Spotkanie pokoleń

(181 - wrzesień - październik 2011)

Jeden Duch i jedno serce - na III stopniu

Wojciech Duchant

 „Jeden Duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących.” Dz 4, 32a

 

Pan Bóg ma swoje sposoby na każdą ewentualność. Ma je także na animatora, który przyjeżdża posługiwać na rekolekcje z gotowym planem, przemyślanymi scenariuszami pracy w grupie i ułożonymi w głowie odpowiedziami na każde pytanie jakie może być zadane. Wie jak sprowadzić takiego pyszałka na ziemię. A takim pyszałkiem byłem właśnie jadąc na III stopień ONŻ do Krakowa w trzecim turnusie.

Kiedy dotarłem do seminarium salezjańskiego, gdzie owe rekolekcje się odbywały okazało się, że będzie jedna grupa z uczestnikami z Chin. Nie było wiadomo kto ma ją poprowadzić. Powierzyłem to Bogu, zgadzając się na Jego Wolę, która nijak się miała do moich pierwotnych wyobrażeń. Po rozeznaniu tego zarówno ze strony Oli - animatorki odpowiedzialnej jak i mojej zostałem animatorem wdzięcznie brzmiącej grupy „anglojęzycznej”.

Miałem pewne obawy. Przecież mój angielski nie jest na najlepszym poziomie. Ponadto wiedziałem, że ks. John, Ruth i Emma są ugruntowani w wierze i odkryli już swoje miejsce w Kościele (przynajmniej częściowo). Co właściwie mogę im dać? Mnóstwo ludzkich lęków, które w rzeczywistości są bezpodstawne wobec Boga. Większość została obalona już na samym początku, kiedy to po raz kolejny w moim życiu się nawróciłem. Rolą animatora nie jest przecież nauczać, a świadczyć. To wszystko zmienia. W moim sercu mam Światło mojego Życia, którym pragnę się dzielić. I Pan Bóg prowadził nasza grupę przez te rekolekcje dając nam jedno serce i jednego Ducha.

Trzeba wspomnieć, że w grupie było nas sześcioro. Prócz już wymienionych były także Magda, spod Łodzi, która zdecydowała się przeżywać ten czas w chińsko – polskiej wspólnocie oraz Ilona będąca animatorką z Łomży, a jednocześnie naszym tłumaczem na angielski.

Już na pierwszym spotkaniu okazało się, że będzie niezwykle trudno prowadzić spotkania po polsku, później treść przenosić na angielski i jeszcze na chiński. Pomijając czas jaki to zajmowało, to jeszcze pozbawiało język wielu jego cech, pozostawiając głównie treść. Językiem urzędowym w naszej grupie stał się więc angielski. Dzięki temu nikt nie był uprzywilejowany posługiwaniem się swoim językiem ojczystym. Oczywiście nie obeszłoby się bez ciągłego pytanie się o słowa – podziwiam tutaj Ilonę za jej cierpliwość. Szczególnie na początku sam musiałem co chwilę wspierać się jej tłumaczeniami. Dodatkowo były oczywiście przerwy na tłumaczenia angielskiego na polski, gdy Magda lub ja nie zrozumieliśmy czegoś, a także z angielskiego na chiński – Emma także miała me problemy z angielskim. Stąd niektóre tłumaczenia odbywały się wielokrotnie na różne języki. Zawsze atrakcją był również popis Ilony w tłumaczeniu tekstów bł. Jana Pawła II, czy sługi Bożego ks. Franciszka. Niektóre zwroty i sformułowania wymagały wielkiego skupienia po polsku by je zrozumieć, a co dopiero po angielsku, a dalej po chińsku.

Z początku obawiałem się także różnicy wieku. W końcu w grupie mieliśmy rozstrzał około 15 lat. To bardzo dużo. Jednak szybko Pan Bóg pokazał, że działając w sercach ludzi buduje swój Kościół przez różnorodność. Dzielenie się doświadczeniami, bogactwo jakie w nas złożył było niezwykle cenne.

Pozostają także różnice kulturowe. Nie raz na spotkaniu trzeba było tłumaczyć jak coś jest postrzegane w Chinach, a jak w Polsce (choć to rzadziej, bo ks. John, Emma i Ruth byli jużna rekolekcjach dwukrotnie). Poznanie różnic stawało się dla nas często odkryciem i drugą do głębszego zrozumienia, do większej jedności.

Jak już wspomniałem cała trójka z Chin była już wcześniej na rekolekcjach. Niemniej chcę się podzielić doświadczeniem tych osób.

Ks. John jest kapłanem z diecezji Handan. Pracuje na co dzieńze studentami w duszpasterstwie i wykłada Liturgikę. Świetnie mówi po angielsku. Jest człowiekiem wielkiej pokory. Z początku przede wszystkim słuchał, ale po pewnym czasie zaskoczył mnie ogromnym poczuciem humoru. Stał się dla mnie wzorem Dobrego kapłana.

Emma od trzech miesięcy jest mężatką (ks. John błogosławił jej ślub, a Ruth była świadkiem). Ma piękny głos. Choć nie mówi najlepiej po angielsku to jej piosenki po chińsku, i to z pokazywaniem dużo bardziej finezyjnym niż nasze „Tyś jak skała” wzbudzały zachwyt. Nieraz zachwycała mnie głębią jej relacja z Jezusem, którą się dzieliła z nami.

Ruth z kolei świetnie włada angielskim. Często musiałem prosić o pomoc, nie rozumiejąc bardziej ambitnych słów. Jest po studiach i pracuje na co dzień. Pełna energii i radości była świetną kompanką zarówno do modlitwy jak i do wygłupów, których nie brakło.

Pan Bóg pobłogosławił w tym czasie rekolekcji i moje obawy zamien w wielką radość z małej wspólnoty. Okazuje się, że Jego łaska jest ponad odległością, kulturą, wiekiem i wszelkimi innymi po ludzku – przeciwnościami. Bogactwo jakie złożył w każdej osobie z naszej grupy zaowocowało jedynym i niepowtarzalnym doświadczeniem jedności, za które jestem Mu bardzo wdzięczny. Po czasie przyznaję – nie zamieniłbym tej grupy na żadną inną.