Rodzice i dzieci

(203 - styczeń - luty 2015)

Jesteście jak łuk

Joanna Wojtczak

Ogromną pokusą rodziców jest wychowanie, ukształtowanie dziecka na swój obraz, wpisują w nie swoje często niezrealizowane marzenia, aspiracje

Drogi Rodzicu, kim jest dla Ciebie Twoje dziecko? Pytanie retoryczne? Może warto przeanalizować to pytanie, nabrać dystansu, wejrzeć w głąb swoich aspiracji?

Dziecko najczęściej jawi się rodzicom jako błogosławieństwo, jako oczekiwana przez nich osoba. Jeśli pojawia się w małżeństwie, tworzy rodzinę. Posługujemy się pięknymi porównaniami, że dzieci są zwieńczeniem miłości małżonków, dopełnieniem ich wspólnego życia. 

Większość małżeństw chce mieć dziecko (dzieci). Tę deklarację składają już w czasie ślubu, gdy mówią, że przyjmą potomstwo, którym Pan ich obdarzy. To ostatnie stwierdzenie nasuwa od razu wątpliwości, co młodzi mają na myśli składając sobie takie obietnice? 

Jest kilka możliwych interpretacji tego stwierdzenia, m.in.:

– tak chcemy (chcę z tobą) mieć wspólne dzieci

– tak, zgadzam się na to, żeby dziecko/dzieci pojawiły się w naszym wspólnym życiu 

– tak, nie wyobrażamy sobie życia bez nich, więc Panie Boże czekamy na nie

– tak, Panie Boże pomóż nam je zaplanować w czasie dla nas najlepszym

– tak, chcę potomstwo przyjąć ale…tylko 1, 2…,

ale… żeby tylko było zdrowe,

ale… żeby była parka (chłopczyk i dziewczynka, najpierw chłopiec…),

ale… żeby były do mnie/nas podobne ( z wyglądu, z charakteru, umiejętności)

Tak naprawdę większość z tych stwierdzeń zawiera mocno zakorzenione myślenie: ja wiem, jakie powinny one być, kiedy się pojawić, w jakiej ilości, w jakim odstępie czasu. Wykorzystujemy do tego rozum, zmysł praktycznego planowania i gospodarowania. Zapominamy tylko o jednym: nie my jedni jesteśmy zainteresowani pojawieniem się nowych istotek w naszym życiu. Głównym dawcą życia jest sam Bóg Ojciec. To nie my Jego, ale On nas zaprasza do współpracy w dziele wzbudzenia nowego życia w naszych rodzinach. Czy kiedykolwiek pomyślałem, jak wielki dowód zaufania i miłości Bóg okazał dzieląc się ze mną-rodzicem mocą stwarzania nowego życia? Dał nam grzesznym możliwość przekazywania życia, wybrania czasu kiedy dziecko się pocznie, poprzez naukę uchylił rąbka tajemnicy, kiedy małżonkowie są jako para płodni, a kiedy nie. Pozwala na kierowanie się wiedzą o płodności w celach planowania rodziny. Czy zadowolony jest z tej współpracy? Na pewno tak, jeśli małżonkowie troszczą się o swoja płodność i szanują jej prawa, przyjmują dzieci przez nich zaproszone, kiedy płeć dziecka nie jest sprawą priorytetową, jeśli choroba dziecka nie jest traktowana jako…

Na pewno nie raz, mówiąc po ludzku, Bóg zapłakał nad swoimi współpracownikami, gdy naturalne metody stosowali w celach nie tyle planowania co antykoncepcji, gdy „brali w swoje ręce” sprawę poczęcia, gdy w sposób naturalny się to z jakiś powodów nie udawało (planując in vitro, sztuczną inseminację, matki zastępcze). Zasmuca go także zmarnowana płodność, którą w nas wpisał, gdy świadomie małżeństwo odrzuca lub mocno odsuwa w czasie planowanie poczęcia dziecka, wymawiając się brakiem odpowiedniej pracy, wygodnego mieszkania, realizowanych aspiracji zawodowych. Nie potrafi także zapewne zrozumieć, dlaczego dziecko nie może doczekać się rodzeństwa, pozostaje jedynakiem, gdy brak obiektywnych powodów, dla których to miałoby się dokonać.

Kiedy już nasze pociechy pojawią się w naszych rodzinach czyż nie nazbyt mocno traktujemy je jak swoją własność? Ile w nas determinacji co do tego, by dobrze się uczyły, rozwijały uzdolnienia, trafiały w „dobre” towarzystwo. Nie od dziś wiadomo, że ogromną pokusą rodziców jest wychowanie, ukształtowanie dziecka na swój obraz, wpisują w nie swoje często niezrealizowane marzenia, aspiracje. Ponownie zapominają, że Bóg zna najlepiej ich możliwości, uzdolnienia, ma dla nich wspaniały plan, wpisał w nie swoje pragnienia i powołanie. Jak często modlimy się o rozeznanie tego, co dla naszych dzieci Bóg widzi jako dobro. On jest Kochającym Bogiem, czyż może je skrzywdzić? 

Postawa rodzica to raczej postawa towarzyszenia, wspomagania w rozwoju, wyznaczania granic dających poczucie bezpieczeństwa, wskazywania i uczenia miłości do Boga. To pokorna postawa oczekiwania na rozeznawanie w jakim kierunku prowadzić nasze dziecko, przyjąć ż Bóg lepiej wie, co dla niego lepsze. 

Powiecie: to trudne. Tak, bo idealne. To droga świętych rodziców. 

Myślę, że dobrą puentą tych rozważań jest tekst Khalila Gibrana z książki „Prorok”:

Wasze dzieci nie są waszą własnością;

są synami i córkami samej mocy życia.

Jesteście ich rodzicami, ale nie stworzycielami.

Mieszkają z wami, a mimo wszystko do was nie należą.

Możecie dać im swą miłość, lecz nie wasze idee,

ponieważ one mają swoje idee.

Możecie dać dom ich ciałom, ale nie ich duszom,

ponieważ ich dusze mieszkają w domu przyszłości,

którego wy nie możecie odwiedzać

nawet w waszych snach.

Możecie wysilać się, by dotrzymać im kroku,

ale nie żądać, by byli podobni do was,

ponieważ Życie się nie cofa,

ani nie może zatrzymać się na dniu wczorajszym.

Wy jesteście jak łuk, z którego wasze dzieci,

jak żywe strzały, zostały wyrzucone naprzód.

Strzelec mierzy do celu na szlaku nieskończoności

i trzyma cięciwę napiętą całą swą mocą,

żeby strzały mogły poszybować szybko i daleko.

Poddajcie się z radością rękom Strzelca,

ponieważ on kocha równą miarą i strzały, które szybują,

i łuk, który pozostaje niewzruszony

Niech ten tekst pobudza nas do refleksji, ale także do pokornego stanięcia w prawdzie, że dzieci dane nam są w depozyt na krótką chwilę, pozostają w naszych „gniazdach” do momentu, gdy nie będą gotowe „wyfrunąć” z domu. A potem musimy pozwolić im odejść, by mogły wejść w realizację swojego życiowego powołania.