Rzym

(162 - styczeń 2009)

z cyklu "Wieczernik dla Ciebie"

Jak kochać ateistę

Katarzyna i Tomasz Jarosz

Kocham ateistę. Jest dobrym i wrażliwym człowiekiem, jednak urodził się w rodzinie, w której wiary katolickiej nie uznawano. Ja wierzę i praktykuję. Ciężko pogodzić mi się z tym, że tak bliskiej mi osobie Bóg jest obcy, wiara niepotrzebna. Z tą sytuacją wiąże się także niechęć ze strony całej mojej rodziny. Póki co daję świadectwo swojego życia i postępowania. Obawiam się jednak, że poprzez takie tylko działanie nie uzyskam nawrócenia człowieka, na którym tak bardzo mi zależy.

Związek z osobą niewierzącą jest oczywiście możliwy. Nie można jednak ukryć, że będzie trudniejszy. Dwoje ludzi dzieli bowiem różnica poglądów, nieraz zasad, a to z kolei rzutuje na zachowanie i podejmowane decyzje. I nie chodzi tu tylko o rzeczy ważne, kluczowe jak choćby decyzja o ślubie kościelnym czy o ochrzczeniu i wychowaniu dzieci w wierze – choć wtedy może ujawnia się najbardziej. Ma to także przełożenie na codzienność, na wyznawane na co dzień wartości. 

Źle czuje się dziewczyna, z którą chłopak nie chce iść do kościoła. I o ile jeszcze on sam nie chce ale jej tego nie zabrania, szanuje jej wiarę, może nawet przychodzi po nią po mszy św. to nie jest źle. Gorzej gdy jej wiarę lekceważy, może wyśmiewa i odnosi się z agresją do duchowieństwa i instytucji kościelnych. W tym pierwszym przypadku mamy bowiem faktycznie do czynienia z ateistą – człowiekiem, który istnienia Boga wprawdzie nie uznaje, ale sam jakimiś zasadami w życiu się kieruje, a przede wszystkim ma w sobie szacunek i tolerancję dla innych – bez względu na wyznawany przez nich światopogląd.

Drugi przypadek jednak to już nie ateista (choćby sam siebie tak nazywał) tylko klasyczny wróg Kościoła. On właśnie usiłuje zagłuszyć wyrzuty swojego sumienia poprzez usprawiedliwianie swojego złego zachowania dość prostym, żeby nie powiedzieć nieraz „topornym” lub dziecinnym tłumaczeniem. Powołuje się na to, że jakiś ksiądz go kiedyś źle potraktował w konfesjonale lub na religii, że gdzieś w jakiejś miejscowości proboszcz jeździ dobrym samochodem, a przecież Pan Jezus chodził na piechotę lub jakiś kapłan ma dziecko. I o ile nawet przywoływane przez niego fakty mogą mieć rzeczywiście miejsce i rzeczywiście są nieraz niechlubne, to przecież nie mogą usprawiedliwiać jego własnego grzechu! Bo to, że ktoś nam bliski ginie w wypadku czy to, że ksiądz odmówił komuś udzielenia bierzmowania (a z jakiegoś powodu musiał odmówić, na pewno nie był to jego kaprys tylko widział pewnie czyjąś niedojrzałość a bierzmowanie jest sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej) nie jest powodem obrażenia się na Boga. No tak na logikę: jak nam nauczyciel jedynkę postawi albo nakrzyczy to rzucamy szkołę i lekceważymy wykształcenie? No chyba nie. Albo bierzemy się do nauki, albo zmieniamy szkołę. Bo nie uczymy się dla nauczyciela, tylko dla siebie. Tak samo nie wierzymy dla księdza i nie dla księdza chodzimy do kościoła tylko dla siebie. Tak, dla siebie, bo tak naprawdę Bogu nasza wiara nie jest potrzebna. Bóg nie jest bóstwem, któremu trzeba składać ofiary z „paciorka” i pójścia do kościoła. To nam jest potrzebna wiara jako drogowskaz w tym życiu i gwarancja zbawienia. A zatem skoro ktoś np. czuje się pokrzywdzony wskutek wcześniejszego niedopuszczenia do bierzmowania a teraz czuje się już gotowy na jego przyjęcie, to nie powinien obrażać się na Kościół tylko pójść do innej parafii, przedstawić sprawę i za kilka tygodni przystąpić do sakramentu. To jest dojrzała postawa. Tymczasem najczęściej takie osoby prezentują typowe zacietrzewienie w stylu „na złość mamie odmrożę sobie uszy”, na złość księdzu nie ochrzczę dzieci. Tylko, że jak nie ochrzci to nie księdzu na złość zrobi tylko własnym dzieciom pozbawiając je łaski. Tak więc związek z ateistą jako takim – choć trudny – możliwy jest, ale z ateistą a nie z wrogiem Kościoła.

Naturalnie całkowicie zrozumiałe jest pragnienie pokazania osobie niewierzącej Boga, chęć, by ona się nawróciła. Zrozumiała jest tęsknota za tym, by mówić „jednym głosem” w sprawach wiary. Nie ma nic złego w tym, by próbować swojego niewierzącego chłopaka czy dziewczynę delikatnie do wiary zachęcać. Ale uwaga! Nigdy przymusem, wyrzutami, tylko własnym przykładem. Bo o ile nawet czasem ktoś bojąc się stracić ukochaną osobę ulegnie i zrobi coś wbrew sobie, to z czasem i tak się zbuntuje. Zdecydowanie się zaś na związek pod warunkiem, że ktoś się zmieni, byłoby także w pewnym sensie oszukiwaniem – tej osoby i siebie. A poza tym: sakramentów trzeba pragnąć. Przyjęcie ich na siłę lub „pro forma” nie ma sensu! Przecież poprzez samo ich przyjęcie nikt nie zacznie nagle wierzyć i praktykować, prawda? A zatem po co? Już lepiej żyć w swojej wierze (lub niewierze) i wypracowywać wspólnie kompromis a nie być ciągle sfrustrowanym, że chłopak nie chce iść do kościoła czy spowiedzi. Poza tym miłość nie może być oparta na strachu. Jedyną zatem rzeczą, którą można zrobić dla ukochanej osoby to pokazywanie życia chrześcijańskiego przez własny przykład. Nie mówienie ale działanie. Nie chce ktoś chodzić do kościoła? Przykro nam, ale idziemy sami. Możemy nawet powiedzieć, że nam przykro, bo bardzo chcielibyśmy pójść razem, ale nie zmuszamy nikogo do robienia czegoś wbrew sobie. Za to sami realizujemy zasady Kościoła katolickiego. Nie kłamiemy, jesteśmy uczciwi, zależy nam na czystości. Jesteśmy uśmiechnięci i chętnie pomagamy innym. Pokażmy się z tej strony. Pokażmy czym jest bycie chrześcijaninem a nie mówmy tylko o tym. Oczywiście, możemy czasem podyskutować (jeśli ta druga osoba zechce), możemy opowiedzieć jakąś przypowieść, możemy powiedzieć, że w takiej a takiej książce wyczytaliśmy, że…, podrzucić jakiś artykuł, pokazać jakiś portal katolicki.

Z tym, że róbmy to jeśli możemy. Bo jeśli czujesz, że sytuacja Cię przerasta, że nie dasz rady być z takim chłopakiem czy dziewczyną, że to Cię męczy i ogranicza to uczciwsze będzie rozstanie. Bo z kolei Ty też nie możesz robić czegoś wbrew sobie i zmuszać się do takiego stylu życia. Nie masz gwarancji, że Twój chłopak czy dziewczyna się zmieni. I nie oczekuj tego. Jeśli akceptujesz go takim jak jest teraz i myślisz, że udźwignąłbyś ciężar związku z niewierzącym to możesz zaryzykować. Ale jeśli nie to nie wolno Ci go zmieniać, aby z nim być. Miłość nie stawia takich warunków. Nie można być z kimś jeśli… Pomyśl: czy byłbyś z tym kimś, gdyby się nie zmienił? Odpowiedź ukierunkuje Twoje działanie. Tylko trzeba mieć w sobie bardzo dużo siły, bardzo dużo świadomości różnic i ewentualnych konfliktów i bardzo dużo dobrej woli do wypracowywania ciągłych kompromisów. 

Wszystko co napisaliśmy powyżej, odnosi się też do sytuacji kiedy wiążemy się wprawdzie z kimś wierzącym ale innego wyznania. Chodzi nam zwłaszcza o wyznania chrześcijańskie takie jak prawosławie czy protestantyzm, bo wyznania niechrześcijańskie – islam czy buddyzm to osobny, trudny temat i nie czujemy się kompetentni, by wykazywać różnice. Jest bardzo dużo literatury na ten temat, którą szczerze polecamy przed podjęciem decyzji. Ale i w przypadku wyznań chrześcijańskich musimy mieć przede wszystkim świadomość różnic. Musimy dobrze poznać odmienność tego wyznania, jego stosunek do małżeństwa i wychowania dzieci, zobaczyć jak wyglądają praktyki religijne, liturgia. Żebyśmy się później nie zdziwili, że są dopuszczalne rozwody czy środki antykoncepcyjne, że nie możemy ochrzcić dzieci w naszej wierze i posłać ich na religię w szkole. Albo że ciężar wychowania katolickiego dzieci spadnie tylko na nas, że może być tak, że on czy ona nie będzie wzorem dla dzieci i że będzie samemu ciężko. To są naprawdę ważne sprawy i jeśli Wam – teraz zakochanym, na etapie chodzenia ze sobą wydają się odległe lub nieistotne to poczytajcie sobie świadectwa osób żyjących w związkach mieszanych, obejrzyjcie filmy o tej tematyce. Życie małżeńskie to głównie codzienność, a właśnie w codzienności różnice przeszkadzają najbardziej. Oczywiście nie mówimy wcale, że takie związki są niemożliwe i nikomu ich nie odradzamy. Ale – podobnie jak przy związkach z niewierzącymi – musimy mieć świadomość różnic i trudności i dobrowolnie podjąć się tego trudu nie będąc później rozgoryczonym, że inni mają łatwiej albo że „nie tak to miało być”. 

Jeśli zatem nie możesz pogodzić się z faktem, że chłopak czy dziewczyna nie wierzy tak jak Ty, to wiedz, że masz prawo do takiej postawy. Przecież nikt nie powiedział, że trzeba wiązać się z każdym, bo „może to być ten jedyny”. Nie ma przeznaczenia w takim sensie – nie ma jednej osoby palcem pokazanej nam przez Boga. On daje nam propozycje, my z nich korzystamy lub nie. Oczywiście nie jest powiedziane, że ten chłopak czy dziewczyna kiedyś nie zmieni zdania i że nie będzie gorliwym katolikiem. Ale może tak nie być. I dlatego musisz podjąć decyzję: czy chcesz zaryzykować taki związek nie mając pewności, że on się nawróci? Jeśli natomiast już teraz wiesz, że nie podołałbyś temu zadaniu i że po prostu chcesz chłopaka czy dziewczynę z takimi samymi wartościami jak Ty to nie musisz się z nim spotykać i nie musisz mieć z tego tytułu żadnych wyrzutów sumienia. Masz prawo do takiej decyzji. Bo tu również o Twoje życie chodzi, a nie tylko o jego dobro.

Na koniec kilka słów o związku ze Świadkami Jehowy. Jeśli jesteś w takim związku to zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję przeczytaj najpierw książkę „Świadkowie Jehowy” Andrzeja Wronki. Musisz ponadto być przekonany, że on czy ona rzeczywiście szczerze coś do Ciebie czuje a nie tylko „robi podchody” żeby Cię na swoją stronę przeciągnąć. A nawet jak jest szczery to i tak masz 100% pewności, że i tak będzie chciał Cię przeciągnąć na swoją stronę, a kwestia ewentualnych dzieci to ogromny problem. Musisz też wiedzieć, że Świadkowie Jehowy to nie inne wyznanie tylko sekta. I o ile Kościół katolicki ma podpisane umowy z przedstawicielami innych wyznań, to z sektami nigdy na ustępstwa nie idzie. Poza tym chyba nie wyobrażasz sobie, żeby wybranek zgodził się na ślub w Kościele katolickim?

Reasumując: jest możliwy związek z osobą innego wyznania lub niewierzącą, ale jak wcześniej powiedzieliśmy – ateistą a nie wrogiem Kościoła. Jeśli macie świadomość wszystkich odrębności, jeśli to prawdziwa miłość a nie zakochanie, jeśli się dogadujecie i chcecie podołać tym różnicom, to do Was należy decyzja. Jednak zanim ją podejmiecie to porozmawiajcie z mądrym księdzem, poczytajcie świadectwa osób, które są w takich związkach, wyciągnijcie wnioski i ustalcie wspólne zasady.