Aniołowie

(154 - listopad - grudzień 2007)

z cyklu "Skarbnica Kościoła"

Kardynał, który był wikarym

Marta Dalgiewicz

Kard. Adam Kozłowiecki - wielu z nas nie zdawało sobie sprawy, że mamy biskupa o takim nazwisku. A to dlatego, że od 60 lat służył misjom poza granicami naszego kraju. Kard. Kozłowiecki zmarł 28 września w Lusace.

„Z chwilą śmierci kard. Adama Kozłowieckiego, odchodzi od nas do wieczności jeszcze jeden bohater XX wieku” - powiedział kard. Stanisław Dziwisz po otrzymaniu wiadomości o śmierci kardynała. „Brakuje słów, aby oddać w pełni jego postać. Był wspaniałym misjonarzem i gorliwym kapłanem wrażliwym na ludzką biedę. W jego życiu odbijała się cała Ewangelia, przede wszystkim nauczanie Chrystusa z Kazania na górze Błogosławieństw” - tak życie kard. Kozłowieckiego opisał ks. Jan Piotrowski, członek watykańskiej Kongregacji Ewangelizacji Narodów i dyrektor krajowy Papieskich Dzieł Misyjnych w Polsce.

Kardynałem jezuita Adam Kozłowiecki został w 1985 r. Dziękując w liście Janowi Pawłowi II za włączenie do Kolegium Kardynalskiego, napisał m.in.: „Wyznam Ci, Ojcze Święty, że byłem tą wiadomością zupełnie oszołomiony, trudno mi było to zrozumieć i myśli jakoś pozbierać, bo przecie w 87. roku życia innymi sprawami były raczej zajęte. Z ucałowaniem jednak ręki i stóp Waszej Świątobliwości, z głęboką wdzięcznością przyjmuję ten znak zaufania, a przede wszystkim jako znak uznania dla każdego prostego misjonarza służącego z woli Bożej Kościołowi oraz biednym, a nie znającym Ojca, braciom i siostrom”. W tych słowach przebija wielka pokora tego kapłana. Ale kard. Kozłowiecki znany był także z nieprzeciętnego poczucia humoru. Jak sam wspominał, powiedział potem Janowi Pawłowi II, że mianował go tak późno, żeby nie mógł brać udziału w konklawe. „Mogłem sobie na to pozwolić, bo byłem od niego starszy o 9 lat i nie przewidywałem, że to on pierwszy odejdzie z tego świata. Ojciec Święty mi odpowiedział: «I o to chodziło», więc dodałem: «Ale za to mogę zostać wybrany». I wtedy papież roześmiał się i powiedział: «Nie martw się, to niemożliwe»”.

Adam Kozłowiecki urodził się 1 kwietnia 1911 r. w Hucie Komorowskiej koło Kolbuszowej. Uczył się w szkole jezuickiej, ale gdy wyznał ojcu, że chce zostać zakonnikiem, ten przeniósł go do świeckiej placówki. Mimo to po maturze, w lipcu 1929 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Został wyświęcony na kapłana w 1937 r. Na początku II wojny światowej, 10 listopada 1939 r., wraz z 24 współbraćmi zakonnymi został aresztowany przez gestapo w kolegium księży jezuitów w Krakowie. Przebywał najpierw w więzieniach przy ul. Montelupich w Krakowie i w Wiśniczu, a następnie w obozach koncentracyjnych w Oświęcimiu i Dachau. Bolesne przeżycia z tego okresu opisał w książce „Ucisk i strapienie. Pamiętnik więźnia 1939-1945”, opublikowanej w Krakowie w 1967 r. Uwolniony z obozu przez wojska amerykańskie zatrzymał się w jezuickim kolegium w Pullach. Wkrótce zdecydował się wyjechać na misję w Rodezji Północnej, prowadzoną przez jezuitów polskich. Nie była to decyzja łatwa, ponieważ od dawna marzył o powrocie do ojczyzny. Ze swoich rozterek zwierzał się w liście ojcu duchownemu: „Nie będę mógł pracować wśród ukochanych murów zakładu chyrowskiego, nad młodzieżą, którą naprawdę gorąco kochałem. Wszystko, co mi tu na ziemi było tak drogie, jest już bezpowrotnie daleko i właściwie mi o tym nawet marzyć nie wolno. Owszem, oddaję to Bogu, ale mi wstyd, że oddaję z sercem tak ciężkim. Zresztą, niech ojciec nie myśli, że chodzę tu jakiś smutny i przygnębiony. Nie, ojcze! Jestem takim samym urwisem, jakim byłem dawniej. Nikt jednak tutaj nie wie, jak ciężko mi na sercu. Wszyscy myślą, że jadę do Afryki z wielką radością, a przynajmniej ochoczo” (16 listopada 1945 r.).

Do Rodezji Północnej, obecnej Zambii, ks. Kozłowiecki przybył 14 kwietnia 1946 r. Od tego momentu ten afrykański kraj stał się jego drugą ojczyzną. Z zapałem służył tamtejszej społeczności. Dbał o kształcenie młodzieży i rozwój miejscowych powołań. Kiedy został kolejno administratorem apostolskim, biskupem i arcybiskupem Lusaki, odwiedzał parafie i placówki misyjne, nawiązywał osobiste kontakty z misjonarzami. Wielokrotnie stawał w obronie równości rasowej i sprawiedliwości. Wraz z innymi misjonarzami odegrał znaczną rolę w doprowadzeniu kraju do pełnej niepodległości.

Kiedy w 1964 roku Zambia ogłosiła niepodległość, arcybiskup napisał do Watykanu prośbę o rezygnację. „Uznałem, że niepodległe państwo musi mieć swojego czarnego arcybiskupa. Nie uchylałem się od pracy, miałem świetne kontakty z władzami, z prezydentem Kaundą, ale chciałem, by zastąpił mnie miejscowy biskup. I po pięciu latach starań i ponagleń zastąpił mnie arcybiskup Emmanuel Milingo” - tak wyjaśnia swą decyzję. Ale w jego życiorysie znaczący jest jeszcze jeden fakt - wtedy powrócił do zwykłej pracy duszpasterskiej jako proboszcz i wikariusz. Mimo sędziwego wieku do ostatnich chwil pomagał w Mpunde polskiemu misjonarzowi, ks. Janowi Krzysztoniowi. W lipcu tego roku za swe zasługi misyjne otrzymał Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski i doktorat honoris causa Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Uroczystość odbyła się w Zambii. Tam też, przy nowej katedrze pw. Dzieciątka Jezus w Lusace, spoczęło ciało kard. Adama Kozłowieckiego.

Czy pamięć tego wielkiego misjonarza będzie żyła także w Polsce? Imieniem kardynała Kozłowieckiego nazwano szkołę w jego rodzinnej miejscowości. Z kolei pamiątki związane z osobą kardynała - w tym paliusz biskupi, bullę papieską, piuskę i pas biskupi, medal Legii Honorowej i inne - przechowywane są w zbiorach Muzeum Towarzystwa Jezusowego Prowincji Polski Południowej w Starej Wsi k. Brzozowa (woj.podkarpackie). Jak zaznacza ks. Piotrowski, każdy misjonarz polski w jakichś sposób musi odnieść się do postaci kard. Adama Kozłowieckiego, który dla głoszenia Dobrej Nowiny poświęcił się radykalnie i całkowicie. A swoją miłością ogarniał każdego.