Parafia

(126 - listopad - grudzień 2003)

Kościół w konkrecie

Jan Halbersztat

Przede wszystkim w parafii jest miejsce na formację, na sakramenty, na tworzenie wspólnoty

Jeden z moich pierwszych moderatorów podkreślał zawsze, że prawdziwa miłość przejawia się w konkretach życia. „Można mówić piękne słowa, odmieniać «miłość» przez przypadki, ale to nic nie znaczy, jeśli nie ma tej miłości w waszym życiu” — mówił. I zaraz dodawał: „Jeśli ktoś wam mówi «kocham ludzkość», «kocham mój naród», «kocham świat», nie wierzcie mu. Nie da się kochać «ludzkości», kochać można tylko konkretnego człowieka. Tacy, co «kochali ludzkość» często w imię tej miłości mordowali miliony ludzi…”
Na rekolekcjach Ruchu dowiadujemy się, że Bóg jest miłością — nie abstrakcyjną, ale właśnie bardzo konkretną. Konkretnie — kocha MNIE. Oczywiście — mojego kumpla też i tego człowieka na ulicy, i nawet tego, kto czyni zło… Kocha każdego, ale KAŻDEGO INDYWIDUALNIE. Kocha konkretnych ludzi. Nawet, jeśli tych konkretnych ludzi jest sześć miliardów.
I ja mam tak kochać ludzi („miłujcie się wzajemnie jak ja was umiłowałem…”). Konkretnie kochać konkretne osoby. Co to oznacza w praktyce?
Dopóki mówimy o miłości rodzinnej, małżeńskiej, przyjacielskiej — sprawa wydaje się dosyć jasna. Trudności zaczynają się, kiedy myślimy o miłości w sensie szerszym, chrześcijańskim. Ciągle to samo pytanie faryzeusza z ewangelii wg św. Łukasza: „Ale KTO jest moim bliźnim?”
Wielu świętych mówiło o miłości do Kościoła. Co to znaczy „kochać Kościół”? Kościół — to znaczy kogo? Czy chodzi o miłość do papieża? Do swojego biskupa? Na pewno, tylko akurat taka miłość ma niewielkie szanse wyrazić się w konkrecie (poza modlitwą, rzecz prosta). Ale jest takie miejsce, są tacy ludzie, których możemy kochać — po chrześcijańsku, otwartym sercem — bardzo konkretnie tę miłość wyrażając. To ci, którzy żyją najbliżej nas — ci, którzy tworzą nasza parafię.
Parafia — mój konkretny „Kościół lokalny”, miejsce chrześcijańskiego życia i wzrostu. To przede wszystkim tutaj jest miejsce na formację, na sakramenty, na tworzenie wspólnoty — także mniejszych wspólnot, które tę większą — parafię — tworzą. To tutaj mam okazję wyrazić konkretnie swoją miłość. Wyrazić ją nie tylko wobec moich przyjaciół z grupy formacyjnej czy wspólnoty Ruchu, ale także wobec proboszcza — któremu biskup powierzył prowadzenie parafii, jego pomocników — wikariuszy, ale także wobec pani Władzi czy pana Tadzia, którzy siedzą na mszy w ławce przede mną, a których może wcale nie lubię, wobec członków innej parafialnej wspólnoty…
Jaka jest moja parafia? Na tak postawione pytanie większość z nas szybko odpowie. Zwłaszcza — niestety — negatywne strony naszej parafialnej wspólnoty na pewno od razu przyjdą nam do głowy. Że proboszcz powiedział mi kiedyś coś niemiłego… Że ksiądz wikary nie miał czasu… Że organista fałszuje i gra nie te pieśni, co trzeba… A już pani Władzia i pan Tadzio — lepiej nie mówić.
Śmieszne? Tak często postrzegamy nasze parafie. Do chwili, kiedy padnie inne (pozornie) pytanie: Jaki ja jestem, co robię w swojej wspólnocie parafialnej? Co robię, żeby moja parafia była lepsza, była bardziej wspólnotą, żeby żyła? Co do niej wnoszę — jako człowiek, jako chrześcijanin, jako członek ruchu Światło–Życie?
Funkcjonuje kilka zupełnie niewłaściwych sposobów postrzegania wspólnoty parafialnej.
1. Urząd gminy (wyznaniowej)
Każda instytucja na świecie (a Kościół także ma swój wymiar instytucjonalny) musi mieć takie miejsca, gdzie załatwiane są wszelki formalności i procedury. Te miejsca to urzędy. Czego wymagam od urzędu i urzędników? Zwykle tego, żeby byli kompetentni, uprzejmi, żeby sprawnie i bez problemów załatwiali moje sprawy. W końcu po to są.
Jeśli traktuję moją parafię jako „kościelny urząd”, tego samego będę wymagał od jej
„pracowników”. Ksiądz powinien mówić ciekawe kazania, organista powinien dobrze grać (w końcu utrzymuje się go z moich datków!), budynek kościoła powinien być posprzątany i czysty, a sprawy w kancelarii powinny być załatwiane szybko, sprawnie i bez dyskusji. Jeśli coś jest źle — mam pretensję, bo urząd nie działa tak, jak powinien.
2. Zakład usługowy (usługi duchowe).
Jeśli przychodzę do szewca, płacę mu, to wymagam odpowiedniej jakości usług. Jeśli kupię wycieczkę w biurze podróży, żądam obsługi na poziomie, spędzenia ciekawych wakacji i tego, żeby to, co dostanę było zgodne z tym, co mi obiecano.
Ten sam schemat — przychodzę (płacę) wymagam — często stosujemy do naszych wspólnot parafialnych. I jesteśmy oburzeni, jeśli nie dostajemy tego, czego chcemy. Jak to, ksiądz mi nie da rozgrzeszenia? Przecież ja księdza z moich datków utrzymuję właśnie po to, żeby móc skorzystać z księdza usług! (To autentyczny tekst ze spowiedzi w pewnej parafii). Jak to, proboszcz czegoś ode mnie wymaga?! Mówi w kazaniu, że powinienem się nawrócić? A niech się sam nawróci, ja tu jestem klientem!
3. Miejsce zaliczania praktyk (religijnych).
Praktyki — rzecz normalna na wielu kierunkach studiów. Czasami traktowane jako okazja do zdobycia wiedzy i umiejętności, których nie dadzą teoretyczne wykłady, czasami — jako nudny czas do „odfajkowania”, bo „trzeba”, bo bez tego nie dostanę wpisu do indeksu.
W parafii podobnie. To miejsce, gdzie mogę pójść do kościoła, zaliczyć pierwszy piątek miesiąca oraz spowiedź wielkanocną. Tak to sobie Pan Bóg wymyślił — nie wiedzieć czemu — że do „zaliczenia” życia wymaga ode mnie odbycia takich właśnie
„praktyk”. No to je odbywam. Odbębniam. „Zaliczam” niedzielną mszę św. i idę do domu. Kolejna rubryka w indeksie „odfajkowana”.
4. Odskocznia od męczącej codzienności.
Wiadomo — człowiek potrzebuje „czegoś więcej”, świadomości, że życie nie kończy się na jedzeniu, spaniu i pracy. Jedni chodzą do kina, inni — na treningi karate, jeszcze inni „nałogowo” jeżdżą na rowerze.
A ja — mam odskocznię, jak idę do kościoła. Pójdę na mszę, pomodlę się, od razu czuję się lepiej. Mogę przez godzinkę zapomnieć o troskach i kłopotach, o kłótniach w domu, które ciągle wywołuję, o tym, że zrobiłem komuś świństwo. Mogę na parę chwil poczuć się lepszy (niż inni, oczywiście).
5. Koło zainteresowań – pole do popisu.
Każdy lubi błysnąć! Jeden świetnie tańczy, więc jest gwiazdą każdej dyskoteki. Inny zarabia mnóstwo forsy, więc ma taką brykę, że każdy się za nim na ulicy ogląda. Jeszcze inny ma modne ciuchy, dobrze gra w tenisa, potrafi napisać wiersz.
A ja? Ja działam w parafii. Tu jestem w swoim żywiole, tu czuję się kimś ważnym i potrzebnym. Tu mnie szanują i podziwiają.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że przerysowuję pewne sytuacje. Nie chciałbym także, żeby ktoś pomyślał, że w czambuł potępiam wszystko, co dla niego ważne.
Jasne — parafia ma także stronę „urzędową” i dobrze, żeby była ona sprawna. Oczywiście — bardzo dobrze, jeśli mogę się w parafii zrealizować, dokonać czegoś wartościowego. Ale — to są wszystko sprawy drugoplanowe!
Parafia ma być wspólnotą miłości — wspólnotą uczniów Chrystusa. Tu nie wystarczą relacje kumplowskie, to, że się razem dobrze czujemy, że możemy coś zrobić. My mamy — konkretnie, tu i teraz, wobec tych, a nie innych ludzi — wcielać w życie Ewangelię. Czyli — kochać i razem dążyć do Boga.
Parafia wprowadza lud chrześcijański do uczestniczenia w życiu liturgicznym i gromadzi go podczas tej celebracji; głosi zbawczą naukę Chrystusa; praktykuje miłość Pana w dobrych i braterskich uczynkach (…) Parafia jest wspólnotą eucharystyczną i ośrodkiem życia liturgicznego rodzin chrześcijańskich — mówi Katechizm Kościoła Katolickiego (punkty 2179 i 2226).
Parafia to Kościół — uobecniający się w konkretnym miejscu i czasie, w konkretnych ludziach, w konkretnej wspólnocie. Kościół — czyli Ciało Chrystusa, wspólnota pielgrzymującego Ludu Bożego.
Nasz Ruch od początku stawiał sobie za jeden z podstawowych celów odnowę parafii według zaleceń Vaticanum II, a więc uczynienie z niej autentycznej wspólnoty wspólnot. Jakże często, niestety, sprzeniewierzamy się temu charyzmatowi!
Wielokrotnie spotkałem się z sytuacją, kiedy oazowicze — i to nie tylko ci najmłodsi, na początku formacji — czuli się „lepsi” od reszty parafii. „My jesteśmy żywym Kościołem” mówili z dumą, poczym wyciągali prosty wniosek, że cała reszta jest martwa. A jeśli tak — to nie ma co nią sobie głowy zawracać. Tak powstawały wspólnoty zamknięte, świetnie czujące się we własnym towarzystwie, szybko przekształcające się w „kółka wzajemnej adoracji”. Wielokrotnie dla poszczególnych osób ważniejsze od budowania wspólnoty (także parafialnej) było to, żeby się „dobrze czuć” — a więc według własnego widzimisię przechodziły ze wspólnoty do wspólnoty, z jednej parafii do innej, nigdzie nie będąc naprawdę, ale „czując się” znakomicie.
Jakiś czas temu w pewnej diecezji powstał problem wspólnoty, której członkowie — działając na tej zasadzie — zaczęli przeciągać do siebie ludzi z innych wspólnot. „Chodź-cie do nas, u nas jest fajnie, dużo się dzieje, zobaczycie!”. Bywało, że takie słowa padały na podatny grunt — trafiały do kogoś, kto źle się czuł, kto miał jakieś problemy. Zaczęła się tworzyć wspólnota (?) osób kompletnie oderwanych od swoich parafii, przyjeżdżających na spotkania z drugiego końca miasta… Czy to ma coś wspólnego z charyzmatem Ruchu? Chyba nie. Ale kiedy moderator tej diecezji zadecydował w końcu, że ta grupa nie może być uznawana za wspólnotę Ruchu — jej członkowie byli oburzeni. Nie rozumieli, dlaczego.
Moja wspólnota oazowa — a więc mniejsza grupa, idąca droga konkretnego charyzmatu — to oczywiście ogromna wartość. Ale celem tej wspólnoty, jej zadaniem, ma być budowanie parafii, tworzenie z niej także prawdziwej wspólnoty.
Mam żyć, istnieć, formować się i pracować w Kościele — a konkretnie w mojej parafii, która ten Kościół uobecnia. Tu jest moje miejsce, to jest moje zadanie. Moja parafia jest niedoskonała? Ależ moja parafia — tak jak Kościół — jest taka, jaki ja jestem! W mojej parafii za mało się dzieje? Więc mam okazję, żeby coś zdziałać. Mój proboszcz jest „drętwy” i niemiły? Moim zadaniem jest mu pomóc, żeby się zmienił — nawet, jeśli mogę mu pomóc „tylko” przez modlitwę.
Wierzę w Kościół — mówimy co niedzielę w Credo. Wierzę — a więc kocham ten Kościół. Ale miłość do Kościoła musi mieć swój konkretny wyraz. Parafrazując słowa Pisma — jak możesz miłować Kościół, którego (w całości) nie widzisz, jeśli nie potrafisz miłować swojego proboszcza z jego wadami, wiecznie zajętego wikariusza, fałszującego organisty, pani Władzi czy pana Tadzia? Mówisz o miłości? Oto konkret. Oto ludzie, którzy są ci dani od Boga, tacy jacy są, tu i teraz. Oto wspólnota, którą masz budować — nie idealna, słaba, grzeszna, niedoskonała, trudna. Twoja parafia. Taka, jak ty.