potrafię do końca powiedzieć, co jest myślą zaczerpniętą ze świadectwa tego Biskupa, a co przyswojoną przeze mnie, czy wręcz moją myślą. Kiedy mówił do nas, wielekroć miałem wrażenie, że słyszę swoje własne słowa wypowiadane przez ostatnie lata, co do których słyszałem nie raz opinię w naszym oazowym (czyt. ultrakatolickim) środowisku, że są choć piękne i pociągające, to zbyt niebezpieczne.

Postawiłem sobie znowu pytanie, co to znaczy być na wzór Chrystusa Sługi, co to dla mnie znaczy, dla księdza, który ma przecież w naturze swojego powołania wpisane owo ministerium?! Zatem ponawiam w sobie odkrycie, że chyba chodzi o to, aby kochać, tzn. chcieć:

  • być wdzięcznym za ten dar i tajemnicę, pielęgnować go w spotkaniu z Arcykapłanem Nowego Przymierza przez modlitwę, gorliwe sprawowanie sakramentów, miłość posługi wobec bliźnich,
  • wciąż zachwycać się Jezusem, bo przecież gdy kocham, eksponuję tego, kogo kocham. Miłość jest miłością tylko wtedy, kiedy jest ona prawdą, faktem, a w centrum chrześcijaństwa jest OSOBA – JEZUS!!! On mówi: pójdźcie i mnie naśladujcie, a nie jedynie: róbcie to, co wam powiem;
  • dzielić się doświadczeniem Ojca Niebieskiego, dać się porwać natchnieniom Ducha, tworzyć sobą i wokół siebie miejsca doświadczenia Boga;
  • wiedzieć, skąd mam siłę do tego aby wierzyć! Stanąć w prawdzie i nie celebrować siebie, ale stać się tak nic nie znaczącym, że pozostanie już tylko Bóg;
  • zmienić w sobie mentalność konsumencką, nie bać się trudu, bólu, braku, pragnienia, bankructwa, ogołocenia…
  • dać się połamać jak ten chleb na ołtarzu (pokazać, że wszystkie problemy swojego życia rzeczywiście rozwiązuję mocą Eucharystii);
  • pozwolić się „wdeptać” w ziemię by, chociaż „coś” wyrosło, choć ja owocu najprawdopodobniej nigdy nie zobaczę (Boże, jakie to wszystko trudne…);
  • pozwolić się opasać Jezusowi (a ja ciągle jak młody osioł wierzgam przeciw temu…) i dać poprowadzić nawet tam gdzie nie chcę iść… Zaryzykować, zgodzić się na „nie-bezpieczeństwo”, ubóstwo, pokorę, ale przecież i normalność tego, że to Bóg prowadzi, na dodatek zgodzić się także na Jego… nieprzewidywalność;
  • umieć stawiać pytanie: „czy trzeba”, a nie pozostawać jedynie na zachowawczym: „czy można” (czy prawo przewiduje), a następnie podjąć działanie ze świeżością decyzji, w oparciu o elastyczność odpowiedzi („kapłańska nieelastyczność jest cierpieniem dla Kościoła”);
  • ukazywać „zwyczajność” człowieka, aby tym bardziej było widać „niezwyczajność” Boga;
  • być sobą, tu też chodzi o jakość życia duchowego!!! Stale wzrastać ku dojrzałości chrześcijańskiej, wiedząc nie tylko gdzie jest jej cel, ale i jej źródło (pomyślałem kiedyś: a gdyby tak zapisać temat pracy roku w następującej formie: „Q dojrzałości chrześcijańskiej”, ciekawe, że znakiem „Q” oznacza się zarówno znak najwyższej jakości — ang. „quality”, jak i niem. „quelle” — źródło mów Pańskich, z których czerpali ewangeliści w redakcji Ewangelii synoptycznych);
  • być blisko ludzi aby oni byli blisko Boga, nieść sobą posługę prorocką, podnosić na duchu, krzepić, budować swoim oddaniem, wyrazić sobą współbrzmienie Słowa i Sakramentu;
  • pamiętać, że potrzebujący mnie ma zawsze priorytet przed tym, kogo mam spotkać dla przyjemności;
  • także i o tym, że dziś pozostał już tylko autorytet osoby, bo sam urząd i to w różnym kontekście niestety wielokrotnie okazał się niewiarygodnym;
  • dbać o to, aby kapłaństwo spełniło się we mnie…

Jan Paweł II, tak wyrazisty kapłan – świadek, w swoich listach do kapłanów na Wielki Czwartek między innymi napisał:

„Kiedy patrzymy na Chrystusa podczas Ostatniej Wieczerzy, gdy staje się On «chlebem łamanym» dla nas i w postawie pokornego sługi pochyla się do stóp Apostołów, czyż możemy nie doznawać razem z Piotrem tego samego uczucia niegodności w obliczu ogromu otrzymanego daru? «Nigdy mi nie będziesz nóg umywał»…”.

„Wielka jest doprawdy tajemnica, której szafarzami zostaliśmy ustanowieni. Jest to tajemnica bezgranicznej miłości, (…) tajemnica jedności, która wypływa ze źródeł życia trynitarnego; tajemnica Boskiej diakonii, która każe wcielonemu Słowu umywać nogi własnych stworzeń, ukazując, że służba jest podstawą każdej prawdziwej relacji między ludźmi: «abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem…». My zostaliśmy ustanowieni — ze szczególnego tytułu — świadkami i szafarzami tej wielkiej tajemnicy”.

„Pragnę wyrazić podziw dla tej waszej posługi — dyskretnej, wytrwałej i twórczej, chociaż czasem zroszonej łzami duszy, które tylko Bóg widzi i «przechowuje w swoim bukłaku» — posługi tym bardziej godnej szacunku, im bardziej zmagającej się z oporem środowiska w dużej mierze zlaicyzowanego, które wystawia kapłana na pokusę znużenia i zniechęcenia. Dobrze wiecie, że ten codzienny trud jest cenny w oczach Bożych…”.

„Charakter sakramentalny, który ich (kapłanów) wyróżnia na mocy otrzymanych święceń, sprawia, że ich obecność i ich posługa są czymś wyjątkowym, niezbędnym i niezastąpionym”.

Można by jeszcze wiele, wiele napisać, ale niech pozostaną już tylko słowa, jakie napisałem na zakończenie tamtych, pamiętnych dla mnie rekolekcji:

Kocham… Boga, Kościół i Biskupa…
Kocham… kapłaństwo, człowieczeństwo słabe
i święte jednocześnie
Kocham… i wstydzę się za siebie,
ale jestem pełen nadziei…