Dać świadectwo nadziei

(138 - lipiec - sierpień 2005)

Kto w kim pokłada nadzieję?

ks. Tomasz Opaliński

Gdziekolwiek szatan pragnął zabić w człowieku nadzieję, przywodząc go do najbardziej obrzydliwych grzechów, Bóg uporczywie przywracał nadzieję, ofiarując mu swoją niezmienną miłość i przebaczenie
Kiedy patrzymy na hasło roku: „Dać świadectwo nadziei”, na ogół myślimy o tym, że to my jako animatorzy, jako Ruch, jako Kościół, jako chrześcijanie po­winniśmy dać świadectwo nadziei, którą pokładamy w Bogu. Zastanawiam się jednak, czy ta relacja zachodzi tylko w jedną stronę? Czy to tylko my mamy pokładać na­dzieję w Bogu? Czy nie dałoby się jednak tego odwrócić i powiedzieć, że ta nasza na­dzie­ja musi mieć jakiś wzór? I czy byłby lepszy wzór niż Bóg, który ma nadzieję?

Z drugiej strony zacząłem się zastanawiać, czy nie byłaby to jednak pewna uzurpacja albo przypisywanie Bogu naszych ludzkich cech. W końcu kiedy sprawdzimy w Biblii
(a sprawdzałem w tekście Biblii Tysiąclecia), to na 77 wersetów, które mówią, że ktoś w kimś pokłada nadzieję (tych, któ­rzy znają się na symbolice cyfr pewnie bardzo ucieszy ta liczba), wszystkie bez wyjątku mówią o pokładaniu przez czło­wieka na­dziei w Bogu, żaden zaś - od­wrotnie... Kiedy jed­nak wczyta­my się dokładniej, wychodząc poza statystykę użycia naszego „słowa - klu­cza”, wnioski okażą się zaskakujące. Ale zacznijmy od czegoś zupełnie innego...

Okrętowa beznadzieja

Pewna anegdotka opowiada o pasażerach okrętu, który zaskoczył sztorm. Ogromne fale przelewały się przez kadłub, marynarze robili, co mogli: najpierw jeszcze po to, by utrzy­mać właściwy kurs, potem - już tylko po to, by utrzymać okręt na powierzchni rozszala­łego oceanu. Pasażerowie zbici w gromadkę nie bardzo wiedząc, w czym mogą pomóc, zajęli się tym, co najłatwiej było robić w takiej chwili, czyli przejmowaniem się o własny los. Wyglądało też na to, że odwaga opuściła ich całkowicie, bo nie było też wśród nich nikogo odważnego, kto by poszedł zapytać kapitana, jak on ocenia sytuację, choć każdy chciał się tego dowiedzieć. Wreszcie wydelegowano obecnego wśród pasażerów księdza. Ten przedostał się jakoś na mostek i zapytał kapitana, jak ocenia szanse statku na prze­trwanie sztormu. „Zrobiliśmy już wszystko, co było możliwe, teraz cała nadzieja już tylko w Bogu” - odpowiedział kapitan. Gdy ksiądz wrócił do pozostałych pasażerów, ci za­częli go wypytywać, co powiedział kapitan. „Nie ma już żadnej nadziei” - „przetłuma- czył” słowa marynarza duchowny.

„Kiedy coś jest zabawne, poszukaj w tym ukrytej prawdy” - mawiał George Bernard Shaw. Prawda zaś jest taka, że ciągle bardziej pokładamy nadzieję w naszych działa­niach, niż w Bogu, choć... ciągle też mamy dowody na to, jak wiele rzeczy potrafimy po­psuć, i jak wiele rzeczy Bóg potrafi mimo to naprawić. Ciągle ufamy bardziej we własne siły, zwracając się do Boga dopiero wtedy, gdy zawiedzie już wszelka ludzka nadzieja. Z jednej strony jest to jakiś kredyt zaufania: w końcu zwracamy się do Najwyższego wie­rząc (?) że On nas wyprowadzi z sytuacji bez wyjścia. Dlaczego jednak postawiłem przy
„wierząc” znak zapytania? Bo ta nasza wiara przypomina często „wiarę” owego księdza ze statku, który odwołanie się do Boga tłumaczy jedynie jako akt rozpaczy, a więc raczej jako brak jakiejkolwiek nadziei...

U źródła nadziei

Czy możemy więc mówić o podobieństwie Bożej i naszej nadziei? Choć czytamy w Pi­śmie Świętym, że Bóg stworzył człowieka na swój „obraz i podobieństwo” (Rdz 1, 27), wiemy również, że Biblia wielokrotnie mówi też o tym, że Bóg nie jest jak człowiek. Bóg nie jest jak człowiek w kłamstwie czy niedotrzymywaniu obietnic (Lb 23,19), w zmęcze­niu (Iz 40, 30-31), w zasypaniu, gdy trzeba czuwać (Ps 121, 4), w zniechęcaniu się czy porzucaniu (Joz 1, 5), w niewystarczającej miłości (Iz 54, 10). Bóg nie jest też podobny do człowieka w łatwym traceniu nadziei. Ową stałą nadzieję, wręcz upór w pokładaniu nadziei w człowieku pięknie wyraziła „niepełnosprawna i pełna miłości” (tak wydawnic­two „W drodze” zatytułowało wydaną w 1996 r. książkę z jej tekstami) Monika Kłaczyń­ska, która zginęła w wieku 15 lat w wypadku samochodowym:

Pukam do ciebie człowieku
Pukam i pukam wytrwale
Leczy ty nie otwierasz
Nie chcesz, czy nie umiesz wcale

Pukam do ciebie człowieku
I wciąż czekam odzewu
lecz ciebie ścian siedem zasłania
stek kłamstw i płaskich uśmiechów

Pukam do ciebie człowieku
Wycią
gam do ciebie rę
Leczy ty nie umiesz pokonać
stu milimetrów drogi

Pukam do ciebie człowieku
Choć sam nie rozumiem dlaczego
Na przekór

Żeby zrozumieć, dlaczego Bóg pokłada nadzieję w człowieku, trzeba by sięgnąć do jej źródeł, które jednocześnie są źródłami samego człowieka: do miłości. Tej ludzkiej i tej Bożej. Bo ostatecznie miłość jest jedna: ta Boża, którą Bóg dzieli się z człowiekiem, by ten mógł jej doświadczyć.

Większość z nas ma doświadczenie ludzkiej miłości. Najpierw tej rodzicielskiej, z któ­rej każdy z nas się począł. Nie na darmo wzorem wszelkiej ludzkiej miłości jest miłość matki. I nie na darmo mówi się, że matka nigdy nie zapomni o swoim dziecku, nigdy nie przestanie go bronić, nigdy nie przestanie wierzyć, że jest w nim dobro. „Czyż może nie­wiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona?” (Iz 49, 15) - pyta Bóg. Z tego samego źródła płynie nadzieja, którą Bóg tak niezachwianie po­kłada w człowieku, że do owego retorycznego pytania dopowiada zapewnie­nie: „nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie”. „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się za­chwiać, ale miłość moja nie od­stąpi od cie­bie” (Iz 54, 10). Nadzieja ta płynie z miłości tak pięknie poetycko przedsta­wionej przez o. Wacława Oszajcę w wierszu „O stworzeniu człowie­ka”; miłości, która swój początek wzięła w akcie stworzenia:

nocą
wracał
Bóg do siebie
brzegami lą
dów i oceanów
zdziwił
się że woda w popłochu
ucieka mu sprzed nóg
a ziemia pręż
y grzbiet
zatrzymał
się
ł
agodnym głosem przywoływał wodę
delikatną
pieszczotą oswajał ziemię
i kiedy był
y znowu razem
ramionami je ogarnął
przytulił
ucał
ował

pocałunek został odwzajemniony
i tak stał
się człowiek

Ta miłość znalazła swój szczyt w momencie, kiedy dokonało się to, co zapowiadał Bóg, który z miłości dla człowieka przyjął ludzkie ciało: „nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15, 13). Ten szczyt miłości oka­zuje się równocześnie szczytem nadziei, którą Bóg pokłada w człowieku. Nic więc dziw­nego, że właśnie z krzyża Jezus mówi do złoczyńcy: „zaprawdę, powiadam ci: dziś ze Mną będziesz w raju” (Łk 23, 43). Czyż może być piękniejsze wyrażenie nadziei, którą Bóg pokłada w człowieku? W każdym człowieku, nawet największym zbrodniarzu! Czyż może być piękniejszy dowód na prawdziwość słów z Pawłowego „hymnu o miłości”, że miłość „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13, 7)? To miłość jest ostatecznie źródłem wszelkiej nadziei. Skoro więc Bóg jest miłością i kocha nas bezgranicznie, to bezgranicznie również pokłada w nas nadzieję.

Dzieje nadziei

Wróćmy jednak do stworzenia człowieka, a właściwie do historii człowieka, historii zba­wienia, która jest jednocześnie dziejami nadziei, pokładanej przez Boga w człowieku. Ta historia zaczyna się od początku, od stworzenia; od momentu, kiedy Bóg dopiero wtedy, gdy stworzył człowieka, stwierdził, że wszystko, co stworzył, było „bardzo dobre” (Rdz
1, 31). Czyż można piękniej wyrazić nadzieję pokładaną w swoim stworzeniu, niż po­przez zachwyt nad nim? Tę nadzieję próbował zniszczyć szatan, przywodząc człowieka do grze­chu. Ale nawet grzech nie jest w stanie zniszczyć Bożej nadziei. Oczywiście, czło­wiek po­nosi konsekwencje swojego grzechu (poznajemy je w biblijnym poetyckim opisie utrace­nia raju), ale Bóg, pozwalając mu ich doświadczyć, ofiaruje jednocześnie ludziom nadzie­ję, w tej samej scenie mówiąc do szatana: „wprowadzam nieprzyjaźń między cie­bie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę” (Rdz 3,15). Nie na darmo tekst ten nazywany jest przez bibli­stów „protoewangelią” (w tłumaczeniu bardzo dosłownym - „pierwszą, podstawową do­brą nowiną”; nowiną, dającą nadzieję).

Ta Boża nadzieja towarzyszy człowiekowi dokądkolwiek pójdzie i cokolwiek uczyni. Nawet Kainowi, który zabił swego brata, Bóg pozwala doświadczyć kary, ale nie pozba­wia nadziei; co więcej - bierze go w obronę przed mścicielami, mówiąc: „o nie! Ktokol­wiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie! Dał też Pan znamię Kainowi, aby go nie zabił, ktokolwiek go spotka” (Rdz 4, 15). I tak dzieje się przez całą historię zba­wienia: gdziekolwiek szatan pragnął zabić w człowieku nadzieję, przywodząc go do naj­bardziej obrzydliwych grzechów, Bóg uporczywie przywracał nadzieję, ofiarując mu swo­ją niezmienną miłość i przebaczenie. Chyba najbardziej spektakularnie widzimy to w hi­storii króla Dawida, który uwiódł żonę swego podwładnego a jego samego zamordował rękami swoich wrogów (2 Sm 1, 14-26). Właśnie Psalm 51, przypisywany owemu nie­szczęsnemu, a jednocześnie błogosławionemu królowi Dawidowi tak często powtarzamy w liturgii i naszych modlitwach, uznając swoją grzeszność i wołając o przywrócenie na­dziei słowami: „zmiłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości, w ogromie swego miło­sierdzia wymaż moją nieprawość!” (Ps 51, 3).

Całą historię zbawienia, będącą jednocześnie dziejami ludzkich odejść i nieustającej, uporczywej nadziei, z jaką Bóg wciąż wychodził do człowieka, pięknie streścił i doprowa­dził do punktu kulminacyjnego autor listu do Hebrajczyków, pisząc: „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecz­nych dniach przemówił do nas przez Syna” (Hbr 1, 1-2a). To jest właśnie „ewange- lia” - „dobra nowina”. I znów znajdujemy się na szczycie, który możemy na­zwać szczy­tem nadziei - na Golgocie. To stąd płyną słowa, które śpiewamy w naszej oazowej pie­śni roku, parafrazując werset z 1 listu św. Piotra: „Niech będzie bło­gosławio­ny Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa. On w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Je­zusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei” (1 P 1, 3).

Nadzieja

„rzeczownik zwrotny”

W gramatyce o zwrotności mówimy przy czasownikach. Okazuje się jednak, że życie jest bogatsze niż gramatyka - zwłaszcza, jeśli cho­dzi o sprawy Boże. Dlatego pozwolę sobie twierdzić, że w życiu ist­nieją „rzeczowniki zwrotne”, a jednym z nich jest wła­śnie nadzieja. Bo nasza relacja nadziei, którą pokładamy w Bogu, jest jak najbar­dziej zwrotna. To On w nas pierwszy złożył nadzieję. Pokłada w nas nadzieję cały czas, bo nas kocha, i tylko dlatego my możemy zwrócić się do Niego i w Nim pokładać nadzieję! Tej miłości i na­dziei tak mocno doświadczył św. Piotr, kiedy Jezus spoj­rzał na niego tuż po tym, gdy ten się go zaparł (Łk 22, 61). Może dlatego to właśnie Piotr napisał słowa o Bogu, który „na nowo nas zrodził do żywej na­dziei”? W tym kontekście Piotrowi możemy wierzyć jak mało ko­mu.

Owej miłości rodzącej na nowo do żywej nadziei doświadczamy za każdym razem, kiedy spotykamy się z Bogiem w sakramencie po­jednania. Doświadczamy Bożej miłości, która wciąż i wciąż mimo naszych grzechów, powtarza: ja wciąż w ciebie wierzę, ja wciąż cię kocham, ja wciąż pokładam w tobie nadzieję. „Niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żad­na dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat. Miłosierdzie Moje jest tak wielkie, że przez całą wieczność nie zgłębi go żaden umysł, ani ludzki, ani anielski. Wszystko, co ist­nieje wyszło z wnętrzności miłosierdzia Mego” (Dz 699) - po­wiedział Jezus Miłosierny do św. Faustyny. Czyż nie są to najpiękniejsze słowa nadziei pokładanej w człowieku?

Dopiero w kontekście takiej miłości i takiej nadziei właściwego wymiaru nabiera na­dzieja, którą pokładamy w Bogu, a którą we wstępie go tomiku „Otawa” kapitalnie wy­raziła Beata Obertyńska: „Człowiek powinien mieć do poły płaszcza Boskiego ten sam stosunek, co oset. Chwycić, wpiąć się z całą świadomością swojej chwastowości i nie puszczać. No więc co, że to oset? No więc co, że niegodny? No więc co z tego? Bezczel­ny upór i zawziętość takiego «nic», jakim jest człowiek, musi rozbrajać, musi rozczulać, musi... obezwładniać... takie WSZYSTKO, jakim jest PAN BÓG. A obezwładniony roz­czuleniem i rozbrojony Pan Bóg na wszystko znajdzie sposób. Z musu... dla świętego spokoju... Z miłością i uśmiechem. Mój Pan Bóg jest właśnie taki”. Ten zaś, o którym mówi Biblia, jest więcej, niż tylko „obezwładniony rozczuleniem i rozbrojony”: On wciąż i wciąż pokłada w człowieku nadzieję.