Patriotyzm

(147 - listopad - grudzień 2006)

List (świadectwo)

Kamil

Doświadczyłem emigracji. Wyciągnąłem z niej wszystkie możliwe lekcje, jakie mogła mi dać

Witajcie! Piszę do Was z dalekiej Szkocji, jednego z wewnętrznych krajów Wielkiej Brytanii, w której przebywam już od ponad ośmiu miesięcy. Jestem jednym z tych, co to wyjechali z Polski, „porzuciwszy” niemal wszystko - studia, dom, rodzinę i przyjaciół - po to, by wyjechać. Z kraju i „z siebie”.

Moje pobudki wyjazdu były ściśle osobiste. Potrzebowałem dystansu do wszystkiego, od osobistego życia począwszy na motywacji do studiowania skończywszy. Co ciekawe, ten cały wyjazd nie miał żadnego podłoża powiązanego z ojczystym krajem. Nie wyjeżdżałem dlatego, że mi było w Polsce źle, że „nie ma perspektyw, a wokół brud, smród i ubóstwo, w przeciwieństwie do luksusu Zachodu”. Nie, jak już wspomniałem, pobudki moje były czysto osobiste, kipiały wręcz „egoizmem” (a jednak biorę to w cudzysłów, bo mimo wszystko myślę, ze nie był to taki czysty egoizm, a jakieś wołanie mojego „ja” o zajęcie się sobą).

Jednym z całkiem poważnych powodów, dla których wyjechałem był również dziwnie stale obecny we mnie jakiś kompleks zaściankowca. Miałem chyba problem z tym, że tak strasznie się różnię od studentów, o których czytam w studenckich magazynach, tych ludziach sukcesu, co to na dwóch kierunkach, z trzema certyfikatami językowymi, każde wakacje w innym państwie Europy lub świata, żadne bariery nie są dla nich przeszkodą, a na trzecim roku zaczynają już prace w zawodzie - i magisterka to tylko formalność - ludzie sukcesu, i inne takie. Gdzie w tym wszystkim ja? Owszem, byłem za granicą, na obozie wędrownym w Finlandii - w ósmej klasie podstawówki, ha ha! Śmiechu warte...

Musicie przy tym wszystkim wiedzieć, ze jestem od dzieciństwa „brytofilem”, interesuje mnie wszystko, co związane z Wielką Brytanią, jej kulturą, sztuką, historią, a przede wszystkim językiem angielskim. Przyszedł więc przy okazji tego wyjazdu czas, aby spełnić dziecięce marzenia.

Tak się zatem zaczęła moja przygoda ze Szkocją. Przygoda, czy tez raczej bolesne zderzenie z mitem o wyjeździe za granicę, sam się dziś śmieję z moich myśli sprzed wyjazdu. Ale to gorzki śmiech, śmiech przez łzy...

Wiecie, nigdy w moich planach nie zaistniała nawet myśl, by zostać na emigracji na stałe. Kiedyś, w odległych „przelotowych marzeniach” myślałem, że fajnie by było poznać jakąś Murzynkę i stworzyć taki kosmopolityczny dom. Bardziej jednak niż marzeniem, było to po prostu efektem ciekawości nastolatka. Teraz zaś, gdy już jako dorosły człowiek zdecydowałem się na ten wyjazd, w mojej głowie istniał wyraźny plan: rok, najwyżej dwa na zgromadzenie kapitału na studia w Polsce po powrocie. Studia, o jakich marzę, na życie, które chciałbym prowadzić. I co śmieszne (lub straszne), w tych moich szalonych decyzjach nie przewidziałem, że przyjdzie mi żyć w innej kulturze i innym języku. A może nie tyle nie przewidziałem, co nie sądziłem, że ja sam tak bardzo jestem zakorzeniony w kulturze moich przodków - tej polskiej - i w związku z tym tak trudno mi będzie odnaleźć się w tej innej. Ach, nie tyle nawet odnaleźć, co chcieć się w niej odszukać.

Mam swoją teorię, że ludzie na świecie (w głębi swego człowieczeństwa) nie różnią się od siebie, a te różnice nabyte drogą różnic kulturowych są w miarę proste do przeskoczenia. Doświadczenia moje na obcej ziemi potwierdzają, ale i zaprzeczają mojej teorii jednocześnie, paradoksalnie. Jedną z puent moich lekcji jest to, że każdy z nas jest inny, ale również w zakresie rożnych kultur istnieją różnice, które ciężko jest przeskoczyć, nie nawet ze względu na fizyczną niemożliwość, a bardziej na swoją własną chęć pozostania wiernym tym cechom, które człowieka określają, a które niejako są powodem tychże różnic. Nie wiem, czy mnie rozumiecie... Czasem wydaje mi się, ze to niewerbalne, a jest po prostu częścią doświadczenia emigracji. Emigracji, która w ciężkich chwilach jest synonimem wyobcowania, samotności, niezrozumienia i trwogi. Doświadczenia...

Teraz to widzę - to, jak bardzo doświadczenie rożni się od przemyśleń i najbardziej nawet otwartych postaw na zagranicę, na emigrację, na bycie „obywatelem świata”. Kogóż bardziej mogłoby zdziwić, jeśli nie młodego człowieka, który zawsze marzył o podróżach po Wielkiej Brytanii i Stanach i wszelkich innych krajach angielskiego obszaru językowego; który mówił o sobie na poły żartobliwie, na poły odsłaniając swe pragnienia, że płynie w nim „angielska krew”; który niemal każdy list kończył ”z an(g)ielskim pozdrowieniem” (ha ha); który w końcu był w marzeniach niemal pewien, że w dorosłości osiądzie na Wyspach Brytyjskich (i nie dlatego, że tu są pieniądze i perspektywy, a z czystego umiłowania kultury brytyjskiej) to, że tak ciężko mu będzie bez swojego polskiego zakorzenienia? Że jego duchowy organizm tak jak ciało pożywienia wymaga zakorzenienia w Polsce, mówienia po polsku, „bo myśli i czuje po polsku”? Nie chcę przez to powiedzieć, że swoją polskość odnajduję tylko na obcej ziemi, kiedy brak mi tego, co zawsze miałem, a czego posiadanie jest niby oczywiste. A jednak jest to w jakiejś części realizacja zasady, że ”You don't know what you've got till it's gone”. A ja nie przypuszczałem, że patriotyzm jest tak wielką częścią mojej osobowości.

Czy jednak mogę mówić o patriotyzmie, sam nie wiem. Nie chciałbym, by moja postawa była zbyt rozbuchana i arogancka, dlatego powściągam się w nazywaniu siebie patriotą, zwłaszcza na tle wszystkich, którzy w historii Polski zapisali się złotymi zgłoskami - walką (na rożne sposoby) o istnienie naszego kraju. Wielcy politycy, żołnierze, artyści, poeci, cale szeregi bardzo młodych często ludzi, którzy życie oddawali z miłości do i za Ojczyznę. Dzisiejszy patriota, jakim i ja chcę być, w moich oczach to człowiek zakochany w historii, kulturze i sztuce kraju, dbający o dobro swojej społeczności i społeczeństwa poprzez czynnie uczestnictwo w ich życiu. Daleko mi do patrioty... A jednak dzięki mojemu dziewięciomiesięcznemu wyobcowaniu zrodziła się w mojej świadomości iskierka patriotyzmu, dlatego z drugiej strony nie aż tak bardzo trudno mi nazywać siebie patriotą (choć wciąż jeszcze zielonym). Bo jeśli patriotyzm to miłość, to mogę śmiało nazywać się świeżo urodzonym patriotą, wszedłszy na nowo w fazę zakochania. Ostatnimi dniami bowiem oczy mi iskrzą, serce przyśpieszyło swój rytm, a noce są bądź bezsenne, bądź przepełnione snami o Ukochanej. O Polsce. Nie, nie to, że wcześniej nie kochałem Polski. Był to jednak inny wymiar miłości, trochę taka miłość z powinności. Dopiero doświadczenie tęsknoty za krajem, spojrzenie z daleka na wartości, jakie są w niej ukryte zabarwiły moją miłość osobistym doświadczeniem Ojczyzny jako autentycznego domu ojczystego, miejsca które jest schronem po najcięższych przeżyciach; miejsca, w którym człowiek nie boi się oddychać, nie boi się milczeć w ciemności. Doświadczenie tęsknoty za krajem wyostrzyło moje zmysły - czuję, widzę więcej. To nazywam nowym urodzeniem, nowym zakochaniem. Czemu zaś, wspomnianymi ostatnimi dniami zwłaszcza, są tak widoczne symptomy tego stanu? Ano wszystko to dlatego, że moja szkocka przygoda dobiega końca. Jestem w trakcie rozwiązywania moich szkockich zobowiązań, walizki niemal spakowane, bilet kupiony - na 24 października. Bilet do Polski. Do domu.

Musicie też wiedzieć, że mój powrót jest „wbrew wszystkiemu” (i znów cudzysłów, bo wbrew wszystkiemu tylko nie mojemu sercu, w którym od czasu podjęcia tej decyzji gości tylko spokój), wbrew moim wcześniejszym planom (miałem wrócić w marcu następnego roku), wbrew możliwościom, wbrew terminom rozpoczęcia roku akademickiego (na jaką uczelnię przyjmą mnie w miesiąc po rozpoczęciu nauki? ). Ale wracam, ponieważ spieszno mi do Polski, mam zapał na realizowanie siebie tam, gdzie moje miejsce. W przysz-łości chciałbym móc wpływać, choć niekoniecznie w bezpośredni sposób, na to, jak wygląda moja Ojczyzna, pod każdym względem, wziąć za to odpowiedzialność. I robić to z pełnią moich, również zagranicznych doświadczeń. Teraz chcę się więc zająć przygotowaniem się do pełni mojego patriotyzmu. Wciąż się czuję na początku...

Wiecie, bycie, życie za granicą ma wiele odcieni. Poznałem tu wielu Polaków, z których ogromna większość zdecydowała się zostać tu na stałe. W poszukiwaniu lepszego życia, szczęścia dla swoich dzieci, wygody czy odnalezienia swojego miejsca na ziemi, powołania. Brania odpowiedzialności za rzeczywistość brytyjską lub brania odpowiedzialności za swoją rzeczywistość tylko swoją, decydując się niemalże na nieposiadanie Ojczyzny. Co śmieszne (lub straszne, a najczęściej przetykane całą mieszanką sprzecznych sobie uczuć), nasze wspólne rozmowy bardzo często kończą się dysputą o Polsce, o tym jak tam jest i dlaczego jest źle, i dlaczego nie chcą wracać. Jedno nasze znajome małżeństwo tu dochowało się potomka. Decyzję o pozostaniu tu na stałe przypieczętowało brytyjskim imieniem nadanym chłopcu. A jednak widzę ich w jednej chwili posmutniałe oczy, gdy o mówią o kraju, i dziwny zapal, z jakim zapewniają, że nie ma do czego wracać, jakby sami tym zapałem chcieli siebie do swoich przemyśleń przekonać. I niemal tęsknotę za krajem, wyrażoną tylko westchnieniem. Chcieliby wrócić, czuję to, mimo iż zapewniają że nie ma do czego. I tylko cierpią, nie będąc w Polsce, a budując tu marne namiastki Ojczyzny. Takie Polakowo, jak to się pogardliwie mówi o skupiskach polonijnych w Wielkiej Brytanii. Bo tak często wygląda życie na emigracji, to jakby budowanie od nowa swojej Ojczyzny, swojego życia, burząc to, co się do tej pory zbudowało - by nie zwariować. Czy da się zamknąć usta swojemu wewnętrznemu „ja”, które tłamsi w sobie tę sytuację, gdy potrzeba domowego azylu, pełnego oddechu, a którego na obcej ziemi nie zawsze można nabrać?

Czy da się zagłuszyć tęsknotę?

Doświadczyłem emigracji. Wyciągnąłem z niej wszystkie możliwe lekcje, jakie mogła mi dać. I wracam.

Nie trzeba więcej słów. Kto to dej pory nie zrozumiał, nie zrozumie, jeśli nie doświadczy.

Ale na koniec powiem Wam, zdaje sprawę ze przede mną jeszcze wiele nieodkrytych wniosków z tej mojej przygody, że ta trudna lekcja przyniosła i przyniesie jeszcze ogrom spostrzeżeń i mądrości. Najważniejszą jednak dotychczas, towarzyszącą mi od kilku już miesięcy tu (czy nie aby od początku mojego pobytu tutaj, od przyjazdu?) razem z tęsknotą „do kraju tego” jest to, iż wiem, gdzie jest moje miejsce na ziemi, jestem go pewien. Nie wiem, co ze mną będzie, kim ostatecznie będę, co będę robi i jak się realizować. Wiem jednak, gdzie to wszystko będzie się działo. Tam, gdzie mój dom.

Nie mówię, że nie wyjadę więcej nigdy i nigdzie, nie wykluczam dłuższych nawet pobytów za granicą (bo bardzo lubię podróżować i poznawać nowe światy, zwyczaje i ludzi). Ale z każdej, nawet najdalszej podroży się wraca, a ja już wiem, gdzie będą prowadzić mnie ostatecznie moje drogi. Do domu. Do Polski.