Kapłaństwo

(127 - styczeń 2004)

Inne duszpasterstwo

Ks. Tomasz Opaliński

W jakiś przedziwny sposób Bóg gromadził wokół mnie (mojego kapłaństwa?) wspólnotę

Kiedy mój biskup wezwał mnie niedługo po święceniach kapłańskich (w ramach
„odpoczynku” pełniłem wtedy funkcję „moderatora muzycznego” na oazie rodzin, bo mój starszy kolega nie miał akurat żadnego innego grającego „pod ręką”), by mi powiedzieć, że chce mnie skierować na studia polonistyczne, nie byłem wcale zadowolony. Powiedziałem więc zgodnie z tym, co wtedy czułem: Księże biskupie, może jednak najpierw przynajmniej na rok, dwa na jakąś parafię, w końcu po to byłem święcony… A on na to: Tomek, a co ty myślisz? Że tylko kapusta na polu rośnie? Ty idziesz do duszpasterstwa, tylko innego!
No i minęło już 12 lat tego „innego duszpasterstwa”. Pytany, w jakiej parafii jestem (w sytuacji księdza to w końcu normalne, że jest „przypisany” do konkretnej wspólnoty, dla niej przecież ma być), odpowiadam, że mieszkam w Domu Księży Emerytów. Kiedy więc dostałem propozycję napisania artykułu na temat
„Sakrament kapłaństwa sakramentem budującym wspólnotę”, stwierdziłem, że na pewno znajdzie się niejeden autor o wiele bardziej odpowiedni do tego tematu… Ale skoro usłyszałem: „nie znaleźliśmy nikogo lepszego”, zacząłem się zastanawiać, jak to jest z tym budowaniem wspólnoty w moim kapłaństwie. Przecież w końcu — jak mówi Katechizm Kościoła katolickiego: „Dwa […] sakramenty: święcenia (kapłaństwo) i małżeństwo są nastawione na zbawienie innych ludzi. […] Udzielają one szczególnego posłania w Kościele i służą budowaniu Ludu Bożego” (KKK 1534).
Zacząłem zatem przebiegać w myśli te 12 lat „innego duszpasterstwa” i… okazało się, że w jakiś przedziwny sposób Bóg gromadził wokół mnie (mojego kapłaństwa?) jakąś wspólnotę (piszę, że to On, bo tak naprawdę ja sam chyba aż do tej pory nie byłem do końca świadom tego faktu). Rozpoczęło się to od specyficznej wspólnoty mojego roku polonistyki, gdzie byłem nie tylko studentem, jednym z tego roku, ale dla wielu kolegów i koleżanek — spowiednikiem, przyjacielem, kaznodzieją… takim „rocznikowym kapelanem” prowadzącym systematycznie dwa razy do roku rekolekcje gdzieś w Rabce czy Kazimierzu Dolnym, albo na miejscu, w Lublinie; odprawiającym Msze na rozpoczęcie roku akademickiego i chodzącym do „swoich” „po kolędzie” lub po prostu przyłażącym do nich w niedzielę po Mszy w kościele akademickim (lubiliśmy chodzić na tę samą), żeby nie kusiło do pracy w dzień święty. A w okolicach piątego roku inni studenci i wykładowcy dziwili się, że nasz rok jest jakiś inny, że przychodzimy razem na wykłady (bo kto przecież w ogóle chodzi na wykłady na ostatnim roku studiów), że jesteśmy ze sobą. Chociaż minęło już od tego czasu 8 lat i jesteśmy porozrzucani po całej Polsce, to nadal czasem dostaję SMS–a „pomódl się za mnie, mam strasznego doła”, albo słyszę w słuchawce głos, który chce się wyżalić lub podzielić radością.
Drugim polem (niekoniecznie kapuścianym) „innego duszpasterstwa” stał się Ruch Światło–Życie, w którym (a nie „z którego”) wyrosłem. Oprócz oaz wakacyjnych (kiedyś jako student nie miałem problemu z zagospodarowaniem wakacji, teraz trzeba wycinać czas z dużo krótszego urlopu) już z KUL–u dojeżdżałem do diecezji, by prowadzić Szkołę Animatora. Nadal w niej posługuję. Bycie w Ruchu oznacza dla mnie bycie dla ludzi i przekazywanie im tego, co ojciec Franciszek nazwał „charyzmatem spotkania”. To konkretne spotykanie konkretnych ludzi, bycie z nimi. Wspólnota. Kiedy przestawałem pełnić funkcję moderatora diecezjalnego, to „na pożegnanie” (z funkcją, nie z Ruchem) dostałem dużą żółtą foskę z brystolu, której cały urok polega na tym, że litery „fos–dzoe” i obwódkę wokół foski tworzą imiona i nazwiska konkretnych ludzi… Wielu z nich, wychowanków Szkoły Animatora prowadzi teraz jej kolejną edycję.
Trzeci wymiar „innego duszpasterstwa” to moje bycie w seminarium. Po studiach
(a właściwie jeszcze w ich trakcie) wróciłem tu, żeby wykładać homiletykę… a może raczej: być w tej wspólnocie. Przecież to nie tylko wykłady, ale także „charyzmat spotkania” — przy pracy i odpoczynku, na imieninowej kawie i w kaplicy. No właśnie: to miejsce pozwoliło mi odkryć szczególnie ważny sposób budowania wspólnoty — przez słowo Boże. Oprócz okazjonalnych dni skupienia staję przecież przed tą wspólnotą regularnie w każdy wtorek o 6.45, by uczestniczyć z nią w Eucharystii i łamać się z nią Bożym słowem. Dzięki temu doświadczam tego, o czym mówię podczas wykładów, tłumacząc teologię słowa Bożego i cytując przy tym dokumenty soborowe: Dekret o posłudze i życiu kapłanów „Presbiterorum Ordinis” i Dekret o działalności misyjnej Kościoła „Ad Gentes Divinitus”.
Dekret o posłudze i życiu kapłanów stwierdza, że „Lud Boży jednoczy się przez słowo Boga żywego, wymagane z całą słusznością z ust kapłanów. Ponieważ zaś nikt nie może być zbawionym jeśliby wpierw nie uwierzył, prezbiterzy, jako współpracownicy biskupów, mają przede wszystkim obowiązek opowiadania wszystkim Ewangelii Bożej, aby wypełniając nakaz Pana: «Idąc na cały świat, głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu» (Mk 16,15), tworzyli i pomnażali Lud Boży. Przez zbawcze bowiem słowo rodzi się wiara w sercach niewierzących, a w sercach wierzących rozwija; dzięki niej powstaje i wzrasta wspólnota wiernych, według słów Apostoła: «Wiara ze słuchania, a słuchanie przez słowo Chrystusowe» (Rz 10,17)” (DK 4). Natomiast Dekret o działalności misyjnej Kościoła „Ad Gentes Divinitus określa, że „Głównym środkiem do zakładania Kościoła jest głoszenie Ewangelii Jezusa Chrystusa, do której przepowiadania posłał Pan swoich uczniów na cały świat, aby ludzie odrodzeni dzięki słowu Boga włączani byli przez chrzest do Kościoła, który jako Ciało Słowa Wcielonego karmi się i żyje słowem Bożym i chlebem Eucharystycznym” (DM 6).
Ostatnio dzięki poczcie elektronicznej te trzy światy zaczęły się ze sobą schodzić… Jeden czy drugi raz podesłałem słowa homilii komuś, komu pomyślałem, że się mu przydadzą… Przydały się raz, drugi, trzeci… I nagle z oazowiczów, studentów polonistyki, przyjaciół utworzyła się swoista „kaznodziejska lista wysyłkowa” — bardzo specyficzna
„wspólnota” z tymi, którzy wtorkowych homilii w seminaryjnej kaplicy słuchają. A teraz, kiedy w jakimś tygodniu brakuje słowa, bo gdzieś wyjeżdżam albo nie zdążę zapisać, dostaję „monity”, że czegoś brak… Oczywiście, że nic nie zastąpi osobistego spotkania. Ale myślę sobie, że choć może nie jest to najbardziej konwencjonalny sposób budowania wspólnoty, to czy przecież w podobny sposób nie czynili apostołowie, wysyłając listy, by były czytane we wspólnotach, w których kiedyś przebywali? One też budowały Kościół.