Kobiecość

(197 - styczeń 2014)

Ku samotności?

świadectwo

Momentami miałam żal do Pana, że taką dziwną drogą mnie prowadzi

Poruszanie tematu samotności jako formy życia i to samotności bez habitu czy sutanny, zakrawa prawie na prowokację w dobie, w której tylu ludzi (nie tylko młodych) z nadzieją wciąż szuka tej „wymarzonej połowy”, wspólnoty, bratniej duszy. Samotność nie jest bowiem stanem naturalnym. Jest wręcz sprzeczna z naturą człowieka zamyśloną przez Stwórcę.

Jednak mimo tego nosimy w sobie pewną przestrzeń samotności, często nie wiedząc, że nikt i nic nie może jej zapełnić, ponieważ jest zarezerwowana dla KOGOŚ zupełnie INNEGO. Bardzo późno odkryłam ten fakt, który jak się okazało dokonał kolosalnej zmiany mojego myślenia o samotności i w konsekwencji zmiany życia…

Droga

Wydaje mi się, że zewnętrznie moje życie nie różniło i nie różni się od wielu tych, którzy stąpają po ziemi. Od pewnego jednak momentu stało się jakościowo inne, bo objęte świadomym wyborem bezżenności dla Królestwa Bożego i to bezżenności bez habitu. Bezżenności – nie samotności. Sądzę, że to ważne rozróżnienie. Osobiście nie lubię używa

 słowa „samotność” ze względu na pejoratywne konotacje, jakiego to słowo nabrało w tzw. myśleniu świata. Samotność jest skutkiem wyboru bezżenności, jest środkiem, nie celem życia. Jeśli ktoś wybiera jakąkolwiek samotność dla niej samej, de facto wybiera siebie, zamyka się w zaklętym kręgu egoizmu i zranień, będących często motywacją (czasem nieświadomą) takiego wyboru. Motywacja owa powinna być bowiem poza mną, musi mieć perspektywę płodności, której samotność sama w sobie nie posiada.

Tym niemniej samotność jest wręcz konieczną przestrzenią życia, aby wypełnić owocnie ów plan powołaniowy bezżenności dla Królestwa. No właśnie – powołanie? Czy można być powołanym do życia „osobno”, bez „określonej” wspólnoty? Najpierw, jak sama nazwa wskazuje, trzeba odkryć to „wołanie”– zaproszenie Boga do takiej formy życia. Nie ukrywam, że w moim przypadku trwało to długo i przechodziło wiele trudów, zmagań. Począwszy od najbardziej naturalnych – myśli o małżeństwie, rodzinie, przez różne zakochania te bardziej i mniej fortunne…, po uszczypliwe i bolesne komentarze najbliższych, przyjaciół i znajomych o „staropanieństwie”, „niewiedzy” co do spraw małżeńskich i rodzicielskich, itp., itd.. Zmaganie emocjonalne było ogromne i momentami miałam żal do Pana, że taką dziwną drogą mnie prowadzi. Były też myśli, że może ze mną jest „coś nie tak”, skoro ani rodziny, ani żadnej określonej formy życia. Te lata zmagań były konieczne, bo prowadziły mnie ku dojrzałości – tej ludzkiej i dały pewien poziom samoświadomości: kim jestem, dokąd zmierzam, jakie są moje pragnienia, dążenia, motywacje działania, jakie pytania w sobie noszę, czego szukam.

Kolejnym etapem był klasztor klauzurowy. Piszę „etapem”, bo z perspektywy czasu widzę, że gdyby tych kilku lat życia klauzurowego nie było, nie umiałabym odczytać i wybrać zaproszenia Pana do tego życia, jakie dziś prowadzę. Nie było mi łatwo się zdecydować na ten krok. Miałam już ustabilizowane życie, a tu trzeba było wszystko zburzyć i zaczynać od nowa, nie mówiąc o stawianiu czoła sprzeciwowi najbliższych oraz oporowi przyjaciół i znajomych. Wtedy jednak wiedziałam już jedno, że chcę żyć dla Pana i Jego Królestwa. 

Pamiętam homilię kapłana, który celebrował Eucharystię w dzień przyjęcia przeze mnie habitu, do czytań, które sama wybrałam – m.in. o wyjściu Abrahama z Ur. Do dziś jedno zdanie z tej homilii jest dla mnie jak światło: „Dziecko Boże, zaczynasz dziś jak Abraham swoją wędrówkę, odpowiadając na wezwanie Pana: «wyjdź ze swojej ziemi rodzinnej», jednak pamiętaj – nie wiesz gdzie i jaka będzie Ziemia Obiecana, którą zaprzysiągł tobie Pan”. Okazały się być to słowa prorocze…

Życie zakonne było dla mnie nieocenionym doświadczeniem wspólnoty wiary, którego do dziś nie udało mi się powtórzyć i zobaczeniem prawdy o sobie we współsiostrach, jak w lustrze. Ten dar od Pana pozwala mi stawać w postawie otwartości wobec drugiego, który jest całkowicie inny i starać się go zrozumieć (choć nie zawsze mi się to udaje). To także motor do gromadzenia tych, którzy chcą iść drogą wiary, wiernie za Panem, we wspólnocie.

Kiedy zakończył się etap życia klasztornego nastąpił czas pytań, wątpliwości – co dalej?, jak żyć?, Panie, czego ode mnie chcesz? Etap naznaczony chorobą, stanem depresyjnym, absolutną bezradnością i brakiem widocznego horyzontu. Jednak nie oddałabym go za nic! W tym poczuciu całkowitej bezradności, słabości ciała i ducha, mentalnego i psychicznego osamotnienia wśród ludzi, czułam się tak kochana przez Pana jak nigdy dotąd! To doświadczenie, którego nie da się opisać słowami. Po ludzku jest to nie do przyjęcia i nie do zrozumienia! Jednak bez tego nie pojawiłaby się wolność, w której mogłam powiedzieć: Mój Jezu rób ze mną co chcesz. I robi! :-)

Cisza i pustynia serca

Stopniowo, kiedy zdrowiało moje ciało i psychika, Pan Jezus wyprowadzał mnie na pustynię serca, w ciszę wewnętrznej samotności dla Niego tak, jak pisze prorok Ozeasz: Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię wyprowadzić i mówić jej do serca…i będzie mi posłuszna jak za dni swej młodości… i poślubię cię sobie przez wierność i poznasz Pana (Oz 2, 16-21) Czas kilku miesięcy modlitwy, ciszy, ograniczony kontakt z ludźmi z racji choroby, wprowadziły mnie w przestrzeń słuchania, intymnej więzi czułości i wierności mojego Boga – bez fajerwerków, ale w wielkim pokoju, harmonii, łagodności i świetle. Myślałam, że już tak będzie zawsze. :-) Naiwność ludzka jest wielka… :-) 

W moim sercu pojawiło się pragnienie by kontynuować swoją drogę bezżenności dla Królestwa, by nie szukać już nikogo i niczego, poza Jezusem i tym, czego On chce, nie czynić nikogo poza Jezusem Panem mojego serca. Mam wewnętrzne przekonanie, że zostałam zaproszona na tę drogę. Podjęcie tej decyzji było dla mnie niesamowitym doświadczeniem wolności, głębokiego pokoju, łagodnej radości i stanięciem w otwartości wobec osoby Jezusa. Na szczęście dla nas Pan Jezus bardzo poważnie traktuje nasze deklaracje (dlatego trzeba uważać co się mówi Panu Jezusowi), więc zaczęło się…

Chrystus Sługa

Chciałam dzielić swoje doświadczenie wiary z innymi i z tego pragnienia powstała (ufam, że z Bożej inicjatywy) Oaza Dorosłych w naszej diecezji, za którą ogromnie jestem Panu wdzięczna. Charyzmat Światło-Życie jest integralną częścią mojej drogi wiary. Starając się żyć nim czułam się i czuję się jak w domu. Szczególnie jest mi bliski w tym charyzmacie Chrystus Sługa. Jezus w postawie uniżenia, ukazujący Boga pragnącego służyć człowiekowi(!), pociągał mnie od „najmłodszych lat oazowych”. Na początku nie rozumiałam tego (dziś też w praktyce okazuje się, że niewiele więcej rozumiem :-)), ale pociągał mnie taki Jezus. Chciałam być właśnie taka, jak On. Dziś miejscem realizacji tego Jezusowego ducha służby jest wspólnota Oazy Dorosłych, dalej… nie wiadomo jaka jest i gdzie jest Ziemia Obiecana, którą zaprzysiągł mi Pan. 

Widzę, że na tej drodze potrzebna jest spora dyspozycyjność wobec wezwań Ducha Świętego i nadprzyrodzone posłuszeństwo wobec… właśnie – wobec kogo? Dla mnie wyrazicielem woli Bożej, codziennych zaproszeń Ducha Świętego jest drugi człowiek, który przychodzi i prosi. I tu rozpoczyna się… 

Walka o wierność

Miejscem bitwy o wierność jest dla mnie odpowiadanie na prośby bliźnich, które często pojawiają się akurat nie wtedy, gdy mam jakąś rezerwę czasową, ale właśnie wtedy, gdy „nie mam czasu”, jest mnóstwo zadań bieżących do wykonania, jestem ogromnie zmęczona, chciałabym uszczknąć coś dla siebie z życia – w tym negatywnym znaczeniu. Pan Jezus uczy mnie, że czas i troska o mnie w każdym wymiarze należy do Niego, a do mnie należy troska o Jego sprawy. Jego sprawą zaś jest człowiek, który przychodzi i prosi. To jest najtrudniejsze! Jednak widzę, że im częściej podejmuję te prośby, tym większa we mnie rodzi się wolność, tym większa we mnie otwartość na Ducha Świętego i drugiego człowieka, tym mniej jestem skupiona na sobie, przychodzi pokój, radość i życie zaczyna być płodne. Ta płodność oczywiście nie płynie ze mnie, ale coraz bardziej mam świadomość, że jej dawcą jest Pan. Jestem coraz bardziej świadkiem tego, że jeśli poddam się Duchowi Świętemu, to On sam działa, ja nic „nie muszę robić”, tylko dać się prowadzić. Wszystko dzieje się jakby bez wysiłku. Piszę „jakby”, bo na początku jest trud zmagania by rozeznać, podjąć inicjatywę Bożą, by nie działać według swojego „widzi mi się”, ale potem już działa Bóg, ja staję się Jego narzędziem. Tak właściwie chodzi o to, aby być kanałem przesyłowym miłości Boga do człowieka, którego On przysyła, by schodzić na drugi plan, pokazując Tego, który kocha.

Kiedy żyje się w dużej przestrzeni samotności, istnieje ogromne niebezpieczeństwo wejścia na drogę życia tylko dla siebie, dla własnych planów, wizji, ambicji, wygody, zaspokajania własnych potrzeb (materialnych i duchowych!). Dużo można by wymieniać – po prostu: „MOJE” i „JA”. Oczywiście w każdej formie życia jest takie zagrożenie, ale kiedy nie mam bezpośredniego lustra w osobie męża, dzieci, czy współsióstr ze wspólnoty, to łatwiej wejść w ten bezpłodny styl. Widzę jak wielkiej czujności wymaga ode mnie codzienność, by zachować wierność Panu Jezusowi w modlitwie, w relacji z Jego Słowem, w adorowaniu Go, dbałości o codzienną Eucharystię, częsty sakrament pojednania. By nie wymawiać się zmęczeniem, dużą ilością zajęć, bo trzeba…, bo mi nie pasuje, itd., itp. Z pewnością ułatwieniem w trwaniu na tej drodze jest samodyscyplina, której uczono mnie od dziecka, ale to także dar od Pana. Bycie wiernym utrudnia duch tego świata, który podpowiada, jak tylko się da, że trzeba o siebie zadbać, najważniejsza jest moja wygoda, samorealizacja, zadowolenie, relaks, itp., itd. Nie oznacza to, że nie mam dbać o swój wypoczynek czy rozwój, ale ważne jest, aby zobaczyć czy czasem, np. hasło „odpoczynek” nie staje się bożkiem, jak swego czasu było dla mnie. 

Konieczna jest na tej drodze również postawa wyrzeczenia, czy raczej życie w ofiarowaniu Panu Jezusowi. Chodzi o to, by dawać siebie takim, jakim się jest, z tym wszystkim, co przynosi i odkrywa we mnie codzienność. 

Nie ma też, jak mi się wydaje, owocnego życia w bezżenności bez mądrej ascezy. Najczęściej kojarzy nam się to słowo z jakimiś praktykami pokutnymi, a tak naprawdę wskazane jest by nałożyć sobie świadomie określone granice, tzn. nie oglądam, nie słucham, nie mówię wszystkiego, nie uczestniczę we wszystkich spotkaniach, wydarzeniach, jakie tylko są możliwe. Pojawiają się zapewne pytania: po co to? dlaczego? Oczywiście nie dla idei, żeby było trudniej, ale dla większej miłości – by moje zmysły bardziej skupić na Tym, którego staram się kochać, by nie wystawiać na niepotrzebne niebezpieczeństwo mojej relacji z Jezusem, by być czujnym wobec pokusy i by też nie popaść w swego rodzaju „łakomstwo” (niekoniecznie te dotyczące pokarmu), ale zachować wewnętrzną dyspozycyjność do dzielenia dóbr materialnych i duchowych z drugim. Wszystko bowiem co posiadam w sferze ciała i ducha jest Bożym darem. Zostało mi przekazane w zarząd, by mądrze te dary rozdzielać. Po prostu by być bardziej dla…, by zachować wrażliwość na Osobę. 

Nie oznacza to, że nie ma w tym trudności, niewierności – one są. Nasz pobyt na ziemi jest czasem walki na śmierć i życie. Tego w moim zmaganiu o wierność nieustannie, wręcz codziennie, doświadczam. Ktoś czytając ten akapit może czuć się co najmniej zakłopotany i pomyśleć, że to praca dla tytana. :-) Nie ukrywam, że życie w bezżenności jest wymagające, ale przecież budowanie relacji miłości między mężem a żoną też nie jest łatwe, wymaga trudu wyrzeczenia się siebie, wprowadza ograniczenia w życie. O miłość trzeba dbać, żeby się rozwijała – inaczej w małżeństwie, inaczej w bezżenności, ale bez tego wysiłku nie będzie owocu. 

Nie jest to łatwe, bo natura ludzka chciałby mieć znaczenie, uznanie, prestiż, władzę. Chcę posiadać życie swoje i innych, być dla siebie nie dla drugiego, a przecież.

Kto może pojąć…

Kiedy staram się o wierność Jezusowi, o tę postawę oddawania, ofiarowywania czy opuszczania siebie dla Niego, coraz częściej widzę, jak Pan spełnia swoją obietnicę „przymnażania mi rodziców, rodzeństwa, a nawet dziadków”. :-) Oczywiście nie biologicznych, ale tych według Ducha. I to jest piękne!!! Był jednak długi czas, wielu, wielu lat „pracy dla Bożego Królestwa” bez widocznego wypełnienia Bożych przyrzeczeń. To jest niesamowicie cudowne doświadczenie zobaczyć jak Bóg działa w życiu drugiego człowieka. W ten sposób dostrzegam jak realizuje się płodność mojego życia w bezżenności dla Królestwa.

Gdzie leży źródło owej płodności? Dostrzegam je wypływające raczej z modlitwy, niekoniecznie z działania, chociaż drugie jest konsekwencją pierwszego. Nie można bowiem zostać biernym przebywając w bliskości i zażyłości z Tym, który mnie kocha. Wiem, że bez modlitwy każde moje działanie byłoby tylko moim i prawdopodobnie nieskutecznym działaniem. Zresztą zdarza mi się to nierzadko.

Jednak są momenty, gdy wewnętrznym poruszeniem serca, które rodzi się z modlitwy, pragnie się tego, czego chciałby ode mnie UKOCHANY, chce się Mu usłużyć. Tak naprawdę przecież w ostatecznym rozrachunku chodzi o WIĘKSZĄ MIŁOŚĆ, nie o dzieła czy ich owoce. 

Miłość w działaniu, o którą Pan często mnie prosi nie jest ze mnie, nie jestem do takiej miłości zdolna, gdyż z natury swej nie dosyć, że lękliwa, to i leniwa :-) – widzę to jasno! Moje serce lubi obcych bogów i często do nich się zwraca szukając w nich źródła miłości. Jednak Pan jest Bogiem Zazdrosnym i Wiernym. Walczy o moje serce, walczy o przymierze miłości, które ze mną zawarł. Walczy o to, abym brała miłość z tego źródła, które daje życie – z Niego samego. Jakiż człowiek byłby zdolny do takiej wierności i miłości w obliczu tak licznych zdrad ze strony osoby ukochanej? Czy można to zrozumieć? 

Kto może pojąć, niech pojmuje (por. Mt 19, 12b).