Diakonia

(178 - kwiecień 2011)

Kochać

świadectwo

Moja droga do diakonii liturgicznej zaczęła się od konieczności wyprania dużej ilości alb

Nie jestem w stanie określić dokładnie momentu, kiedy zaczęła się moja droga do diakonii, ale było to na pewno gdzieś na etapie wyjazdów na oazy Domowego Kościoła z rodzicami, kiedy byłam jeszcze za mała, żeby pojechać na rekolekcje sama, a jednocześnie już na tyle duża, żeby zrozumieć, że w oazie jedną z zasad jest bezinteresowna pomoc innym. Robienie czegoś dla dobra innych, nawet jeśli bardzo mi się nie chce. Wszystkie kolejne kroki na drodze do obecnego zaangażowania w diakonię Ruchu były tylko konsekwencją tego, co – niezupełnie jeszcze świadomie – przyjęłam na tamtym etapie formacji.

Kolejnym krokiem było włączanie się w posługę diakonii muzycznej przez cały etap formacji podstawowej. Diakonia deuterokatechumenatu, kiedy prowadziłam grupę jako animator. Diakonia jedności, realizowana w posłudze na rzecz rejonu. W postawie gotowości do służenia tam, gdzie jest potrzeba. Wszystko to było przygotowaniem i kolejnymi krokami na drodze, którą prowadził mnie Bóg do obecnego miejsca mojego zaangażowania w Ruchu – do diakonii liturgicznej. Droga ta była wyboista i pewnie na etapie mojej formacji podstawowej nikt by się nie spodziewał, że właśnie tu znajdę swoje miejsce w Ruchu i że tę właśnie diakonię tak bardzo ukocham. Na rekolekcjach II stopnia notorycznie uciekałam ze szkoły liturgicznej, a i później nie przejawiałam zainteresowań w tym kierunku. Raczej pewną rezerwę, żeby nie powiedzieć niechęć.

Moja droga do diakonii liturgicznej zaczęła się w 2003 roku od konieczności wyprania dużej ilości alb. Pomogłam, bo dlaczego nie. Potem zupełnie wbrew moim chęciom znalazłam się na jednym spotkaniu Diecezjalnej Diakonii Liturgicznej. I… wpadłam po uszy, oddając liturgii serce i trwając w zachwycie nią do dziś. Jestem wdzięczna i dziękuję Bogu za wszystkich, którzy mnie do tej diakonii przyprowadzili (nawet jeśli zrobili to nieświadomie) i prowadzili na jej drodze, umożliwiając mi harmonijny rozwój wiedzy, umiejętności posługiwania i duchowości. Dziękuję za tych – przede wszystkim za moich Rodziców, którzy byli dla mnie pierwszymi nauczycielami tego, co to znaczy być animatorem – którzy pokazali mi, że animator musi się nieustannie rozwijać, nie tylko na poziomie intelektualnym, ale przede wszystkim zgłębiając istotę posługiwania i stawania się na wzór Chrystusa Sługi zgodnie z charyzmatem Ruchu. To dla mnie niezmiernie ważne, świadomość, że jestem częścią dzieła zakorzenionego w Kościele i dla Kościoła. To pomaga nie zgubić się i nie wypaczyć idei diakonii.

Wydaje mi się, iż żeby dobrze posługiwać w diakonii, trzeba kochać. Kochać dziedzinę, którą się dana diakonia zajmuje i kochać ludzi, do których się jest posłanym. Inaczej nie ma to sensu. Nie wyobrażam sobie, żeby moja posługa liturgiczna miała być tylko realizacją kolejnych zadań, bez modlitwy o dobre jej owoce, bez zaangażowania serca, bez pochylenia się nad tymi, dla których to robię. Z biegiem lat zmienia się charakter mojej posługi, od kandydata do diakonii przez posługę w diakonii rejonowej, diecezjalnej, aż po centralną. Ale fundament, to ukochanie liturgii i ludzi, których gromadzi, nie może się zmienić, co najwyżej pogłębiać bardziej i bardziej. Mam wrażenie, że jeśli kiedykolwiek zabraknie mi tej miłości, to będzie koniec mojej diakonii. I modlę się, żeby mi jej nie zabrakło.

 

 

Agnieszka Dzięgielewska, CDL