Ku dojrzałości w wierze

(153 - wrzesień - październik 2007)

z cyklu "Z Kopiej Górki"

Lato w zakrystii

Inka Bałaź

Nie wiem, jakie dobre wiatry przywiały mnie w tym roku na Kopią Górkę. Podejrzewam w tym spory udział Bożego Wichru, Świętego Ducha, który jakoś tak po feriach zimowych wzbudził we mnie taką myśl: „A może by tak trzeci turnus...? Zakrystia...?”. Nieśmiała myśl wkrótce skrystalizowała się w konkretny plan i tak oto pod koniec lipca Roku Pańskiego 2007 stanęły moje stopy w bramach Nowej Jeruzalem. Kilka dni rozruchu kończących drugi turnus, kilka tur prania alb i bielizny kielichowej, kilka(-naście) godzin prasowania - i z drżeniem serca i rąk mogłam już mówić o sobie, że „w tym turnusie odpowiadam za zakrystię i przyległości”, pod przyległościami rozumiejąc wszystko, co z kultem i liturgią związane.

Posługa była... ciężka. Ale też piękna jednocześnie. Piękna przede wszystkim przez ludzi, z którymi przyszło mi pracować: dwaj cudowni (nie waham się tego wprost stwierdzić!) chłopcy z Białegostoku, którzy błyskawicznie opanowali tajniki poruszania się po kopiogórskiej zakrystii i byli po prostu nieocenioną pomocą, do tego stopnia, że czasem zastanawiałam się, kto tu komu pomaga... I równie fantastyczny zespół diakonii Centrum, dzięki któremu to wszystko mogło jakoś sprawnie funkcjonować, z którym wspieraliśmy się wzajemnie w co trudniejszych momentach i na który (tzn. na poszczególnych członków którego) wiedziałam, że zawsze mogę liczyć. Chociaż czasem zdarzyło się nawalić, to zawsze jakoś udawało się odkręcić, naprawić i oddalić wiszące już nisko nad głową widmo katastrofy.

Ale posługa była też piękna przez miejsce, które zostało nam dane pod opiekę. Kaplica - serce Kopiej Górki; zakrystia - tętniąca życiem, zamieszaniem, czasami wręcz nie do opanowania, pełna przedmiotów i spraw skrywających i odsłaniających jednocześnie tajemnice tego wielkiego misterium, które działo się nad naszymi głowami. I dolny kościół, w którym dyżury były codzienną zmorą i utrapieniem, ale też okazją do zatrzymania się, uspokojenia, odpoczynku - i refleksji przy grobie Sługi Bożego. Spotykaliśmy w tych miejscach mnóstwo ludzi - grup oazowych, odwiedzających Centrum, ale też kompletnie niezrzeszonych, nieznajomych i nieznających tego, czym żyjemy. Czy w nas mogli zobaczyć chociaż odbicie charyzmatu Światło-Życie? Daj Boże...

W tym roku Boże miłosierdzie objawiło się m.in. w deszczu, który padał nad Krościenkiem w najbardziej nerwowe dni turnusu - Dzień Światła i Dzień Wspólnoty - i dzięki któremu obie wielkie celebry zostały przeniesione do kościoła. A zgodnie ustaliliśmy, że kościół jest znacznie wygodniejszy niż Wieczernik - chociażby dlatego, że pewne elementy wystroju ma w sobie zamontowane na stałe i nie trzeba ich wyczarowywać z powietrza... Za to nieprzyjemności pogodowe zostały nam zaoszczędzone podczas tradycyjnego sierpniowego wyjścia na Tabor - Błyszcz, na odpust Przemienienia Pańskiego, przeżywany wspólnie z parafią z Tylmanowej. W czasie tropikalnych upałów w zakrystii było przyjemnie chłodno (a w dolnym kościele wręcz zimno, więc po zakończeniu dyżuru wracaliśmy pod palącym słońcem w polarach zapiętych pod szyję), a klucz od kaplicy w kieszeni dawał fantastyczną swobodę wchodzenia przed Przybytek o dowolnej porze dnia i nocy. Jednym słowem: żyć, nie umierać!

Wbrew wszelkim pozorom posługa na Kopiej Górce to nie tylko harówa ze szczotą, żelazkiem i puryfikaterzem. To także urokliwe wieczory spędzane na... wspólnotowych spotkaniach, po których co poniektórzy musieli opuszczać dom niekonwencjonalnymi drogami; to niekontrolowane wybuchy śmiechu w pokoju na Kopiej, w którym koncentrowało się życie towarzysko-kulturalne tego czasu (od rozmów pół-poważnych, przez grę w Scrabble, aż po kibicowanie Małyszowi skaczącemu w Zakopanem); to wieczory spędzane na spacerach po Wieczerniku i obserwowaniu spadających gwiazd; to wreszcie nieliczne wycieczki w góry i powroty - zamiast szlakiem - łożyskami potoków (ta ostatnia atrakcja nie jest obligatoryjna, zafundowałyśmy ją sobie jako nieoczekiwany bonus na własne życzenie - a nawet, powiedziałabym, absolutnie wbrew wszelkim życzeniom).

A więc jak mogę podsumować ten miesiąc? Pierwsza odpowiedź jest natychmiastowa: potworne zmęczenie! Ale zaraz przychodzi refleksja: to zmęczenie jest niczym wobec tego, przed czym staję z szeroko otwartą buzią i w kompletnym oszołomieniu: cuda, cuda, cuda... Bo chociaż to właśnie zakrystianin z reguły spędza najmniej czasu w kaplicy (za to najwięcej obok), to Pan Bóg działał właśnie poprzez to zmęczenie, działał w tym chaosie, w zamieszaniu, czasem w popłochu i nerwowości. Powoli, niepostrzeżenie wsączał w serce swoją miłość, dawał łaskę przebaczenia, pojednania, otwierał na ludzi i wydarzenia, przez których okazywał swoją troskę i opiekę. Za dwa - trzy dni zmęczenie minie, siły fizyczne się zregenerują, mięśnie przestaną boleć. Ale - mam taką nadzieję - doświadczenie łaski pozostanie. Dlatego schodzę z Kopiej Górki jak z Taboru, ze świadomością, że tu jest taki namiot, do którego zawsze można wrócić...

Bo przecież oczywiste jest, że gdzieś na tle tego zmęczenia popiskuje nieśmiało natrętna myśl: „A może w przyszłym roku trzeci turnus...? Zakrystia...?”!