Narodzić się na nowo

(194 - lipiec - sierpień 2013)

Łaska

świadectwo

Jak się nawraca grzeczna dziewczynka

Pan Bóg znajduje drogę dotarcia do każdego; nawet do najzatwardzialszych „grzeczników”, co mają wspaniałe i pobożne plany na swoje życie, które często Panu Bogu przedstawiane są tylko do podpisu; co od dziecka kroczą drogą w ludzkiej opinii nieskalaną, i tylko co jakiś czas spojrzą na bliźniego z góry, fałszywie kogoś osądzą, czy z zazdrości nie docenią czyjegoś sukcesu. Nigdy nie miałam problemów z papierosami, alkoholem czy narkotykami. Nie należałam do żadnej subkultury. Nie miałam depresyjnych myśli. Nie byłam w toksycznym związku. Czy więc nie ma o czym dawać świadectwa? 

Kiedy poznajemy cztery prawa życia duchowego, ważną rolę zajmuje w nich uświadomienie sobie własnej grzeszności oraz tego, co podkreśla Pan Jezus: Beze Mnie nic nie możecie uczynić (J 15, 5b). Nie zagłębiałam się w tę prawdę, ponieważ nie widziałam potrzeby. Sakrament pokuty był dla mnie niezbyt przyjemnym dodatkiem do życia religijnego. Uczęszczałam raczej ze względu na wpojone zasady niż na rzeczywiste pragnienie oczyszczenia serca. Komu mało się odpuszcza, mało miłuje (Łk 7, 47). Czy jako osoba niepopełniająca ciężkich grzechów byłam skazana na rolę „starszego brata”, który cichutko i grzecznie trwa przy ojcu, lecz jakże bardzo zaniedbuje miłość?

Kiedy patrzę na drogę mojej wiary, niczego nie odrzucam, widzę, że tak miało być. Wiara przekazana w pobożnej rodzinie. Już jako mała dziewczynka udzielałam się w życiu parafialnym. Około mojej Pierwszej Komunii Świętej rodzice wstąpili do Domowego Kościoła. Zaczęły się wyjazdy na rekolekcje oazowe, rodzinne i osobiste. Oprócz tego pielgrzymki piesze do Częstochowy. Wszystko przeżywałam głęboko i wzrastałam w wierze. Jednak przy tym wszystkim trzymałam „moje” życie w „moich” rękach. Nie wyobrażałam sobie, żeby coś mi się mogło nie udać. Zdolna i przebojowa, prosiłam Pana Boga o pomoc i błogosławieństwo, ale tak naprawdę tak bardzo wierzyłam we własne siły, że ta modlitwa była tylko formalnością. Taka parafka. Przy tym nie pamiętam żadnej większej porażki. Udawało się wszystko, co zamierzyłam. Wzrastało we mnie poczucie mocy. Nie chciałam też, aby ktokolwiek pomyślał o mnie coś złego, chciałam być nieskazitelną w oczach innych. Dodam jeszcze, że z natury jestem radosną optymistką, więc nie było w moim życiu miejsca na smutek czy monotonię.

Tak upłynęły lata liceum, potem studia. Kiedy po powrocie z pełnego wrażeń i pięknych przeżyć rocznego stypendium za granicą rozpoczęłam ostatni piąty rok studiów, nagle zawisły nade mną ciemne chmury. Ogarnął mnie dotkliwy niepokój i wewnętrzna pustka. Miałam jeszcze jeden cel do zrealizowania, ukończenie studiów, ale za tym, jak mi się wydawało, rozpościerała się czarna otchłań niewiadomego. Nie umiem tego teraz dokładnie opisać, ale był to stan lęku i braku zaufania. Teraz z perspektywy wiem, że chodziło o brak zaufania Panu Bogu. Wtedy wiedziałam tylko, że czegoś mi brakuje. 

Nadeszło przedwiośnie 2009. Dostałam mailem informację o planowanym w naszej diecezji Seminarium Odnowy Wiary. Od razu poczułam, że to jest moja deska ratunku. Zapisałam się z nadzieją, że Pan Bóg sam będzie działał i wypełni moją pustkę. 

Na pierwszy rzut oka nie było w tym dziele nic atrakcyjnego, ot, cotygodniowe spotkania o stałym programie, składającym się z Eucharystii, krótkiej modlitwy uwielbienia, konferencji oraz krótkich spotkań w grupie. Poza tym plan osobistego rozważania Słowa Bożego na każdy dzień. Miałam Nikodemową motywację: spotkać Jezusa osobiście, doświadczyć czegoś więcej, nie zadowolić się tym, co jest. Pojawiały się różne zniechęcające myśli, ale byłam zdeterminowana, więc chodziłam wytrwale. 

Niewiele tutaj ode mnie zależało. Miałam być bierna, poddać się operacji, wypełniać określone proste zadania. Chodziło tylko o to, żeby sobą nie przeszkadzać, żeby otwierać serce coraz szerzej. 

I łaska się wylała. Tak, cały ten czas był czasem łaski. Szczególnie doświadczyłam tego podczas dwóch momentów: dnia skupienia z modlitwą o uzdrowienie oraz dnia skupienia z modlitwą o wylanie Ducha Świętego, który był zakończeniem Seminarium. Zwłaszcza tego ostatniego dnia, 23 maja 2009 r., Pan Bóg dotknął mnie szczególnie swoją łaską. Podczas modlitwy wstawienniczej powierzyłam Mu całą swoją bezradność, niepokój i niepewność. Poprzez osobę modlącą się nade mną otrzymałam słowa rozpoczynające się w ten sposób: „jesteś moim umiłowanym dzieckiem…” Łzy lały się strumieniem, ale modlitwie towarzyszyła też ogromna radość i miłość. Tego dnia również podczas Namiotu Spotkania podjęłam ważną decyzję dotyczącą pracy zawodowej. W sercu zagościł POKÓJ. Czułam się jak nowo narodzona, przestałam się spieszyć, otrzymałam jakieś nowe spojrzenie na „moje sprawy”. Wiedziałam, że moje życie już nie do mnie należy, że oddaję je Panu, żeby On mnie prowadził. Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity (J 12,24). Nowe narodzenie wiąże się z obumarciem jakiejś części mnie, która odciągała mnie od miłości Bożej.

To był właśnie mój punkt zwrotny, który określam jednak jako początek nowej drogi, przygody chodzenia z Panem Bogiem. Paradoksalnie na tym etapie jest mi trudniej, jakby mniej sukcesów i mniej optymizmu. Jest za to odkrycie własnej słabości i niewystarczalności. Jest więcej pokory. Kiedy kilka lat temu oddałam Panu Bogu ster, on rozpoczął specjalnie dla mnie indywidualną lekcję ufności. 

Zaliczyłam już w międzyczasie kilka kiepskich ocen, bo próbowałam na powrót przejąć kontrolę i przekonywałam się czasem boleśnie, że nie umiem. Mimo tych wszystkich niedogodności mam głębokie przekonanie, że Pan jest przy mnie. Chcę, żeby moje przylgnięcie do Niego było coraz bardziej bezinteresowne, oparte tylko na miłości. O to się modlę.

 

Magda