Chrześcijanin w społeczeństwie

(209 - marzec - kwiecień 2016)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Judyta z Nazaretu

Judyta

Ostatnimi czasy było u mnie słabo. Na początku kilka miesięcy delikatnego zagubienia, poddenerwowania. A potem już bęc. Taka moja prywatna katastrofa. Wydawało mi się, że świat mi się już zawalił. Trzy tygodnie kryzysu, tygodnie, które mogłabym śmiało nazwać stanem depresyjnym. Duży lęk, strach. Myślenie, że życie nie ma sensu i już tak zostanie. Im bardziej oddalałam się od momentu, kiedy ostatni raz pracowałam, tym było gorzej. Poddałam w wątpliwość wszystko, co się wydarzyło, co było moim udziałem. Sens każdego wydarzenia, pracy. Stwierdziłam, że przegrałam życie, że nic w nim nie zrobiłam. Pojawiło się milion dróg. Próbowałam coś wybrać, wiedziałam, że muszę działać. Każdy pomysł wydawał mi się ciekawy, wierzyłam, że jak zacznę coś robić, podejmę decyzję, to może się udać. Ale z dnia na dzień wszystko stało się trudniejsze, a mi zdawało się, że nie mogę podnieść się spod głazu, który mnie przygniata. Aż doszłam do momentu, w którym nie mogłam podjąć najprostszej nawet decyzji. Panika, strach, lęk. Wobec wszystkiego. Próbowałam o tym mówić, to troszkę pomagało. Próbowałam szukać pomocy, ale nie mogłam jej znaleźć. Samotność i smutek. I resztki sił, żeby nie odciąć się zupełnie od świata.

Dużo wcześniej miałam kupione bilety do Izraela. Postanowiłam jednak, że nie pojadę, przecież muszę szukać pracy. Nie mogę tracić czasu, jeszcze bardziej zmarnuję życie, wydam resztki kasy. Koleżanka powiedziała mi, że św. Ignacy Loyola mówił, że nie powinno się zmieniać decyzji podjętych w stanie pocieszenia. Dwa dni przed wylotem decydowałam więc, że polecę do tego Izraela… I pojechałam w niezaplanowaną, spontaniczną podróż. Nie miałam nic, nie wiedziałam, co to za kraj, od czego zacząć. 

Wylądowałam na środku pustyni. Nie chciałam nawet z nikim rozmawiać. Wszyscy czekali na autobus, a ja poszłam na ulicę i zaczęłam łapać stopa w zupełnie przeciwnym kierunku. Był szabat, stałam zatem kilka godzin, aż pewna kobieta zlitowała się i wzięła mnie do samochodu. Jechała do Tel Awiwu, daleko. Zapytałam, czy mogę pojechać z nią. Zgodziła się, zaprosiła nawet po drodze na kawę i ciastko. Wysadziła mnie w pięknej, starej dzielnicy. Jaffa. Siadłam w skąpanym w księżycowym świetle porcie i próbowałam wymyślić, co dalej.

Moja podróż po Izraelu pełna była zachwytu nad kulturą tego kraju, jego bogactwem, zmiennością. Było to poznawanie i próbo zrozumienia tych światów, które funkcjonują gdzieś obok siebie, przenikają się, a są sobie czasem tak dalekie. Polityka. Religia. Żydzi, chrześcijanie, muzułmanie. Palestyńczycy. Izrael. Mury, granice. Ataki. Ateizm. Zsekularyzowane społeczeństwo w dialogu z największymi religiami świata. A może poza nim. Duma. Święte racje, święte miejsca. Morza, pustynie, góry, lasy. 

Ale moja „podróż” zakończyła się niezwykle szybko. Kilka dni po jej zakończeniu, na drzwiach Bazyliki w Betlejem, zobaczyłam taki napis: „Mamy nadzieję, że jeśli wchodzisz tu jako turysta, wyjdziesz jako pielgrzym. Jeśli wchodzisz jako pielgrzym, wyjdziesz bardziej święty”. 

Moja „podróż” skończyła się prawdopodobnie nad Jeziorem Galilejskim. Nie potrafię dokładnie zlokalizować momentu. Ale to tam zaczęłam częściej sięgać po Pismo Święte, tam widziałam Jezusa, który chodził z uczniami, powoływał, tam słuchałam Jego kazania na górze, był tak blisko, realny, jak pagórki dookoła. Zakochałam się w tym miejscu. Spacerowałam z moim plecakiem pięknymi ścieżkami, wchodziłam do jeziora wierząc, że któryś z kamieni był świadkiem wydarzeń sprzed 2000 lat. Przepełniła mnie radość. To tak niezwykłe siedzieć na tych zielonych wzgórzach, patrzeć w wodę, przypominać sobie słowa Biblii, deptać Jezusowymi ścieżkami i słyszeć dźwięk słów towarzyszących cudom uczynionych w Galilei. Galilea. Święte miejsce. Patrząc na ten piękny krajobraz przestałam się dziwić temu, że Jezus najwięcej cudów uczynił właśnie w tym obszarze.

Potem Nazaret. Przyjechałam do niego autostopem z siostrami Elżbietankami, które zabrały mnie z Bazyliki Błogosławieństw. Postanowiłam zostać na jedną noc. Doczłapałam do mojego hostelu marzeń. I Nazaret mnie pochłonął. W całości. Wieczorem poszłam do Bazyliki na procesję różańcową, od Maryi do Józefa. Przez cały kolejny dzień poznawałam kulturę arabskich muzułmanów i chrześcijan, potem Bazylika Nawiedzenia, jeden z najpiękniejszych budynków kolebki chrześcijaństwa, jakie odwiedziłam. Już wcześniej zakochana w moim hostelu Fauzi Azzar postanowiłam zostać na jeszcze jedną noc. I wtedy w Bazylice stało się coś przedziwnego. Podeszła do mnie Lorena, jedna z ośmiorga członków brazylijskiej wspólnoty Shalom, która ma swój dom w Nazarecie, zaczepiła mnie i zaczęła oprowadzać po Bazylice. Potem zapytała, czy nie przyszłabym następnego dnia na czuwanie, które jej wspólnota prowadzi w Bazylice. Oczywiście odmówiłam, dwie noce w Nazarecie to i tak było już dużo. Lorena zaproponowała nocleg w ich domu. I to mnie przekonało. Jak się później okazało, byli to misjonarze, ewangelizatorzy, którzy modlą się za takie zagubione osóbki jak ja. Na pewno coś wspólnego z całą akcją miała też moja mama, odmawiająca za mnie skrupulatnie już po raz kolejny nowennę pompejańską. Członkowie wspólnoty Shalom dodali, że to nie oni zapraszają, ale Maryja. Modliłam się z nimi po portugalsku, śpiewaliśmy, oni grali na gitarze, było cudownie! Wcześniej pozwolili mi współprowadzić czuwanie przy Grocie Nawiedzenia. Po śniadanku grzecznie podziękowałam, Lorena odprowadziła mnie na autobus, a reszta powiedziała, że będą czekać, aż wrócę.

Pojechałam do Jerozolimy. Było sympatycznie, spotkałam się z zapoznanym wcześniej kolegą z Polski, spacerowaliśmy, poszliśmy na drogę krzyżową ulicami Jerozolimy, tę samą, którą prawdopodobnie kroczył Jezus. Bazylika Grobu Pańskiego ujęła mnie niezwykle. Jedna Bazylika, w której jest wzgórze ukrzyżowania i grób. Miejsce najświętsze ze świętych. Oczywiście dla nas, chrześcijan. Góra Oliwna, tak wiele mi wyjaśniło spacerowanie poza murami, wejście na to miejsce, gdzie Jezus przychodził z uczniami, aby odpocząć, pomodlić się. Trzeba spędzić dzień w starej Jerozolimie, żeby docenić odpoczynek od zgiełku reszty miasta. Jezus, Jego emocje, uczniowie i ich przeżycia stali mi się tak bliscy. Wiedziałam, że już nie jestem turystką, ale pielgrzymem. Chciałam chłonąć tę świętą ziemię, święty czas. Znaleźć Jezusa. I nie cieszyły mnie rozmowy, oglądanie filmów, wieczorne spacery po mieście, imprezy z moim couch surferem. Moją radością była pobudka o 5 rano i modlitwa przy Grobie Pańskim. Zaduma. Betlejem. Samotność. Oczywiście chętnie wdawałam się w dyskusje z Żydami i Palestyńczykami, dawałam zaprosić na kawę i zaczepiać przechodniom, ale moje priorytety były gdzieś poza tym wszystkim. Jezusa chciałam. I odnaleźć siebie na nowo. W Jerozolimie zatraciłam trochę pokój, który zaczął pojawiać się w Nazarecie, wróciły dziwne lęki, łzy. Napisałam o tym do Loreny z Nazaretu. Miała prostą receptę: wróć do nas. Wahałam się. Chciałam jeszcze gdzieś tam w głębi serca podróżować, szaleć, zwiedzać, poznawać. Ale serce już było przekonane, gdzie chce być. Postanowiłam wrócić. Na ostatnią noc w Świętym Mieście przeniosłam się do Starego Polskiego Domu w samym sercu starego Jeruzalem. Piękny widok, niezwykłe miejsce. Mogłabym przesiedzieć tam nieskończoną ilość nocy. Widok zachwycał. 

Rano, ostatniego jerozolimskiego dnia, przed śniadaniem, zawitałam jeszcze do Bazyliki Bożego Grobu. Był tam franciszkanin Darek. Poznaliśmy się wcześniej, bo pomagał mi znaleźć niedzielną Mszę św. w okolicy. Tego dnia uśmiechnął się do mnie, podszedł. Zaczęliśmy troszkę rozmawiać. I już chciałam biec na śniadanie, bo miałam wrócić na 7.30, ale on wypowiedział magiczne zdanie: „chodź, Ty potrzebujesz rozmowy, nie śniadania”. I tak przegadaliśmy kilka godzin. Opowiadałam o sobie, moich pragnieniach. Rozmawialiśmy o tym, czym jest powołanie. Opowiadał o sobie. A wszystko przy pysznej kawce i śniadanku klasztornym. Miałam swojego kierownika duchowego, na wyłączność. Zapamiętałam kilka zdań, wskazówek, pytań. Przede wszystkim jedno. „Ty nie szukasz pracy, tylko powołania, tego, kim jesteś”. I śmiał się. Mówił, że wiem, kim jestem, że już mu powiedziałam. Że wszystko bym wiedziała, gdybym tylko raz jeszcze opowiedziała sobie samej to wszystko, co mówię jemu. Że nie jestem świeżo upieczonym magistrem, ale człowiekiem, który już wiele spróbował, że wiem, czego chcę. I jeszcze jedno magiczne zdanie, żebym dała sobie czas. Przeszłam jeszcze spokojnie kilkoma ulicami i pojechałam dalej.

Nazaret. Przyjechałam na jeszcze jedną noc. Zostałam w sumie na trzy. Suma całkowita: 6 nocy w Nazarecie zamiast jednej. Dowód: nie ja tu planowałam. Tym razem nie zwiedzałam. Nie podróżowałam. Nawet przestałam być pielgrzymem. Zaczęły się moje rekolekcje. Codziennie o 6.30 Msza św., potem śniadanko. Lorena dostała od swojej wspólnoty pozwolenie, aby poświęcić mi więcej czasu. Po śniadaniu siadała z książką – rekolekcjami swojego założyciela Mojżesza – czytała mi ją (oryginał portugalski tłumaczyła na angielski), a ja w międzyczasie rozważałam po polsku poruszone tam fragmenty z Biblii. Modliła się nade mną. Potem siedziałam w ciszy. Modliłam się. Rozmyślałam. Obiadek i ich modlitwa nade mną. Potem znów cisza, modlitwa. Chodziłam po Bazylice i dookoła niej. Przysiadałam w promieniach słońca. Modliłam się, na ile potrafiłam. O 18.00 wspólna modlitwa, charyzmatyczna, w językach, wstawiennicza. Następnie spotkania w Bazylice, wieczorem kompleta. Cały dzień miałam też okazje zadawać pytania, rozmawiać z wszystkimi. Szczególnie zaś z Loreną, przeszkadzając jej natrętnie w pracy. Ale jej to nie przeszkadzało. Wszystkie teksty niezwykle mnie dotykały. Zaczęłam widzieć, czego mi brakuje. Mało modlitwy, dużo działania. Nie wiem, kim jestem tak naprawdę. Kim jestem… Powoli zaczęłam poszukiwania. Dostałam obrazy, dziewczyny modląc się opowiadały, co widzą. Wiele dróg, drzwi z napisem „wyjście”, a ja motam się i nie wiem, którędy pójść. I Matka Boża, która daje zapewnienie, że jest obok, wskazuje na Jezusa. Obraz całkiem nowej drogi, której jeszcze nie znam. Brudna szyba, która teraz staje się przeźroczysta i słowa, że teraz będę widzieć, będę pewna, co dalej. Zacierały mi się rzeczywistości, momentami ta Boska rzeczywistość była bardziej prawdziwa, bardziej realna niż budynki dookoła mnie. Poczułam się tak spokojnie, wolna i radosna, jakby ktoś zdejmował ten olbrzymi głaz z moich pleców. 

Podczas drugiego pobytu nie byłam jedynym gościem w tym miejscu. Były tam jeszcze cztery dziewczyny z Polski. Usłyszałam od jednej, że pracuje w biurze Światowych Dni Młodzieży i wyrwało mi się z piersi, że od dawna tego pragnę. Zabawne, że kilka dni później wracałam właśnie z tą osobą jednym samolotem do Polski. Słuchałam jej świadectwa o jej działaniu dla ŚDM. Płonęła i zapalała mnie z każdym jej słowem. Wspomniałam raz jeszcze, że może, jakoś, jakby co… To ja wyślę CV. Była sobota.

W poniedziałek dostałam SMSa z wiadomością, żebym szybko przesłała jej CV. Pojawiła się potrzeba! Kilka godzin później rozmawiałam ze swoim obecnym pracodawcą. Oszalałam na samą myśl. Cieszyłam się jak wariatka. Rzeczywiście, jasno i klarownie widziałam, czego pragnę! ŚDM. Tydzień później przyszłam do biura na rozmowę i wiedziałam, że nie mogę już wyjść jako ktoś inny niż pracownik. Pierwszy raz w życiu tak się stresowałam, czekając na odpowiedź! Bo jeszcze nigdy żadnej pracy tak nie pragnęłam, jak tej, nigdy nie miałam takiej wiary, że to jest dokładnie to, czego szukam. Pracuję w dziale rejestracji, co jest najzabawniejsze, większość mojego teamu to wspólnota Shalom z Brazylii, ta sama, którą poznałam w Nazarecie. Przypadek? Nie robię niczego wielkiego, nie mam niezwykłych obowiązków, odpowiedzialności, nie wykorzystuję tu moich zdolności, wykształcenia. Nawet znajomości języków aż tak bardzo. To z czego się tak cieszę? Każdego dnia z radością idę do pracy. Budzę się uśmiechnięta (choć czasem zaspana). Odkrywam siebie. Pracuję z cudownymi ludźmi. Wiem, że jestem dokładnie tu, gdzie być powinnam. Mam pewność, że wszystko jest na swoim miejscu, a dzień po dniu Jezus poprowadzi mnie dalej, pokaże więcej. Jestem szczęśliwa! Żyję we własnych marzeniach.