Kochać samego siebie

(202 - listopad - grudzień 2014)

Kochaj

ks. Robert Klemes COr

„Będziesz miłował Pana Boga twego

Z całego serca, z myśli, z duszy.

Kochaj dachy co rozgrzane latem,

Kochaj pola i pszeniczne kłosy.

Kochaj dzieci co radością świata,

Kochaj trawę co pod stopą bosą.

Kochaj fale co suną ku brzegom

I bliźniego jak siebie samego.”

 

„Nie mogę na siebie patrzeć. Nic mi się we mnie nie podoba. Tego za mało, tamto za wielkie a w ogóle to całość jakaś taka nie taka. A inni, dookoła mnie są sto razy lepsi, piękniejsi, mądrzejsi i mają fajniej. Mnie się nigdy nic nie udaje. Jak się za coś wezmę to na pewno spier… Bo przecież ja jestem taki beznadziejny i nikt mnie NIE KOCHA. Nawet ten, który patrzy na mnie z lustra jest wredny”. A może nie jest tak źle?

Ciężko jest rozmawiać z takim pesymistą, który nawet w szczerych pozytywnych opiniach dopatruje się podstępu i kłamstwa. I chociaż trudno odmówić słuszności twierdzeniu, że są od nas lepsi, to jednak nie można nie doceniać swojej własnej wartości. Żeby ją poznać należy zapytać o to, jak postrzegają nas inni ludzie – wcale niekoniecznie przychylni. Tacy najprawdopodobniej powiedzą prawdę. Nie pytać przyjaciół – posłuchać wrogów – „nawet głupcy i ignoranci też mają swoją opowieść”. Przyjąć ją i przemyśleć , to zobaczyć siebie innymi oczami.

Innym sposobem poznania swojej wartości jest konfrontacja siebie ze „słabszymi”. Chociaż może wydawać się to nieuczciwe, to jednak jeśli nie prowadzi do wybujałego egoizmu i wielkiej pychy, może być początkiem solidnego odkrywania swoich „mocnych stron”. Tylko uczciwa ocena własnych wartości może stanowić punkt wyjścia do akceptacji siebie i dalej do kochania siebie w całej rozciągłości. Miłość wymaga nieustannej pracy i czuwania, dlatego nie można jednorazowo powiedzieć „kocham się”. Trzeba ten werdykt powtarzać często, za każdym razem zastanawiając się, na ile to jest prawda w kontekście nieustannie zmieniających się własnych uwarunkowań. Kochanie siebie wymaga ciągłego zaangażowania i troski by nie przerodziło się ono w narcyzm albo egocentryzm. Jednakże właśnie kochanie siebie jest punktem wyjścia do kochania drugiego człowieka, a w konsekwencji i Boga, który każdego powołał do istnienia. Miłość Boga zakłada zaangażowanie wszystkich dostępnych człowiekowi władz i umiejętności. Natomiast miłość bliźniego jest powiązana z miłością własną stanowiącą dla niej bazę.

Mówiąc o miłości do Pana Boga a nie kochając siebie wpadamy w spiralę niekonsekwencji. Nie mogę kochać Stwórcy i jednocześnie nie kochać tego co stworzył zakładając, że i jedno i drugie jest dobre, bo przecież w każdym człowieku jest dobro. Żeby prawdziwe kochać Boga należy, dostrzegając swoje wady, pokochać w sobie to co jest dobre, piękne i szlachetne. Praca nad słabościami i wadami jest naturalną powinnością człowieka dążącego do rozwoju, więc i one, a właściwie ich przepracowywanie może być powodem do radości i wzmocnieniem zdrowej miłości własnej. 

Kocham siebie, więc kocham Ciebie i kocham mego Boga, który mnie stworzył, Ciebie postawił na mojej drodze, żebyśmy razem mogli Go odkrywać i do Niego dążyć – ot i cała tajemnica przykazania miłości Boga i bliźniego i świata dookoła.